Życie konsekrowane

(193 - maj - czerwiec 2013)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Movimento Luz-Vida

Przemysław Wieczorek

 

Gdy 13 marca tego roku świat wpatrzony w loggię watykańskiej bazyliki usłyszał nazwisko kolejnego następcy św. Piotra po chwilowym zaskoczeniu zaczęło się gorączkowe poszukiwanie informacji o nowym papieżu. Kim jest kardynał Bergoglio, skąd pochodzi? I nagle oczy świata zwróciły się ku ziemi argentyńskiej, a zarazem ku całemu kontynentowi amerykańskiemu. Niektórzy chrześcijanie w Europie ze zdziwieniem odkrywają, że Kościół Ameryki Łacińskiej ma bogatą, kilkusetletnią tradycję, a przede wszystkim żywą wiarę i dynamiczny rozwój. Ma też jednak i swoje problemy. Może więc ten znak czasu jakim jest pierwszy papież z kontynentu amerykańskiego jest dobrym pretekstem, żeby przyjrzeć się tej części świata chrześcijańskiego i zobaczyć możliwości dzielenia się tam charyzmatem naszego Ruchu.

„Ruch Światło-Życie ze swoim charyzmatem ewangelizacji i „Ewangelii wyzwolenia” ma do spełnienia w Boliwii oraz w innych krajach Ameryki Południowej wielką misję o kluczowym znaczeniu. W podjęciu tej misji leży przyszłość Ruchu!” – tak przed 30 laty pisał sługa Boży ksiądz Franciszek Blachnicki w «Liście z Boliwii», w którym zawarł spostrzeżenia z wizyty w tym kraju w 1982 r. dotyczące sytuacji tamtejszego Ruchu (a także, a może przede wszystkim – fundamentalne dla nas dziesięć wielkich charyzmatów Ruchu Światło-Życie). Spotkanie ojca Franciszka z Ruchem w Boliwii, zwłaszcza obserwacja jego dynamicznego rozwoju, w tamtych czasach pozwalały mu na optymistyczne patrzenie w przyszłość. Misja Ruchu jednak nie została podjęta do końca, a czas przyniósł stagnację. Teraz jednak znów widać pierwiosnki zapowiadające możliwości rozwoju oaz, a tym samym zrealizowanie tej wizji, którą miał ojciec Franciszek.

Koka, piłka nożna i chicha

Boliwia to kraj kontrastów. Z jednej strony masywne Andy, sięgające nawet 6 tys. m n.p.m., z drugiej nizina z lasami równikowymi i Amazonią. Dwie trzecie ludności jest pochodzenia indiańskiego (większość z nich to Indianie Keczua i Ajmara). Zdecydowana większość mieszkańców to katolicy, ale wielkim problemem wciąż wydają się mocno zakorzenione zabobony, przyzwyczajenia i tradycyjne pogańskie wierzenia i praktyki jeszcze z czasów prekolumbijskich. Nacisk położony na praktykę życia sakramentalnego nie idzie w parze z pogłębianiem autentycznego życia wiary. Ks. Wojciech Błaszczyk, łódzki kapłan, pracujący jako misjonarz w miejscowości Cochabamba, zauważa, że w mentalności miejscowych Boliwijczyków pokutuje przekonanie, że jeśli człowiek nie złoży ofiary Bogu, a właściwie Pachamamie – Matce Ziemi, to nie odwdzięczy się ona płodnością ziemi. Widać to chociażby przy okazji picia chichy (czyt. cziczy) – tradycyjnego napoju alkoholowego robionego z gotowanej i sfermentowanej kukurydzy, kiedy Boliwijczycy wylewają na ziemie kilka kropel na ofiarę dla Pachamamy. Wypicie chichy z tubylcami zawsze zjednuje ich sympatię, jednak skutkuje często zatruciem pokarmowym. Ksiądz Wojciech zwraca uwagę, że ogromną fascynacją Boliwijczyków jest piłka nożna, w którą grają niemalże wszyscy mieszkańcy. Boliwia znana jest jednak w świecie głównie z liści koki. Indianie wierzą, że był to dar bogów pozwalający przetrwać trudy niewolniczej pracy, do jakiej zostali zmuszeni przez kolonizatorów.

