Chrześcijanin w życiu publicznym

(188 - wrzesień - październik 2012)

Myślenie plemienne

Jan Halbersztat

Jeśli w świetle wyznawanych wartości, w świetle rozumu i sumienia uznajesz coś za dobre – to czyń to

Piotrek, mój dziesięcioletni syn wrócił ze szkoły jakiś zirytowany.

– No bo tato, Mati mówi, że „Opowieści z Narnii” to świetne książki!

– To źle? – zdziwiłem się. – Przecież ty też tak uważasz?

– No właśnie! – potwierdził z zafrasowaną miną. – Narnia jest super. I co ja mam teraz zrobić?…

Aha…

Już wyjaśniam. Mati to kolega z klasy, którego mój syn z wielu powodów bardzo nie lubi (z wzajemnością zresztą). Antypatia zaczęła się już pod koniec pierwszej klasy i wynikała z wielu powodów: niektóre z nich były rzeczywiście poważne, inne – jak się można domyślać – mniej. Różnice poglądów, różnice charakterów, różnice w podejściu do życia… Zwykle było tak, że jak mój syn uznawał coś za „fajne”, to Mati uznawał to za „obciachowe” – i vice versa („Tato, ale jak można nie lubić pizzy?!”).

A tu proszę, niespodzianka: w klasie zaczęła się jakaś dyskusja na temat „Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa – i Mati powiedział, że czytał jedną z nich, oglądał dwie inne i bardzo mu się podobały. No, jak on mógł?! Mój syn mówił mi potem, że w pierwszym odruchu chciał skrytykować Matiego, powiedzieć że się nie zna, a „Opowieści…” są głupie, nudne i dla dzieci (największa obelga w ustach dziesięciolatka!) – ale oczywiście tego nie powiedział, „bo to przecież nieprawda”. Nie wiem, jak dalej potoczyła się rozmowa, ale Piotrek wyraźnie miał problem. No bo jak to: miał takie samo zdanie jak Mati? Czy to oznacza, że Mati miał rację?! I on miał się z nim publicznie zgodzić? Uff, trudna sprawa.

Porozmawialiśmy, coś mu tam wytłumaczyłem, starałem się potraktować jego problem poważnie – ale gdzieś w głębi serca trochę się z tej sytuacji śmiałem… Do chwili, kiedy uświadomiłem sobie że ten pozornie zabawny dylemat dziesięciolatka przekłada się na bardzo poważne dylematy zupełnie dorosłych ludzi.

Kilka miesięcy temu śledziłem długą i pełną emocji dyskusję na pewnym chrześcijańskim forum internetowym. Chodziło – mówiąc w największym skrócie – o pewną lokalną akcję dobroczynną organizowaną w pewnym niewielkim mieście. Dyskusja dotyczyła w ogólnym zarysie tego, czy uczestnicy forum – chrześcijanie, katolicy – powinni brać w tej akcji udział, czy raczej trzymać się od niej z daleka. Z jednej strony – cele i założenia akcji były naprawdę szlachetne i trudno było się do nich przyczepić. Z drugiej strony – organizatorem tek akcji było środowisko, które z ludźmi wierzącymi nie miało nic wspólnego i nie kryło swojego krytycznego stosunku do Kościoła i chrześcijaństwa w ogóle. W dodatku – można by pewnie powiedzieć „co gorsza”… – akcję popierała i mocno reklamowała lokalna gazeta, także znana z niekoniecznie chrześcijańskiego podejścia do rzeczywistości…

„Co robić?” – zastanawiali się forumowicze. Z jednej strony – nie wziąć udziału w takiej akcji (chodziło o pomoc ludziom naprawdę potrzebującym) to jakby sprzeniewierzyć się zasadzie miłości bliźniego. Z drugiej strony – czy wzięcie w niej udziału i przyczynienie się do jej sukcesu nie będzie „popieraniem” ludzi i środowisk przeciwnych Kościołowi?… Zdania były mocno podzielone.

Powiem szczerze: z perspektywy czasu uderza mnie podobieństwo tych dwóch sytuacji. I zmusza do zadania sobie pytania: czym powinienem się kierować – ja: człowiek, chrześcijanin, katolik – podejmując takie decyzje i określając swój stosunek do takich czy innych zjawisk? Co powinno być dla mnie wyznacznikiem, wskazówką?

Na pierwszy rzut oka odpowiedź na to pytanie wydaje się prosta: skoro jestem człowiekiem wierzącym, podstawowym wyznacznikiem powinna być dla mnie wola Boga. Mam przecież Słowo Boże, przez które On sam ukazuje nam swoją wolę. Mam naukę Kościoła, który stara się to Słowo interpretować i odnosić do praktyki życia. Mam sumienie, które – jeśli tylko jest choć trochę uformowane – podpowiada mi, co jest dobre a co złe. Mam wreszcie rozum, który pomaga nam wszystkie te drogowskazy zintegrować i podjąć właściwą decyzję.

