Modlitwa

(140 - listopad - grudzień 2005)

Między \"razem\" a \"osobno\"

Tomasz Strużanowski

Modlitwa małżonków i rodziców
Praktykuję codzienną modlitwę osobistą. Codziennie modlimy się też jako małżonkowie oraz jako rodzina - z naszymi dziećmi. A może w tych cza­sach, naznaczonych piętnem zwariowanego tempa życia, warto byłoby pomy­śleć o jakiejś formule rodem z reklam proszków do prania: „trzy w jednym”? Czy tej modlitwy nie jest za wiele? Która jest najważniejsza?

 

Tak można byłoby streścić wątpliwości niejednego członka Domowe­go Kościoła i wielu innych chrześcijańskich małżonków i rodziców, którzy poważnie traktują swoje powołanie...

Pisząc o modlitwie ogarniam pamięcią historię mego życia: pacierz, którego mama nauczyła mnie jako małego brzdąca, jej troskę, bym zawsze pomodlił się przed pójściem spać; duchowe przebudzenie w wie­ku mniej więcej 15 lat, kiedy dotarło do mnie, że modląc się nie rzucam słów na wiatr, lecz mówię do Kogoś; potem, już w wieku dorosłym - stopnio­we odkrywanie, że modlitwa nie polega na mówieniu, lecz na słu­chaniu, by odkryć Jego wolę i wprowadzić ją w me życie. Ile zdumienia przeżyłem, uświadomiwszy sobie, że tym, który potrzebuje modlitwy, jest nie Pan Bóg, lecz ja sam... Ile wysiłku kosztowało przyswojenie sobie prawdy, że w modlitwie trzeba trwać niezależnie od stanów uczuciowych, napadów eufo­rii i zniechęcenia... Ile razy dane mi było doświadczyć - także emo­cjonal­nie - ogromu Miłości, w obliczu której stawałem na mod­litwie...

Było zatem trochę tych przeżyć, a mimo to odczuwam w tym momencie niemałe za­kłopotanie. Sumienie mówi mi bowiem jasno, że każde ze wspomnianych wyżej odkryć modlitewnych przyjąłem z wdzięcznością, jako Boży dar, a potem niejeden raz podepta­łem - swoją niekonsekwencją, niewiernością, lenistwem, brakiem dobrej woli... Tak - w dziedzinie życia modlitewnego nie czuję się „ekspertem”; co najwyżej świadkiem prag­nącym podzielić się doświadczeniami, które Pan Bóg pozwolił zebrać na mojej drodze życiowej.

Czym zatem jest dla mnie modlitwa?

Najkrócej mówiąc - zadaniem, do którego często w swej słabości nie dorastam, a jednocześnie dobrze wiem, że tutaj właśnie (i tylko tutaj!) - w bezpośrednim spotkaniu z Jezusem Chrystusem - leży źródło mojej mocy.

Zacznę od krótkiego uporządkowania pewnych rzeczywistości. Podstawowe pytanie: kim jestem? Odpowiadam: jestem człowiekiem, chrześcijaninem, dzieckiem Bożym, mę­żem, ojcem - w tej właśnie kolejności. Przede wszystkim człowiekiem - obdarzonym wolną wolą, nieśmiertelnością, takim a nie innym ciałem, temperamentem, zdolnościa­mi. To jest ta podstawa, na której Pan Bóg chce budować dalsze piętra mego życia. Zos­tałem ochrzczony, włączony do Kościoła - a zatem jestem chrześcijaninem. W pewnym momencie Pan Bóg dał mi łaskę osobistego nawrócenia się, świadomej próby kształto­wania mego życia w pełnym zaufaniu do Niego i do Jego wymagań - jestem więc dzieckiem Bożym. Minęło trochę czasu i odczytałem, ze moim powołaniem jest życie w małżeństwie; poślubiłem Beatę i tak stałem się mężem. Pan Bóg pobłogosławił naszą mi­łość, sprawił, że zaowocowała ona dwojgiem dzieci - i tak stałem się ojcem.

Kilka lat po ślubie wstąpiliśmy do Domowego Kościoła, gdzie odkryliśmy piękno du­chowości małżeńskiej, czyli ciągłego - i wspólnego - dążenia do uświęcania się. Pełniej odkryliśmy znaczenie słów, że „odtąd już nie są dwoje, lecz jedno ciało”. Nauczyliśmy się myśleć w kategoriach „my”, a nie „ja”. W naszym domu zagościła modlitwa małżeńska i rodzinna, z dziećmi. A mimo to powiedzmy sobie jasno: u podstaw życia duchowego le­ży modlitwa indywidualna. Może to się wydać trudne do przyjęcia, ale to sam Chrys­tus - nie współmałżonek - winien być tą Osobą, z którą wiąże mnie najgłębsza relacja. Zażyła przyjaźń z Chrystusem w niczym nie po­mniejsza więzi małżeń­skiej, przeciwnie, dopiero ona uzdalnia nas do pełnego otwarcia na męża czy żonę. Chora osobista relacja z Chrys­tusem zawsze będzie w małżeństwie skutkowała jakimś brakiem, nie­doskonałością.

