Misje

(186 - maj - czerwiec 2012)

Misjonarze

Katarzyna Arciszewska

Gdybym zapytała przechodnia idącego jedną z ulic w moim mieście o to, czy może być misjonarzem, pewnie po chwili zastanowienia i lekkiej konsternacji usłyszałabym, że ten przywilej i jednocześnie trud zarezerwowany jest dla wybranych. Nic bardziej mylnego…

Gdybym zapytała przechodnia idącego jedną z ulic w moim mieście o to, czy może być misjonarzem, pewnie po chwili zastanowienia i lekkiej konsternacji usłyszałabym, że ten przywilej i jednocześnie trud zarezerwowany jest dla wybranych. Nic bardziej mylnego… Realizować misyjne powołanie może każdy z nas. Wydaje się, że pierwszym i jednocześnie najważniejszym krokiem, ku takiej postawie jest uświadomienie sobie, że powołanie to dotyczy wszystkich ochrzczonych.

Być może od takiej świadomości rozpoczęła się misyjna służba niesiona przez Wielkopolan o ogromnym sercu – ojca Mariana Żelazka SVD i doktor Wandę Błeńską. Z całą pewnością te dwie postaci można określić jako współczesnych świętych.

Ojciec Marian Żelazek, werbista urodzony w 1918 roku poświęcił swoje życie, by opiekować się trędowatymi w Puri (Indie). Na świat przyszedł jako siódmy z czternaściorga dzieci, a w późniejszym czasie jego rodzice adoptowali jeszcze dwójkę sierot. Jako dziewiętnastolatek rozpoczął nowicjat u księży werbistów w Chludowie pod Poznaniem. Pierwsze śluby zakonne złożył już po wybuchu II wojny światowej, a w 1940 roku został wywieziony – wraz z księżmi i pozostałymi seminarzystami z Chludowa – do obozu koncentracyjnego w Dachau. W obozie duchowni i seminarzyści otrzymali najtrudniejsze prace fizyczne, upokarzające kary i głodowe racje żywnościowe. Większość z nich umarła, jednakże o. Marian uszedł z życiem.

Po wyzwoleniu obozu przyszedł dla o. Żelazka czas studiów w Rzymie. 18 września 1948 roku o. Marian wraz z kolegą z obozu w pustym kościele, z dala od rodziny i ojczyzny, przyjął święcenia kapłańskie. Już rok później wyjechał jako misjonarz do wymarzonych Indii. Początkowo pracował wśród Adibasów, ludu wyjątkowo poniżanego. Został też inspektorem nadzorującym szkoły katolickie w okręgu Mimbar. Od 1968 roku posługiwał jako proboszcz w Bondamunda i zbudował kościół Matki Bożej Częstochowskiej.

Po dwudziestu pięciu latach pracy Indiach został skierowany do Puri. Buduje tam leprozorium, szkołę, kościół, bibliotekę, Centrum Dialogu Międzyreligijnego i Duchowości św. Arnolda, schronisko dla trędowatych a także mały szpital. Przez swoją obecność i działanie pomagał ludziom odnaleźć utraconą godność i sens życia. Zyskał uznanie w oczach wielu ludzi, nawet elity hinduskiej. Zmarł 30 kwietnia 2006 roku pośród najuboższych, jako ich ojciec i przyjaciel…

Ten „cichy święty” przyjaźnił się z doktor Wandą Błeńską – lekarką, która ponad czterdzieści lat swojego życia poświęciła, by leczyć, wspierać obecnością i darzyć miłością ubogą ludność Ugandy. Doktor Błeńska to rodowita poznanianka, która w bardzo wczesnym wieku straciła matkę i dzięki własnej determinacji i pragnieniu bycia lekarzem ukończyła Wydział Lekarski Uniwersytetu Poznańskiego. Dnia 25 kwietnia 1951 roku Wanda Błeńska po raz pierwszy dotarła do Buluby nad pięknym Jeziorem Wiktorii w Ugandzie. Objęła funkcję lekarza naczelnego w Centrum Leczenia Trądu przy Siostrach Franciszkankach Matki Kevin z Irlandii, z obowiązkiem pieczy także nad przychodnią w Nyendze. Była pierwszym i jedynym lekarzem na misjach – to zmuszało ją również do wykonywania również takich zabiegów i operacji, które wykraczały poza jej specjalizację.

