Przekazywanie wiary

(214 - styczeń - marzec 2017)

Między mamą i tatą

Jacek Skowroński

W niektórych środowiskach pojawia się pogląd, jakoby to tylko ojciec miał wpływ na wiarę dzieci. Wychylenie wahadła w drugą stronę to też nie jest właściwy kierunek

Na temat przekazywania wiary własnym dzieciom napisano i powiedziano już wiele zdań, artykułów, książek i prac naukowych. Nie mam zamiaru zamieszczać tutaj wszystkich tych treści, zresztą w religijnym wychowywaniu dzieci nie chodzi o samą znajomość teorii. Postaram się jednak dotknąć kilku ważnych kwestii, o których (pomimo ich oczywistości) zdarza się zapomnieć lub rozumieć je stereotypowo.

Zacznijmy od miejsca rodziny w procesie przekazywania wiary dzieciom. Na podstawie własnych obserwacji mogę zaryzykować tezę, że tzw. przeciętny katolik jako podstawowe miejsce uczenia dzieci podstaw wiary wskaże szkołę, ewentualnie parafię, a dopiero później pomyśli o rodzinie. Jest to częsty błąd, z którym można się spotkać także wśród ludzi formujących się w różnych wspólnotach. W dokumentach Kościoła dotyczących katechezy kolejność jest odwrotna. To rodzina jest na pierwszym miejscu i to przez rodzinę dzieci mogą być najlepiej wprowadzone w życie wspólnoty Kościoła. Lud Boży żyje i rozwija się przez i dzięki rodzinie. Priorytetowa rola rodziny wynika wprost z natury przekazu wiary chrześcijańskiej, dla której rodzina jest podstawowym środowiskiem. Wiara przekazywana w rodzinie jest bowiem powiązana z codziennym rytmem i świadectwem życia domowników.

Co więcej, „Dyrektorium Katechetyczne Kościoła katolickiego w Polsce” wymienia takie zadania rodziców, które zwykle uważają oni za zadanie innych instytucji. W tym dokumencie można przeczytać m.in. że to rodzice jako pierwsi katecheci powinni zatroszczyć się o to, aby ich dzieci zostały przygotowane do I Komunii świętej oraz do sakramentu pokuty i pojednania. Ilu z rodziców jest świadomych, że to jest przede wszystkim ich zadanie, a nie szkoły i parafii? Uważam, że jest w tej dziedzinie duże pole do popisu. Katecheci pracujący w szkołach podstawowych z pewnością mogliby na ten temat powiedzieć kilka mocnych słów. Niestety wielu rodziców ogranicza do minimum swoje obowiązki, poprzestając na ochrzczeniu potomków i wyrażeniu zgody na nauczanie religii w szkole. Często wynika to z tego, że wiele rodzin przestało być środowiskiem wzrostu w wierze. Dlatego warto sobie przypominać zobowiązania, których jako rodzice podjęliśmy się najpierw w momencie zawierania sakramentu małżeństwa, a później przy chrzcie dziecka. Po złożeniu przysięgi małżeńskiej celebrans zwraca się do małżonków: „Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?”, a w odpowiedzi padają słowa: „chcemy”. To nie tylko zobowiązanie dla małżonków, ale również obietnica ze strony Kościoła, że w tym zadaniu ewangelizacyjnym nie pozostaną sami. Łaska sakramentu małżeństwa wspiera ich w tym, aby mogli „rodzić” swoje dziecko także duchowo, a nie tylko fizycznie. Podobna deklaracja rodziców znajduje się w obrzędach chrztu świętego, gdy w dialogu między celebransem a rodzicami padają słowa: „Prosząc o chrzest dla waszego dziecka, przyjmujecie na siebie obowiązek wychowania go w wierze, aby zachowując Boże przykazania, miłowało Boga i bliźniego, jak nas nauczył Jezus Chrystus. Czy jesteście świadomi tego obowiązku?”, a rodzice odpowiadają: „Jesteśmy tego świadomi”. Mowa tu o obowiązku, który wynika z zobowiązania podjętego w sposób wolny, bez żadnego nakazu z zewnątrz. Można go nazwać „obowiązkiem miłości”, możliwym do zrealizowania tylko w środowisku związanym relacjami miłości do siebie nawzajem. Już w tym momencie widać więc, że szkoła nie jest w stanie tego obowiązku zrealizować w sposób pełny, że tylko w kochającej się rodzinie, żyjącej wiarą na co dzień dziecko może wzrastać w wierze i miłości do Boga.

