W chorobie

(168 - listopad - grudzień 2009)

Litość

Przemysław Strzyżyński

Od litości bez serca chroń nas Panie!

„Bestia najgorsza zna nieco litości, lecz ja jej nie znam, więc nie jestem bestią”[1] W. Shakespeare „Ryszard III”

Litość jako odruch serca samego miewa i coś boskiego i coś nie tyle demonicznego, co bezładnego, niegodnego człowieka przez swoją bezmyślność, bezrefleksyjność. W litości stoją nieraz w opozycji spontaniczny odruch pomocy czy przebaczenia i nasza rozumność, która wpierw każe sprawę rozpatrzeć. Czy słusznie uczynię pomagając, czy słusznym będzie wybaczyć?

Kiedy się przyjrzeć scenom z życia, takim na ulicy, na przyjęciu czy w szkole. Zdarzy się, że widzimy jak dziecko płaczem i wrzaskiem próbuje wymusić litość u rodziców. Dzieci są pod tym względem graczami klasy pierwszej. Pewnie dlatego, że robią to prawie instynktownie. Kiedy rodzic się lituje, nie wiemy czy robi to ze względu na dziecko czy na siebie. Czasem przecież spokój czy czas warto kupić za cenę uległości. Pragmatyka życia, ot co. Pocieszmy się jednak, że serce człowieka bywa pojemne i może się jednocześnie pomieszczą dwie litości – nad sobą i dzieckiem. A jeśli nie? Jeśli człowiek jedną może mieć tylko motywację, to co? Egoista lub mięczak. Jeśli zlitował się nad sobą, to kosztem wychowania dziecka (zasada konsekwencji), zatem egoista. Jeśli zlitował się nad dzieckiem, to również okazał się niekonsekwentny, zatem mięczak. Oczywiście przynajmniej nie był tutaj egoistyczny, ale i tak dał zły wzorzec dziecku.

Jeszcze inaczej sprawa wygląda w wypadku chorego. Tutaj pomoc, ulżenie potrzebie niejako wymuszona jest przez okoliczności. Tu nie widzimisię dziecka, lecz realne zagrożenie i cierpienie wymagają odpowiedzi. Czy więc o litości tutaj mowa? Jeśli ulitowanie się nad kimś zawiera w sobie jakiś element wolności, nieprzymuszenia, to czy pomoc choremu jest jeszcze litością, czy mogę choremu odmówić pomocy? Litość wydaje się być czymś niekoniecznym, czymś co może, ale nie musi być okazane. Jeśli za brak litości potępiałbym kogoś, to zaprzeczałbym wartości okazania litości, bo cóż po dobru czynionym pod groźbą potępienia. Zatem mógłbym dopiero cieszyć się z okazywanej przeze mnie litości, gdybym wiedział, że nie czynię tego pod przymusem, ale z wolnej woli. Lecz do tego trzeba mieć odwagę. Swoją drogą ciekawe czy cierpiący chory okaże nam na tyle zrozumienia i litości, żebyśmy zdążyli sobie uświadomić naszą wolną wolę i przećwiczyli odwagę zanim ulżymy jego cierpieniu. Cóż mały paradoks, albo po prostu życiu nie są potrzebne dywagacje na temat motywów naszych działań, lecz same te działania.

Znow jednak pojawia się pytanie. Co w sytuacji, w której nie mam pewności co do konsekwencji mojego czynu a spełnienie jego nie jest konieczne by polepszyć stan zdrowia, a jedynie ze względu na szacunek do osoby. W polskich szpitalach praktykuje się jeszcze zatajanie przed terminalnie chorym, tego ważnego faktu, że niedługo umrze. Decyzję o przekazaniu tej wiadomości pozostawia komuś z rodziny, kogo lekarze poinformowali. Teraz pytanie. Co będzie okazaniem litości: poinformowanie chorego czy niedoinformowanie? Nasuwa się odpowiedź, że brak poinformowania jest bardziej litościwy co oszczędza smutku i strachu w oczekiwaniu na śmierć. Postanawiamy z litości nie psuć zabawy. Z drugiej strony, w pewnych sytuacjach właśnie poinformowanie może okazać się aktem litości. Czasem z litości lepiej kogoś odrzeć ze złudzeń.

