Praca

(217 - wrzesień - październik 2017)

Na bezdrożach

ks. Krzysztof Mierzejewski

Praca może sprawić, że życie człowieka zamiast stawać się bardziej wartościowym straci swój wyraz. Jak przeciwdziałać patologicznemu przywiązaniu do pracy?

Truizmem jest stwierdzenie, że nie praca jest najważniejsza, że trzeba mieć mądrze ustawione priorytety, jak i to, że pieniądze szczęścia nie dają. 

Warto przyglądnąć się powodom, dla których praca bywa priorytetem podporządkowującym sobie pozostałe aspekty życia człowieka. Wszystkie one lub prawie wszystkie wynikają z pewnej patologii człowieczeństwa, jaką według ks. Blachnickiego jest człowiek wyczynowy. „Człowiek taki koncentruje wszystkie swoje siły i dążenia na osiąganiu wyników w jakiejś wąskiej, wyspecjalizowanej dziedzinie i mierzy swoją wartość tym osiągnięciem” (ks. F. Blachnicki, Nowy człowiek jako ideał wychowawczy). Zadajmy zatem pytanie: dlaczego, z jakiego powodu człowiek wyczynowy podejmuje tak wielki trud, aby osiągnąć swój cel i co jest tym celem? Podstawowym celem człowieka wyczynowego jest afirmacja siebie, a więc udowodnienie przed sobą samym i przed innymi, że ma jakąś wartość. Taka potrzeba, jak się domyślamy jest głęboko osadzona w zaniżonej samoocenie, deficytach emocjonalnych, te z kolei na ogół biorą się z błędów wychowawczych i braku afirmacji człowieka jako osoby ze strony najbliższych, zwłaszcza ojca. Człowiek wyczynowy, w tym wypadku pracoholik robi wszystko, aby wykazać się w środowisku, w którym najłatwiej mu się odnaleźć – bo zajmuje się tym, w czym jest dobry, na czym się zna. Ponieważ apetyt rośnie w miarę jedzenia, z upływem czasu to dążenie nabiera cech pewnego ekskluzywizmu – nie wystarczy już być dobrym pracownikiem, trzeba być najlepszym, jedynym w swoim rodzaju. Oczywiście, aby tak się stać mogło trzeba na ołtarzu samodoskonalenia poświęcić wszystko i wszystkich. Samym talentem i zdolnościami nie da się bowiem osiągnąć dostatecznie wysokiego stopnia specjalizacji, żeby nie mieć sobie równych. 

Przypomina mi się w tym miejscu anegdota z czasów PRL-u. Przez pewną małą miejscowość przejeżdża czarny, okazały samochód. Nagle daje się słyszeć huk przebitej opony. Samochód zatrzymuje się na poboczu, wysiada z niego rozwścieczony kierowca, ubrany w elegancki garnitur, w nienagannie wypastowanych butach. Pomstuje nad sytuacją, nerwowo spogląda na zegarek, szuka zapasówki. Całej sytuacji przygląda się chłopiec. Mężczyzna zajęty zmianą koła widzi, że ktoś go obserwuje, co pogłębia jego irytację. W końcu nie wytrzymuje i wybucha: „Gówniarzu, co się tak gapisz? Nie wiesz, kim ja jestem. Takich jak ja jest tylko pięciu w całym państwie!” Chłopiec popatrzył dygnitarzowi prosto w oczy i ze spokojem odpowiedział: „Tak? To ciekawe. Bo widzi pan, takich jak ja to jest tylko jeden na całym świecie”.

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym "Wieczerniku".