Z drugiej strony - trzeba sobie jasno uświadomić, że w życiu mał­żeńskim nie wystarczy, jeśli dwoje najbliższych sobie ludzi osobno - każde w swoim kącie i o innej porze - powie Bogu, co ich trapi, a co raduje, czy wsłucha się w Jego wolę. Tu trzeba wspólnego wysił­ku. W małżeństwie moja relacja z Bogiem nadal pozostaje moją rela­cją, ale z całą pewnością wpływa na jakość naszego związku. Modlit­wa małżeńska jawi się więc jako naturalne i konieczne przedłużenie mod­litwy osobistej.

Czy naprawdę „trzeba” modlić się we dwoje?

No cóż... Owego dnia, kiedy drżąc z emocji wypowiadaliśmy sło­wa przysięgi małżeńskiej, Jezus pobłogosławił naszą miłość i podniósł ją do rangi sakramentu. W ten sposób złożył w nasze ręce ewangeliczny talent, oczekując. że przez lata wspólnego życia, zarówno w chwilach radosnych jak i bolesnych, istotnie go pomnożymy. Należy często sta­wiać sobie pytanie, co dzieje się z tym talentem. Czy nasza miłość mał­żeńska od dnia ślubu systematycznie gaśnie, czy też przeciwnie, ów dzień był tylko punktem wyjścia we wspólnym wzrastaniu. W moim przekonaniu, popartym latami bardziej czy mniej udanej praktyki, bar­dzo wiele zależy tu właśnie od wspólnej modlitwy małżonków, która może stanowić skuteczną zaporę przeciw szarościom i trudom codzien­ności.

Bardzo cenię sobie jeszcze jedno doświadczenie, do którego mocno zachęcam młodych ludzi: modlitwę narzeczeńską. Niewątpliwie narze­czeństwo stanowi dla dwojga kochających się osób wielką próbę życio­wą, sprawdzian wiary, charakterów, siły moralnej. Aby ich wybór był dojrzały, trafny, potrzebują wiele mocy - a skądże mają ją czerpać, jeś­li nie od Chrystu­sa? Wspólna modlitwa narzeczonych pozwala im w pełni rozeznać powołanie, plan, jaki Bóg ma wyłącznie dla nich, otwiera ich też bar­dzo na siebie nawzajem, czyni z nich wspólnotę duchową, służy ogromną pomocą w za­cho­waniu czystości przedmałżeńskiej. Przeżywanie narzeczeństwa prawdziwie po chrześ­ci­jańsku jest położeniem fundamentu pod trwałe i szczęśliwe małżeństwo. Mówiąc obra­zo­wo, narzeczeństwo stanowi jakby przedsionek małżeństwa - jeśli będzie on zabłoco­ny, to wchodzący zabrudzą cały dom, w którym mają zamieszkać. Nie ulegajmy złudze­niu, że od dnia ślubu będzie można roz­począć wszystko na nowo! Kiedy wspominam na­sze na­rzeczeństwo, widzę jak wiele owoców przyniosła w późniejszym czasie wspólna modlit­wa, uczestniczenie w Euchary­stii, czy przyjmowanie sakramentów.

Mimo to w naszym małżeństwie nie zawsze potrafiliśmy systematycznie trwać w mod­litwie. Potrzeba było niejednego trudnego doświadczenia, niejednej wspólnej porażki, byś­my podjęli wysiłek regularnej modlitwy małżeńskiej. Ale - jak dziś oceniamy - war­to było.

W modlitwie ujmujemy wszystkie sfery życia: naszą więź duchową, psychiczną i fi­zyczną, sprawy związane z wychowaniem dziecka, pracą zawodową, zaangażowaniem w życie społeczne, życie Kościoła, relacje z rodziną, krewnymi, przyjaciółmi, znajomymi, to, co nas cieszy i to, co boli. Nie ma spraw „tabu”. Wspólna modlitwa pozwala w zarod­ku dostrzec, nazwać i rozwiązać rodzące się konflikty. Działa tu szczególny mechanizm: skoro zapraszamy między siebie Chrystusa, to On uzdalnia nas do takiego spojrzenia na siebie nawzajem, które jest wolne od podejrzeń o złą wolę drugiej strony. Myślimy:
„On/ona nie może chcieć źle, skoro wiem, że Chrystus jest dla niego/niej Kimś waż­nym”. Modlimy się za siebie nawzajem, wypraszając łaski potrzebne drugiej stronie. Mod­litwa uświadamia nam właściwą hierarchię wartości; daje rękojmię, że nie wpadnie­my w pu­łapkę dorabiania się, pracoholizmu, realizowania własnych ambicji - zgodnie z zasa­dą: „Kiedy Bóg jest na pierwszym miejscu - wszystko jest na swoim miejscu”.