Czy może być co gorszego niż sytuacja, w której tylko kompletny brak litości i nad dzieciakiem lub chorym i nad sobą okazuje się być słuszny?

Z jednej strony ta zimna, cyniczna strona słów „więc nie jestem bestią”, czyli brak litości w ogóle. Jak w „Omercie” Mario Puzo

Jego kodeks postępowania zapewnił mu szacunek na ponad trzydzieści lat i wzbudził niezwykły strach, który leżał u podstaw jego potęgi. Naczelną zasadę owego kodeksu stanowił całkowity brak litości. Nie wynikał on z jakiegoś wrodzonego okrucieństwa, jakiegoś psychopatycznego pragnienia sprawiania bólu, lecz z bezwzględnego przekonania, że ludzie zawsze odmawiają posłuszeństwa. Nawet Lucyfer, anioł, zbuntował się przeciwko Bogu i został strącony z niebios.

Liczenie się z naturą człowieka może, jak widać, pozbawić do niego litości. Jest to jednak brak zamierzony, dyktowany przeświadczeniem, że ludzi trzeba wychowywać konsekwentnie. W tym wypadku do strachu i posłuszeństwa. Paradoksalnie litość może też służyć chęci władania, zdominowania. Czy ten, nad którym się litujemy, nie będzie się czuł uzależnionym od nas?

Brak litości w działaniu może być też konsekwencją tego, że nie wiemy co i do kogo czujemy. Jeśli nie umiemy rozpoznać czy litujemy się nad innym, czy bardziej nad sobą; to działać będziemy w niepewności co do naszych własnych motywów – a łatwo na przykład pomylić pragnienie by było jak być powinno ze stanem faktycznym. Taki czyn w sumie nie wyraża nas, tylko bylejakość, niepowagę.

Bywa jednak i tak, że nie litujemy się nad żebrakiem, dzieckiem czy chorym bo wiemy, że to im zaszkodzi. Zaszkodzi zamachem na powagę życia. Bo przecież o to tu chodzi. Dziecko musi nauczyć się stałych reguł postępowania i tego, że nie zawsze jego pragnienia muszą być zaspokojone. Żebrak z kolei, że proszenie o datek, o ile możliwa jest jeszcze zmiana sytuacji, nie może być odpowiedzialnym sposobem na życie, czyli zgodnym z zasadą: kto może a nie chce pracować niech też i nie je.

Z innej perspektywy może jednak pojawić się pytanie, czy wiedza o własnych motywach jest nam potrzebna? Przyzwyczailiśmy się myśleć, że to intencje stanowią o wartości nas samych. Wszelki boski sędzia czytać będzie przecież w sumieniach. Czyli przede wszystkim w intencjach. Ale z drugiej strony gdyby najważniejsze miały być intencje, i nie działalibyśmy przy złych intencjach, to nie tylko nie czynilibyśmy zła, ale i części dobra. Na przykład tego, które czynimy czysto kurtuazyjnie, bo tak wypada, a w uczuciach przeżywamy zupełnie coś odwrotnego. Czy więc mimo braku dobrej intencji nie czynimy dobra? I czy w ogóle jest możliwe uczynić coś dobrego bez dobrej intencji? Żeby sprawę jeszcze skomplikować, to przecież nieraz czynimy dobro bo tak wypada, jednocześnie czujemy coś odwrotnego do tego co czynem wyrażamy, świadomie powstrzymujemy to czucie i staram się nadać jemu inną treść. Uważamy bowiem, że jest ono niegodne owego czynienia dobra. Litości!