Zwróćmy uwagę, że w powyższych postulatach zawsze jest mowa o rodzicach, a nie o mamie lub tacie. Można jeszcze spotkać poglądy, że za wychowanie religijne dziecka odpowiedzialna jest matka, a ojciec w tej kwestii niewiele ma do powiedzenia. Faktycznie często tak bywało, że to matka (a czasem babcia) była głównym czynnikiem motywującym dzieci do podjęcia religijnych obowiązków, ale to przecież nie oznacza, że tak być powinno. Chwała tym rodzicielkom, które w sytuacji, gdy ojciec nie angażował się w przekazywanie wiary dzieciom, same próbowały nadrobić zaległości i wychowywały dzieci w wierze. Nie jest to jednak sytuacja wzorcowa. W wielu sprawach matka nie jest w stanie zastąpić ojca, a ojciec matki. To się wiąże także z pojawiającym się w niektórych środowiskach poglądem, jakoby to tylko ojciec miał wpływ na wiarę dzieci. Wychylenie wahadła w drugą stronę to też nie jest właściwy kierunek. Dziecko do duchowego wzrostu potrzebuje świadectwa obojga rodziców, którzy przeżywając w sposób integralny swoją wiarę, stają się wiarygodnymi świadkami Chrystusa wobec siebie i własnych dzieci. Obserwowanie relacji między mamą i tatą oraz ich wspólnego odniesienia się do Boga jest dla dziecka ważnym elementem rozwoju duchowego. W ten sposób dziecko wzrasta w naturalnym, najbardziej podstawowym środowisku wiary przeżywanej nie w sposób indywidualistyczny, ale we wspólnocie. W takiej rodzinie relacje międzyludzkie mogą stawać się odbiciem relacji miłości osobowej w Trójcy Świętej, kształtując w dziecku więź z Bogiem, który jest Miłością.

Kolejnym ze stereotypów, z którym powinniśmy się zmierzyć jest ograniczanie przekazywania wiary do nauczania, do mówienia o Panu Bogu i o historii zbawienia. To oczywiście jest konieczne, ale nie można na tym poprzestawać. Wiara dziecka kształtuje się przede wszystkim przez naśladowanie najbliższych mu osób. Świadectwo życia religijnego rodziców ma istotne znaczenie w wychowaniu dziecka. Dobry przykład rodziców, którzy żyją w prawdzie i sami realizują to, czego oczekują od dziecka jest najlepszym sposobem na właściwe wychowanie religijne. Poprzez świadectwo wiary rodzice mają nie tylko mówić o Chrystusie, ale przede wszystkim pozwolić im Go zobaczyć. Rodzice mogą jednak przekazać tylko taką wiarę, jaką sami posiadają. Wynika z tego obowiązek troszczenia się o własny rozwój duchowy, o coraz lepszą relację z Panem Bogiem. Rodzice, którzy nie zapominają o własnej formacji religijnej mogą stawać się w ten sposób lepszymi świadkami wiary dla swoich dzieci. 

Relacja z Bogiem wymaga modlitwy, która jest odpowiedzią na Boże pragnienie spotkania z człowiekiem. Rodzice modląc się z dzieckiem uczą je jednocześnie przeżywać w sposób autentyczny spotkanie z żywym Bogiem. To również jest wychowywanie poprzez świadectwo, świadectwo własnej modlitwy traktowanej jako ważny element codziennego życia. Dziecko samo chce uczestniczyć w tych rzeczywistościach życia rodziców, które oni głęboko i autentyczne przeżywają. Istnieje przecież głęboka zależność między modlitwą a życiem, zgodnie z zasadą: „żyjemy tak, jak się modlimy – modlimy się tak, jak żyjemy”. Ponadto to w modlitwie najprościej objawia się ojcowska pamięć Boga o człowieku. W ten sposób modlitwa rodzinna może stać się również miejscem wspólnej pamięci, bo wszyscy mogą być w niej obecni – także ci, którzy już od nas odeszli lub ci, którzy dopiero mają przyjść na świat. Wspólna modlitwa za wszystkich członków rodziny pozwala dziecku w najprostszy sposób doświadczyć wspólnoty, która odnosi się nie tylko do samej siebie, ale przede wszystkim do Boga, w którym szuka fundamentu swojego istnienia.

Przekazanie wiary dzieciom to sprawa, w której z jednej strony wiele od nas zależy, ale z drugiej strony to rzeczywistość, na którą nie mamy pełnego wpływu. W tym trudnym zadaniu, w którym dzisiejszy świat wcale rodzicom nie pomaga nie może zabraknąć powierzenia swojego dziecka i jego wiary Bogu. To On ma moc przymnożyć wiary tam, gdzie nasz przykład jest niewystarczający. To On pierwszy wychodzi ku naszym dzieciom i wzbudza w nich pragnienie spotkania z Nim. Powinniśmy mieć świadomość, że nasze dzieci nie należą tylko do nas, ale są też dziećmi Boga, który je kocha i powołuje do synostwa Bożego. Możemy im bardzo pomóc naszą modlitwą, a w niektórych przypadkach – zwłaszcza gdy dzieci są już starsze i próbują żyć własnym życiem – może się zdarzyć, że właściwie nic więcej nie będziemy mogli zrobić. Jednak mając w pamięci przykład św. Moniki możemy mieć uzasadnioną nadzieję, że szczera i wytrwała modlitwa rodziców za dzieci zostanie wysłuchana.