Okazuje się jednak, że w praktyce nie jest to wszystko takie proste. Bóg, jak mówi Pismo, „nie ma względu na osoby” – my jednak jesteśmy tylko ludźmi i wzgląd na osoby mamy. I dlatego bardzo często zamiast Jego słowem i własnym sumieniem i rozumem kierujemy się w naszych decyzjach i postawach tym, co na dany temat sądzą inni. Zwłaszcza, jeśli do tych „innych” mamy silny stosunek emocjonalny – czy to pozytywny, czy negatywny.

Jesteśmy istotami społecznymi – tworzymy grupy i wspólnoty, nawiązujemy z innymi ludźmi więzi emocjonalne. Do pewnego stopnia to zupełnie naturalne, że poglądy i opinie mojej grupy, wspólnoty, środowiska wpływają na moją ocenę rzeczywistości – nie możemy jednak dopuścić do sytuacji, w której poglądy innych zastępują w naszym życiu samodzielne myślenie i odnoszenie się do wartości, które uważamy za słuszne.

Jeśli mam wątpliwości, jak się w danej sytuacji zachować, jakie działania podjąć, którą opinię uznać za słuszną, powinienem zastanowić się nad tym w świetle wartości które wyznaję. Powinienem zapytać o to Boga (pamiętając, że On przemawia do mnie w czasie modlitwy – ale także poprzez głos mojego sumienia i analizę rozumową opartą na wiedzy i zdobytych informacjach). Oczywiście, opinia drugiego człowieka może być bardzo pomocna – zwłaszcza jeśli człowiek ten jest dla mnie autorytetem i jestem przekonany o jego wiedzy i mądrości – ale nie powinna być jednym wyznacznikiem moich decyzji. A na pewno takim wyznacznikiem nie powinno być „myślenie plemienne”…

W „myśleniu plemiennym” nie ma miejsca na osąd sumienia, na spokojne zastanowienie się nad problemem, na odwoływanie się do wyznawanych wartości. Wybór jest bardzo prosty: „dobre” jest to co robi i myśli moja grupa; „złe” – to co myślą inni, zwłaszcza ci, którzy do mojej grupy odnoszą się krytycznie. Odwołanie do „plemienia” nie jest przypadkowe: u ludów pierwotnych tylko członkowie własnego plemienia byli naprawdę, w pełni tego słowa znaczeniu ludźmi. Członkowie innych plemion byli w najlepszym razie czymś nieco lepszym od zwierząt – a w najgorszym (czyli jeśli dane plemiona toczyły ze sobą wojnę) po prostu uosobieniem zła. W takim układzie rzeczywiście nie było miejsca na analizy i rozważania: każdy członek własnego plemienia był z definicji dobry, a w razie jakiegokolwiek konfliktu z członkiem innego plemienia nie była istotna treść sporu i racje moralne – ale wyłącznie kwestie przynależności.

Dziś w podobny sposób funkcjonują różnego rodzaju mafie i organizacje przestępcze – ale także na przykład grupy „kiboli” (nie mylić z prawdziwymi kibicami), dla których „w porządku” jesteś tylko wtedy, kiedy nosisz szalik w barwach ich klubu, a każdy kto nosi szalik w innych barwach – jest wrogiem (niezależnie od tego, kim jest i co sobą reprezentuje). „Myślenie plemienne” często (za często!) zastępuje uczciwy, zdrowy patriotyzm, każąc nam odnosić się co najmniej podejrzliwie do członków innych narodów i wmawiając nam, że jesteśmy lepsi, mądrzejsi, szlachetniejsi i bardziej uczciwi tylko dlatego, że urodziliśmy się nad Wisłą, a nie nad Renem, Menem, Jordanem czy Wołgą. Plemienny sposób myślenia narzucają nam często politycy różnych opcji, wmawiając że tylko popierając ich partię i wyznając ich poglądy jesteśmy ludźmi nowoczesnymi / Europejczykami / prawdziwymi Polakami / autentycznymi patriotami / osobami wierzącymi / ludźmi Kościoła (niepotrzebne skreślić) – a każdy kto popiera inną partię na pewno jest człowiekiem złej woli i w związku z tym nie należy mu się szacunek.

Niestety także my, chrześcijanie, nie jesteśmy wolni od tej strasznej przypadłości. Bardzo często patrzymy na świat w kategoriach „my – oni”. Na poziomie podstawowym „my” to oczywiście ludzie wierzący, chrześcijanie, katolicy – „oni” to cała reszta świata. Na kolejnych poziomach te plemienne podziały idą coraz głębiej: „my” to ludzie mający określone poglądy na to, co w Kościele być „powinno” a co nie; „my” to słuchacze konkretnej rozgłośni albo czytelnicy konkretnej gazety (albo odwrotnie, ci którzy takiej czy innej gazety nie lubią); „my” (spotkałem się i z takimi postawami, niestety…) to członkowie Ruchu Światło-Życie; „my” to ludzie zachwycający się kazaniami księdza X., a nie lubiący księdza Y; „my” to katolicy o określonych poglądach politycznych (bo przecież jeśli ktoś ma inne, to nie jest prawdziwym katolikiem)… I tak dalej, i tak dalej. „Oni” to wszyscy inni. „My” mamy słuszność i idziemy dobrą (a w każdym razie – najlepszą możliwą) drogą. „Oni” się mylą, albo (w najlepszym razie) mogą się od nas wiele nauczyć, co upoważnia nas do patrzenia na nich z góry…

Taka postawa nie jest oczywiście niczym nowym (już w 1. Liście do Koryntian mowa jest o tych, co sądzą że są od Pawła – i tych, co mówią że są od Apollosa…). Taka postawa, co trzeba podkreślić, dowodzi kompletnego niezrozumienia istoty Kościoła, który przecież jest katolicki, czyli powszechny.