Początki Ruchu

Ruch oazowy przeszczepili do tego kraju polscy franciszkanie przybywający tu do pracy misyjnej. Zaczęło się od o. Rufina Oreckiego OFM, który z Oazą związany był jeszcze w Polsce, a po przyjeździe do Montenero, niedaleko stolicy kraju, kontynuował swoje zaangażowanie, tym razem w zmienionych warunkach. Niemalże równolegle pracę oazową podjął o. Kazimierz Bernard Falkus OFM, potem kolejni franciszkanie, a także inni misjonarze, jak np. o. Stanisław Porecki, redemptorysta. W 1977 roku odbyła się pierwsza wakacyjna oaza rekolekcyjna w San Carlos, w której wzięło udział 32 uczestników. Kolejne lata to oazy w San Juan De Yapacani, Buen Retiro i Las Barreras. W 1981 roku liczba uczestników wzrosła tak bardzo, że rekolekcje odbywały się równolegle w Chimore i Urubicha, rok później w Paraquya odbyły się oazy I i II stopnia. Przez pierwszych sześć lat wzięło w nich udział 636 uczestników.

Gdy w 1982 roku na zaproszenie o. Rufina do Boliwii przyleciał ksiądz Franciszek Blachnicki, zobaczył niezwykle dynamicznie rozwijający się Movimento Luz-Vida (Ruch Światło-Życie), „w istocie swej nie różniący się od Ruchu w Polsce”. Zauważył zaangażowanie w liturgię, upodobanie sobie spontanicznej modlitwy i dzielenia Słowem Bożym, radosną atmosferę spotkań, którym towarzyszył śpiew z gitarą. Widział animatorów i moderatorów rozumiejących potrzebę prowadzenia formacji w ciągu roku i szkoły animatora, odpowiedzialnie myślących o sprawach Ruchu, podejmujących prawdziwą diakonię na jego rzecz. Spotkania z kolejnymi grupami oazowymi pokazały problemy wspólne dla Ruchu w Polsce i Boliwii – m.in. brak wytrwałości uczestników czy trudności ze strony niektórych proboszczów. Ojciec Franciszek jednak z olbrzymim optymizmem i nadzieją patrzył w przyszłość. Dostrzegł konieczność rejonizacji, rozpoczęcia pracy z rodzinami, a nawet budowy ośrodka, będącego Centrum Ewangelizacji, swoistego odpowiednika Krościenka w Polsce, dla którego znalazł nawet miejsce. Była nim Rinconada (co znaczy „zakątek”), od lat nieużywany kawałek ziemi należącej do miejscowej diecezji, który wydawał się stworzony do założenia Centrum. Wizyta u ordynariusza zaowocowała decyzją przyznania tego terenu Ruchowi. Ojciec Franciszek snuł już konkretne wizje jego zagospodarowania: na skraju lasku eukaliptusowego miała być statua Niepokalanej Matki Kościoła, obok stanąć miał Namiot Światła, Wieczernik, a maleńki kościółek miał mieć wezwanie Chrystusa Sługi. Góra, na której położona jest Rinconada miała nosić nazwę Syjonu, w miejscu tym miała być zlokalizowana Oaza Wielka „Nowa Jerozolima”, wszystko analogicznie jak w Krościenku. Na prośbę ks. Blachnickiego miejscowy ordynariusz mianował nawet o. Rufina moderatorem krajowym w Boliwii.

W kilka miesięcy po wizycie księdza Franciszka w Ameryce, do Centrum w Carlsbergu przybyło czworo Boliwijczyków, którzy przez rok czasu formowali się w rocznej Szkole Animatorów. Ojciec Rufin wspominał później jedno z wydarzeń z tamtego okresu:

„Ksiądz Blachnicki otrzymał w tym czasie nowy samochód i stał on na podwórzu. Jeden z Boliwijczyków, który był kierowcą i to doświadczonym, bez pozwolenia, w obecności innych osób wsiadł do samochodu ks. Blachnickiego, żeby go zobaczyć. Nie wiadomo jak się to stało, ale po uruchomieniu samochodu, ruszył on z ogromną prędkością i z całych sił uderzył w ścianę domu. Nowiutki samochód został rozbity. Chłopakowi nic się nie stało, ale w szoku uciekł do swojego pokoju, zamknął się i z nikim nie chciał rozmawiać. Ksiądz Blachnicki dowiedziawszy się co się stało, wdrapał się do okna i wołał «Powiedz jak się czujesz! Naprawdę nic ci się nie stało?» I ani słowem nie wspomniał o rozbitym samochodzie. Ten chłopak mówił potem, że to było coś niebywałego, żadnej nagany, żadnej dezaprobaty – tylko troska o drugiego człowieka. Boliwijscy oazowicze opowiadają tę historię zawsze i na każdym miejscu”.