Doktor Wanda Błeńska miała świadomość, że walka z tak potężną chorobą, jaką jest trąd, wymaga szkolenia miejscowych kadr medycznych. Dlatego też zainicjowała ośrodek szkoleniowy w Bulubie, który dzisiaj nosi jej imię. Leczyła nie tylko poranione ciała pacjentów chorych na trąd, ale uzdrawiała także ich poranione dusze. Należy pamiętać, że trędowaci w czasach pobytu doktor Błeńskiej byli często ludźmi odrzuconymi przez społeczeństwo. Albowiem trąd w zaawansowanym stadium to choroba bardzo okaleczająca, deformująca zwłaszcza kończyny rąk i nóg. Budząca lęk, przerażenie… Dokta (tak nazywali ją Ugandyjczycy) dobrze wiedziała, że przełamanie strachu wśród Afrykańczyków wobec zarażonych wymagało przede wszystkim zmiany nastawienia do tej choroby. Zdawała sobie sprawę, że nie wystarczą słowa… Potrzebne były gesty. Zawsze z każdym pacjentem serdecznie się witała, starannie i powoli oglądała rany, nie zakładała rękawiczek… Zarówno o. Marian Żelazek, jaki i doktor Wanda Błeńska, swoją postawą uczą, że od ludzi cierpiących na trąd nie należy się odwracać, nie trzeba się ich bać, ale trzeba ich kochać.

Bóg skrzyżował ścieżki tych dwojga wspaniałych ludzi: doktor Błeńska przez dziewięć miesięcy przebywała w Indiach u o. Mariana Żelazka w ośrodku leczenia trędowatych, w Puri. Ojciec Marian Żelazek tak opisywał ich wspólne doświadczenia:

Dzielimy się wszystkim tym, co przeżywamy. To więcej niż przyjaźń. Całym sercem jestem jej oddany. Zbliża nas to, co robimy-wspólna misja w niesieniu pomocy bliźniemu. Aż trudno uwierzyć, że ta okruszyna ludzka kryje w sobie tak niewyczerpaną energię, moc. To niezwykle jasna postać – wielki człowiek. Nasza Kochana Wandeczka!.

Tą drobniutką osóbkę, która 30 października 2011 roku ukończyła sto lat, można każdego dnia spotkać na Mszy Św. o godz.12, w kościele oo. Dominikanów w Poznaniu. Jest to najlepszy dowód na to, że by być misjonarzem niekoniecznie trzeba służyć gdzieś na drugim końcu świata. Można nim być w codzienności, tu ocierać się o świętość, u jej źródła… Jan Paweł II – misjonarz narodów, w 2002 roku, podczas jednej z pielgrzymek zwrócił się do młodzieży z następującym apelem:

Nie czekajcie na więcej lat, aby rozpocząć przygodę dążenia do świętości. Świętość jest zawsze młoda, tak jak wieczna jest młodość Boga.

Na taką przygodę z pewnością nie czekała błogosławiona matka Teresa z Kalkuty, która w wieku osiemnastu lat zdecydowała się poświęcić swoje życie Bogu oraz drugiemu człowiekowi i wówczas wstąpiła do zakonu. Jednakże po prawie rocznej nauce w klasztorze matka Teresa opuściła go, by przyłączyć się do zgromadzenia Loretanek w Darjeeling (Indie). Po upływie krótkiego okresu czasu skierowano ją, aby prowadziła zajęcia z geografii w Wyższej Szkole St. Mary's dla dziewcząt w Kalkucie, na południe od Darjeeling. To właśnie ulice Kalkuty były pełne żebraków, trędowatych, bezdomnych i niechcianych dzieci, które opuszczone umierały na ulicach lub w pojemnikach na śmieci. Dlatego też po powrocie do Darjeeling, Matka Teresa zrezygnowała ze swojej pozycji w szkole St. Mary's, aby opiekować się potrzebującymi w slumsach. Otrzymawszy zgodę od swojego arcybiskupa, rozpoczęła pracę.

Ogromny trud i serce, które Matka Teresa wkładała w codzienną posługę potrzebującym zaowocowały założeniem Kongregacji Misjonarek Miłości, która została zatwierdzona jako zakon w 1965 roku. Początkowo skupiła swoje wysiłki na bezdomnych dzieciach z ulic, ucząc je czytać i dbać o siebie. Zakon matki Teresy otrzymał zgodę od oficjalnych władz Kalkuty do używania opuszczonej hinduskiej świątyni, w której stworzyła „Dom Czystego Serca” dla umierających. Przyprowadzała z ulic umierających Hindusów i roztaczała tam nad nimi opiekę, oddając im całe swoje serce. Natomiast w latach pięćdziesiątych, rozpoczęła pomoc dla ofiar trądu. Indyjski rząd podarował zakonnicom niewielką działkę koło miasta Asansol, gdzie założyły kolonię dla trędowatych Shanti Nagar (Miasto Pokoju). Doskonale rozumiała, że każdy potrzebuje miłości, ze każdy musi mieć świadomość tego, jak ważny jest dla Boga.