Może więc wygodniej pójść za Shakespeare’owskim Ryszardem III, bądź współczesnym mafioso i nie mieć litości. Przynajmniej nikt o nią prosić nie będzie. Ileż wstydu sobie i temu nad kim się litujemy zaoszczędzimy, bo jaki pisał Prus „Litość jest to uczucie równie przykre dla ofiarowującego jak i dla przyjmującego”. Czyż litością nie mogę nawet deprawować?

Powiadał Hebbel „Litość jest najtańszym uczuciem ludzkim. Świat lituje się nawet nad męczennikami zła”. Coś z racji tu jest. Gdybyśmy się litowali nad zbrodniarzem zamkniętym we więzieniu i chcieli go wypuścić wbrew prawu i poczuciu sprawiedliwości, czy nie bylibyśmy blisko nieprawości? Nieprawość polegałaby na nieposzanowaniu sprawiedliwości i prawa, na niepoważnym traktowaniu ludzi.

Chrześcijanom łatwo wpadać w litowanie się. Po pierwsze, litość łatwo pomylić z miłosierdziem. Po drugie, Jezus sugeruje, że ten komu wiele darowano potrafi być wdzięczny. Zatem darujmy jak najwięcej. Po trzecie, litość bardziej niż miłosierdzie przemawia do serca, bo litości towarzyszy wiele wzruszeń. Łatwo wtedy czuć się kimś dobrym. Bo przecież się ulitowałem. Łatwo więc po trosze się i innych deprawować ową niepoważną litością.

Litować się, czy się nie litować? Oto jest pytanie! Pewnie, któreś tam w kolejności po „Być albo nie być”. Jednak skoro zdecydowaliśmy się być, to spróbujmy znaleźć odpowiedź w kwestii litości. Bo jeśli mamy być to jakoś tak poważnie, czyli dostrzegać wagę rzeczywistości – ciężar słów i działań. Inaczej grozi nam jałowość, bezsmak bycia. Tytułowy bohater „Ryszarda III”, przynajmniej w wizji Shakespeare’a, był bestią myślącą, doskonale widzącą ludzkie serca. Wyraźnie widać to w dialogu z Anną, żoną – zamordowanego przez Ryszarda – króla Edwarda. Z tego to dialogu pochodzi cytowany na początku fragment. Ryszard umiejętnie i cynicznie dopasowuje słowa, tak aby osłabić wrogie uczucia Anny, co było jemu potrzebne do osiągnięcia władzy. Ryszard decyduje się na brak litości nie po to by unikać szkód, ale po to by przysporzyć ich swoim wrogom.

Jak nie być bestią lub choćby bestyjką?

Ryszard działa albo w złych intencjach, albo nawet nie przejmując się złem i dobrem, czyni tak a nie inaczej, gdyż jego intencją jest osiągnąć władzę. W tym celu gotów nawet przyznać, że jest mordercą. Wydaje się więc, że kluczem są tutaj intencje i skutki naszej litości. Nic szczególnie odkrywczego. Z drugiej strony jednak w wypadku litości ważnego. Bo litość podobnie jak przeciwna jej sprawiedliwość bywa ślepa. Lecz ślepotą spontaniczną a nie zamierzoną. Ale jest coś jeszcze.

W zdartych, starych i oklepanych słowach kryje się czasem coś zapoznanego. Nie raz, nie dwa z ambony słyszeliśmy „Miej serce i patrzaj w serce”. Łatwa litość, ta czasem pragnąca podporządkować, czasem chcąca poprawić własne notowania słucha pierwszej części tego kościelnego szlagieru. Litość poważna nie zapomni jednak o części drugiej, o patrzeniu, zatem widzeniu i poznaniu serca. Nie tylko cudzego, nad którym się zlitujemy, ale i własnego.

Tak więc, trzeba mieć nie lada mądrość serca, by móc się litować.