Teraźniejszość i przyszłość

Niestety nie wszystkie plany i marzenia ojca Franciszka dotyczące Boliwii się zrealizowały. Centrum Ewangelizacji w Rinconadzie nie zaistniało w takiej formie, jak zaplanował to ojciec Franciszek. Wyjazd ojca Rufina do Paragwaju w 1986 roku i liczne problemy miejscowych wspólnot doprowadziły do stopniowej stagnacji w dziele Oaz, choć nigdy do całkowitego jego unicestwienia. Praca oazowa w kilku miejscach wciąż owocuje. Tak wspomina oazę w Ascención de Guarayos sprzed dwóch lat Alicja, wolontariuszka z Polski:

„Każdy dzień oazowy był wyjątkowy i ściśle zaplanowany: poranna modlitwa, spotkanie z Chrystusem w Ewangelii i przyrodzie, konferencje, wspólne posiłki, sprzątanie, odpoczynek. Po Mszy św. miały miejsce wieczory kulturowe, tak istotne dla uczestników Oazy pochodzących z różnych grup etnicznych. Wielkim przeżyciem była Droga Krzyżowa, prowadzona w pocie czoła ciasnymi drogami wioski. Każdy z nas niósł swój własny krzyż, a także kamień – symbol człowieka grzesznego. Na końcu drogi każdy rzucał ów ciężar za siebie, aby w ten sposób zaznaczyć narodziny nowego człowieka – wolnego od grzechu. Podczas wyprawy na spotkanie z Duchem Świętym (Pentecostés) byłam pełna podziwu dla niezłomności i siły ducha tych młodych ludzi. W skwarze słońca musieliśmy pokonać kilka kilometrów głównymi ulicami miasteczka. Patrząc na nich: rozradowanych, rozśpiewanych, modlących się, czułam się bardzo poruszona. Widok ten pomógł mi dojść do celu. Po uroczystej Mszy św. uczestnicy dawali świadectwa przeżywania wartości Chrystusowych w czasie spotkania oazowego”.

Oczywiście nie można mieć złudzeń, że we wszystkich tych miejscach, gdzie Ruch przetrwał, program formacyjny jest w pełni realizowany, w tym zakresie wiele bowiem jest do nadrobienia. Ale przed Ruchem Światło-Życie w Boliwii otwiera się nowy rozdział, związany z parafią Urubicha, gdzie już w 1981 roku odbyła się wakacyjna oaza. Pracujący tam dziś franciszkanin, ojciec Kasper Kaproń zaprasza wolontariuszy z Oazy do swojej parafii, aby pomogli w formacji i wychowaniu religijnym, szczególnie dzieci i młodzieży. Ojciec Kasper prowadzenie formacji w charyzmacie Światło-Życie traktuje jako priorytetowe działanie, ponadto widzi potrzebę prowadzenia przez wolontariuszy działań edukacyjnych (w zależności od umiejętności, którymi dysponują). Działający w Urubicha Instytut Muzyczny, gdzie pielęgnowane są tradycje pierwszych redukcji jezuickich i franciszkańskich potrzebuje profesjonalnego wsparcia m.in. w nauce czytania nut, teorii muzyki itd. Do wyjazdu na misje poszukiwaniu są animatorzy lub małżeństwo z Domowego Kościoła, znający język hiszpański, najlepiej uzdolnieni muzycznie, lub posiadający umiejętności techniczne, budowlane itp. Pierwsi ochotnicy już przygotowują się do misyjnego wyzwania, jednak potrzeby są większe. Tak ojciec Kasper zachęca do wolontariatu misyjnego w Boliwii: „Proszę zastanowić się nad możliwościami, którymi dysponuje Oaza – być może znajdą się odważni, którzy zapragną przeżyć Bożą przygodę. Projekt Boliwia tylko z daleka wygląda na szaleńczy, ale przecież wszyscy powinniśmy być Bożymi szaleńcami. Tylko szaleni zdobywają Królestwo Boże”.

 

Może to wezwanie trzeba nam podjąć właśnie dziś, gdy znów nadarza się okazja, żeby na nowo charyzmat naszego Ruchu obudził się w Boliwii? W czasie podróży sługi Bożego księdza Franciszka Blachnickiego do Boliwii w 1982 roku dwukrotnie odmówiono akt oddania Ruchu Światło-Życie w Boliwii Niepokalanej, Matce Kościoła, tożsamy z aktem odczytanym przez Kardynała Karola Wojtyłę w Krościenku nad Dunajcem w 1973 roku. Ojciec Franciszek pisał, że ten akt oddania „jest gwarancją jego wzrostu (Ruchu Światło-Życie – przyp. autor), jeżeli to oddanie będzie realizowane w życiu poszczególnych członków”. Może trzeba dziś właśnie tylko obudzić na nowo pragnienie życia tym charyzmatem wśród tych, którzy wiele lat temu dzięki niemu spotkali na swojej drodze Chrystusa, którzy dzięki niemu odkryli swoje powołanie i swoje miejsce w Kościele. Misja, o której pisał ojciec Franciszek wciąż stoi przed Ruchem Światło-Życie. Może czas byśmy wszyscy upomnieli się o jej podjęcie i przyczynili się do jej realizacji…