Staramy się modlić razem codziennie. Pora, miejsce nie są ważne. My robimy to przeważnie na koniec dnia, w domu, ale dla kogoś innego równie dobrą okazją może być spacer czy jazda samochodem. Modlimy się w różny sposób; czasem jest to róża­niec, czasem modlitwa własnymi słowami, w której dziękujemy Bogu za otrzymane łaski, przepraszamy Go, prosimy o wszystko, czego potrzebujemy, kiedy indziej rozważamy słowa Pisma św., szczególne umocnienie znajdując w psalmach. Wiemy, że On przyjmie każdą, najbardziej nawet nieudolną modlitwę, o ile tylko płynie ona z głębi serca. Owoce takiej modlitwy są ogromne. Pomnaża nasze wzajemne zaufanie, otwiera na pragnienia i potrzeby drugiej strony, stępia tkwiący w nas egoizm, uczy przebaczać urazy i winy.

A teraz wróćmy do tego, co zostało powiedziane na początku: do modlitwy indywidu­alnej, która stanowi podstawę naszej więzi z Bogiem. Nie będzie takiej modlitwy, a przynajmniej droga do niej znacznie się skomplikuje, o ile nie nauczą jej rodzice. Po­wiedzmy sobie wyraźnie: jedzenie, ubranie, wykształcenie, mieszkanie - zgoda, to wszystko jest dziecku niezbędne i słusznie stanowi przedmiot starań troskliwych rodzi­ców, jeśli jednak w tym wszystkim zabraknie przekazu głębokiej wiary, to znaczy, że nie stanęli oni na wysokości zadania i wypuścili w świat dziecko w pewien sposób okaleczo­ne. Nasze doświadczenia na tym polu (mamy dzieci w wieku 11 lat i 4 lata) pozwalają stwierdzić, że modlitwę rodzinną należy zaczynać jak najwcześniej, od najprostszych form, nie czekając, „aż dziecko urośnie”. Winna to być wspólna modlitwa obojga rodzi­ców i dzieci (ewentualnie pozostałych domowników, jeżeli są) - w żadnym wypadku nie może to polegać na dozorowaniu „odmawiania pacierza” z sąsiedniego pokoju! Tutaj szczególna rola przypada ojcu - ogromnie ważne jest, aby dzieci widziały go klękające­go do rozmowy z Kimś jeszcze potężniejszym od niego... Wskazane jest urozmaicanie modlitwy różnymi formami, łącznie z modlitwą spontaniczną - w żadnym razie nie moż­na dopuścić do bezmyślnego „odklepywania” wyuczonych formułek. Warto wspominać o konkretnych bieżących potrzebach i wydarzeniach rodzinnych - wszystko po to, aby uświadomić dziecku, że kontakt z Bogiem jest czymś żywym i wcale nie musi być nudny. Im starsze dzieci, tym bardziej można powierzać im przewodniczenie w modlitwie rodzin­nej. Ważny dla nich może się okazać wystrój zewnętrzny: domowy ołtarzyk, zapalona świeca, krzyż, obrazy, figurki, akcenty nawią­zujące do przeżywanego okresu roku litur­gicz­nego (wieniec adwentowy, żłóbek, róża­niec itp.)

Osobny problem, w którym nie posia­dam - jeszcze - własnych doświadczeń, sta­nowi modlitwa z dorastającymi dziećmi. Wiele zależy od tego, co zostało zasiane wcześniej, w dzieciństwie. Jedno nie ulega wątpliwości: mod­litwa rodzinna poparta przykładem dobre­go, chrześcijańskiego życia, owocuje najcen­niej­szym darem, jaki możemy złożyć swoim dzieciom. Tym darem jest właściwy, wolny od wy­paczeń ob­raz Boga jako kochającego Ojca.

Należy przy tym pamiętać, że modlitwa małżeń­ska i rodzinna nie są tym samym. Z wielu wzglę­dów - choćby dlatego, że relacja mąż-żona jest bardziej podstawowa od relacji rodzice-dzieci (częsty błąd polegający na tym, że małżonkowie tak bardzo skupiają się dzieciach, że zapominają o pie­lęgnowaniu wzajemnej miłości), a poza tym istnieje wiele spraw, które rodzice mogą powierzyć Bogu tylko we dwoje.

Nie wmawiajmy sobie, że jesteśmy tak pochło­nięci staraniami o chleb powszedni, że nie możemy wykroić codziennej chwili na modlitwę. Czy zechcemy się z tym zgodzić, czy nie, prawda jest taka, że zawsze znajdujemy czas na to, co dla nas najważniejsze. Modlitwa nie zawsze sprawia przyjemność, często stanowi ciężką du­chową pracę, jakże jednak wartą podjęcia! Przez nią otrzymujemy dostęp do Jezusa - Tego, bez którego nic w naszym życiu nie będzie na swoim miejscu. W ten sposób obec­ność modlitwy lub jej brak może stanowić o wygranej lub przegranej nasze­go istnienia.