Doktor Wanda Błeńska miała możliwość spotkania się z Matką Teresą, gdy przyjechała do Indii. Pozostając pod dużym wrażeniem tego spotkania, tak opisywała Matkę Teresę:

To, co w niej najpiękniejsze, to chyba dobroć, oddanie ludziom, zwłaszcza ludziom cierpiącym. Ona przecież nie tylko miała poczucie tej rzeczywistości, ale ją widziała – że ci ludzie są samotni. Że często nie mają nikogo, do kogo mogliby się zwrócić. Że ona jest jedyną osobą, która może im pomóc. Oczywiście starała się (…), w rozmowie z innymi, zdrowymi, usuwać lęk, żeby oni nie bali się pomagać, żeby tych rąk pomocnych i serc pomocnych było coraz więcej.

Sam matka Teresa wytrwale powtarzała:

Nietrudno kochać ludzi, którzy są od nas daleko, trudniej kochać tych, z którymi żyjemy albo którzy w pobliżu nas przebywają. Chcąc kogoś pokochać, trzeba nawiązać kontakt z tą osobą, zbliżyć się do niej.

Do końca życia, który nastał w 1997 roku, pracowała pomagając ludziom, apelując jednocześnie zawsze o poszanowanie godności drugiego człowieka oraz czynnie sprzeciwiała się aborcji, eutanazji i antykoncepcji.

Można jednak zadać pytanie, czy oprócz własnego świadectwa dawanego w środowisku, którym na co dzień żyjemy możemy jeszcze jakoś wspomóc dzieło misyjne? Może nie mamy tyle odwagi i możliwości, żeby fizycznie nieść pomoc potrzebującym? Tu odpowiedź znowu jest prosta: ze swoją modlitwą mogę dotrzeć do najdalszych zakątków świata. Szczególnie pożądanym sposobem zdaje się być modlitwa różańcowa za misjonarzy, którzy służą w najdalszych zakątkach świata.

W uświadomieniu, jak dużą wartość ma taka modlitwa może posłużyć postać bł. Pauliny Jaricot, której sto pięćdziesiątą rocznicę narodzin dla nieba obchodzimy w bieżącym roku. Sługa Boża Paulina Jaricot urodziła się w Lyonie, w 1799 roku, w rodzinie bogatych przemysłowców. Już w wieku 17 lat zdecydowała się żyć tylko dla Boga. Złożyła prywatnie ślub czystości i przyjęła prosty styl życia oraz sposób ubierania się lyońskich robotnic. Dzięki swojemu bratu Fileasowi, który w Seminarium św. Sulpicjusza w Paryżu przygotowywał się do pracy misyjnej w Chinach, dowiedziała się o dramatycznej sytuacji Chińczyków i konieczności misji w tym kraju. Szukała więc sposobu rozbudzenia wśród katolików entuzjazmu dla ich wspomagania. Sposób znalazła w 1819 roku. Zaczęła tworzyć grupy złożone z dziesięciu osób, z których każda starała się zachęcić do wspomagania misji przez inne dziesięć osób. Z kolei dziesiątki organizowano w setki, a setki w tysiące. Każdy członek zobowiązywał się do codziennej modlitwy za misje i niewielkiej cotygodniowej ofiary na ten cel. Na każdym szczeblu grupami kierowali odpowiedni przewodnicy. Tak właśnie powstał „Żywy Różaniec”. Zainicjowane przez nią Dzieło Rozkrzewiania Wiary papieże polecali biskupom, kapłanom i wiernym.

W stulecie powstania Dzieła, 3 maja 1922 roku, Pius XI uczynił je „papieskim” i polecił wprowadzić w całym Kościele powszechnym. Jak potwierdzają pozostawione przez nią liczne zeszyty, energię do misji znajdowała w głębokim i intensywnym życiu duchowym. Wielka inicjatywa modlitwy poprzez „Żywy Różaniec” objawiła jej miłość do Matki Bożej, która popchnęła ją do zamieszkania w cieniu bazyliki Matki Bożej w Fourviere. Jej codzienne życie oświetlała Eucharystia i adoracja Najświętszego Sakramentu. Błogosławiona Paulina Jaricot sama o sobie mówiła, iż jest zapałką w rękach Boga, którą On posłużył się, by rozniecić wielki ogień. Zatem to kolejna postać, która swoim życiem pokazuje, iż świętość nie dotyczy tych, którzy na początku swojej drogi mają wielkie plany. Należy bowiem pamiętać, że nie dokonujemy wielkich rzeczy, tylko małe z wielkim poświęceniem.

 

Jaka zatem jest recepta na udane wypełnianie misyjnego powołania przez każdego człowieka? Przede wszystkim modlitwa, bo to może uczynić każdy, niezależnie od miejsca zamieszkania. Współcześni misjonarze swoją postawą wskazują, że potrzebny jest także kawałek serca, ogromnego serca, które przywraca radość i sens życia. Ponadto niezbędne są witaminy, a wśród nich, zdaniem doktor Wandy Błeńskiej witamina M – Miłość – jest najskuteczniejsza ze wszystkich. Zalecenia te precyzuje błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty, podkreślając, iż nie należy akceptować wielkich czynów na skalę ogólną, trzeba zaczynać od miłości jednostki.