Ale trzeba też jasno powiedzieć, że bardzo często taka postawa utrudnia nam właściwą ocenę sytuacji i właściwe (uczciwe, rozumne, zgodne z wyznawanymi wartościami…) ustosunkowanie się do rzeczywistości. Może to działać na dwa sposoby.

Pierwsza możliwość: uznaję coś za dobre lub złe, słuszne lub niesłuszne, właściwe lub niewłaściwe tylko dlatego, że tak uznają członkowie „mojego plemienia”. Nie zastanawiam się nad treścią wydarzeń, nie staram się odnieść do Słowa Bożego, nie sięgam po światło rozumu i sumienia: wystarczy mi, że grupa z którą się silnie emocjonalnie utożsamiam postępuje w określony sposób. Czyli: nieważne, o co naprawdę chodzi, ważne co na ten temat sądzi pan X., ksiądz Y., Radio Z. czy tygodnik XYZ. To są „moi”, moje środowisko, moje plemię – więc uczestnicząc w życiu publicznym po prostu nie mogę nie popierać czegoś, co oni popierają i nie odrzucać czegoś, co oni odrzucają. Nie mogę dokonywać wyborów innych, niż te których oni dokonują. A jeśli czasami mimo wszystko sumienie mówi mi, że coś jest nie tak – staram się zagłuszyć je wmawiając sobie że „tak być powinno” – bo przecież tak myśli „prawdziwy katolik”, „prawdziwy oazowicz” i tak dalej. A przecież ludzie – nawet ci dobrzy, prawi, pozytywni – są omylni, mogą popełniać błędy, mogą z pełnym przekonaniem robić i mówić rzeczy niesłuszne, niezgodne z wolą Boga, przeciwne wartościom ewangelicznym…

Druga możliwość: uznaję jakieś działania, opinie, poglądy czy oceny za dobre lub złe tylko dlatego, że określony stosunek do nich mają członkowie „innego plemienia”. Czyli znowu: nie ważne o co naprawdę chodzi, ważne że polityk A. uznał to za dobre i jego zdanie poparła gazeta B czy telewizja C. A ponieważ „wiadomo”, że ten polityk i te media są nieprzychylne Kościołowi i krytycznie nastawione do ludzi wierzących, więc ja „muszę być przeciw”. Albo odwrotnie: skoro te środowiska jakąś sprawę krytykują, to ja automatycznie muszę mieć to niej stosunek pozytywny – inaczej jeszcze ktoś by pomyślał, że identyfikuje się z poglądami czy postawami „obcego plemienia”! Doprowadzamy w ten sposób do absurdów: odwracamy się od spraw ewidentnie pozytywnych, bo „przecież nie możemy zgodzić się panem A”. Albo (co chyba jeszcze gorsze) bronimy zwykłego draństwa, które jako chrześcijanie powinniśmy ostro skrytykować – bo „przecież nie możemy stać po tej samej stronie, co gazeta B”.

A że ludzka psychika skonstruowana jest tak a nie inaczej – tworzymy sobie sprawnie działające racjonalizacje i mechanizmy obronne, żeby tylko „usprawiedliwić się” przed sobą i uzasadnić właściwość swojej postawy. I często, niestety, wpadamy w tę samą pułapkę, w którą w Ewangelii wpadli faryzeusze i uczeni w piśmie: szukamy dziury w całym, żeby tylko nie powiedzieć że to co powiedział „członek innego plemienia” było słuszne czy prawdziwe. Bo przecież to nieważne, że uzdrowił i uczy miłości do Boga – ważne, że robi to w szabat!

Jeśli w świetle wyznawanych wartości, w świetle rozumu i sumienia uznajesz coś za dobre – to czyń to (i nie wahaj się o tym mówić), nawet jeśli w ten sposób musisz przyznać rację komuś, z kim się poza tym głęboko nie zgadzasz. Jeśli stwierdzisz że coś jest złe – nie rób tego (i mów o tym głośno!) nawet jeśli wszyscy „twoi” sądzą inaczej.

 

Czyli – jeśli uważasz że „Opowieści z Narnii” są super, to naprawdę nieważne, co na ten temat mówi Mati. A mówiąc poważniej: kiedy nachodzi nas pokusa „plemiennego myślenia”, przypomnijmy sobie słynne zdanie Arystotelesa: Amicus Plato, sed magis amica veritas. „Miły mi Platon, ale milsza prawda”.