Biblia

(224 - listopad - grudzień 2018)

Moje spotkanie ze Słowem

świadectwa

Nie wyobrażam sobie, że mogę przeżyć dzień bez spotkania ze Słowem Bożym. Bardzo mi pomaga w rozpoczęciu dnia i dobrym przejściu przez wszystkie wydarzenia i sytuacje

Kilka lat temu podjąłem wyzwanie przeczytania Biblii w rok. Rozpisany schemat na każdy dzień przewidywał po kilka rozdziałów ze Starego i Nowego Testamentu każdego dnia. Tabelka z miejscem do „odhaczania” przeczytanych fragmentów powoli się zapełniała. Tak minął pierwszy tydzień. W drugim tygodniu była mobilizacja, żeby zdążyć i czytanie „po łebkach”. W trzecim pojawiały się zaległości, nadrabianie. Zniechęciłem się. Kolejny rok, kolejna próba i było podobnie. 

Dwa lata temu, w Wielkim Poście, postanowiłem zacząć jeszcze raz, od początku. Ale inaczej – bez formalnego planu, bez zapisywania i bez pośpiechu. Poświęcam na to niedzielny poranek, raz w tygodniu. 

Czytam powoli, ale systematycznie. Nie pomijam rodowodów, trudnych imion i nazw, dłuższych opisów. Staram się dostrzegać ślady działania Pana Boga w historii zbawienia. Ale też zatrzymuję się nad refleksją, jak wykorzystać mądrość, którą niesie ta historia i którą pokazuje Pana Bóg w życiu osobistym, rodzinnym, społecznym. 

Niejednokrotnie uświadamiam sobie, że z utęsknieniem czekam na ten niedzielny czas spotkania z Biblią, bo to jest inne karmienie się Słowem, niż w codziennym Namiocie Spotkania. Po przeszło dwóch latach dotarłem do Księgi Machabejskiej, co oznacza, że do końca jeszcze ładnych kilka lat, ale wciąż mam pragnienie zgłębiania tej zapisanej historii zbawienia.

Przemek

 

Czytanie Pisma Świętego wydawało mi się czymś, co niekoniecznie mnie musi dotyczyć. Owszem, przed wejściem do Ruchu zdarzało mi się zajrzeć do Biblii. Ale działo się to sporadycznie i wtedy, gdy chciałem coś sprawdzić. 

Pamiętam, że dawno temu chciałem przeczytać Stary Testament w całości. Niestety wówczas mi się to nie udało. Nie pamiętam nawet, na której księdze „poległem”. 

Potem był początek małżeństwa, wówczas też Pismo Święte raczej nie niszczyło się od czytania. Dopiero wstąpienie do Domowego Kościoła i zobowiązanie do codziennego Namiotu Spotkania trochę mnie do tego nakłoniło. Ale to był początek. Tak naprawdę potrzeba zagłębiania się w Słowo Boże przyszła później. Namiot Spotkania zaczął być dla mnie tym, czym powinien być. Czułem się tam jak w namiocie, odcięty od świata, codzienności, a jednak poszukujący odpowiedzi w piśmie świętym na to, co mnie w tym świecie i codzienności spotyka. 

Szukam zawsze w tym co czytam odniesienia do mojego życia, wytłumaczenia tego, dlaczego coś się dzieje tak, a nie inaczej. Staram się słuchać interpretacji Słowa Bożego na kanale „Paśnik” na YouTube, często te słowa, które tam słyszę dają mi możliwość spojrzenia na nowo, na to co już znałem i wydawało mi się, że rozumiem. 

Bardzo lubię słuchać konferencji ojca Szustaka, są długie, ale z uwagi na to, że dużo czasu spędzam w samochodzie, mogę sobie ich odsłuchanie pozwolić. Jego interpretacja Biblii jest często bardzo odkrywcza, pokazuje mi Bożą miłość i to, że Bóg jest ze mną w każdej sytuacji. 

Po pierwszej nieudanej próbie, kilka lat temu zacząłem czytać Biblię z zamiarem przeczytania jej w całości, tym razem się udało. Codziennie fragment od początku do końca. 

Teraz czytam Nowy Testament po raz kolejny, systematycznie, a do Starego wchodzę na „chybił trafił” czasami wystarczy mi, że przeczytam jedno zdanie, czasami muszę trochę więcej, aby odnaleźć w swoim życiu kontekst tego, o czym czytam. Do tego dochodzi słowo z dnia i często jutrznia. Z takim „ładunkiem” łatwiej mi wejść w codzienne obowiązki. Teraz nie mogę sobie wyobrazić, abym mógł Pisma Świętego nie czytać. Wiem, że nawet jeśli będę czytał po raz kolejny ten sam fragment, to Bóg może przemówić do mnie w zupełnie inny, niespodziewany i nieznany do tej pory sposób. 

Sławomir

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym Wieczerniku.