Ojcostwo

(190 - styczeń - luty 2013)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Na brzegu klifu

ks. Rafał Kobiałka

O angielskim Kościele myśli kilka

Siedzę na jednym z najpiękniejszych klifów w Europie. Północna Anglia. Kilkaset metrów pode mną morze. Wyciągam z plecaka brewiarz i zaczynam modlitwę. W pewnym momencie podchodzi do mnie mężczyzna i pyta: „czy wszystko w porządku?” Ze zdziwieniem odpowiadam, że tak. Zaczynamy rozmowę. Okazuje się, że mój rozmówca należy do specjalnej służby, która patroluje ów klif, piękny klif, który aż prosi, aby przyjść tu na modlitwę. Co było jego zadaniem? Otóż chrześcijanie z różnych kościołów i wspólnot patrolowali ten teren ze względu na dużą liczbę samobójstw w tym miejscu. Kiedy zapytałem o liczby, statystyka była rzeczywiście porażająca. Przestało mnie dziwić, dlaczego siedząc na brzegu klifu, zostałem przez kogoś zagadnięty.

Paradoks. Miejsce, które samo nastraja do modlitwy, oddawania chwały Bogu, stało się miejscem samobójstw setek ludzi. Anglikom materialnie niczego nie brakuje. Wręcz przeciwnie, tamtejszy poziom życia przewyższa z pewnością poziom życia w Polsce. Skąd więc to poczucie pustki i bezsensu, które pcha ludzi w ramiona śmierci? Kiedy weźmie się do ręki pamiętniki Ojca Franciszka i przeczyta jego wrażenia z pobytu w Anglii wraz z analizą cywilizacji konsumpcyjnej, odnosi się wrażenie, że ten klif to pewien symbol. Granica tej cywilizacji i ostateczny jej skutek. Cywilizacja konsumpcyjna przechodzi prędzej czy później w cywilizację śmierci.

Jak w tej rzeczywistości radzi sobie Kościół? Nie poznałem całego Kościoła angielskiego. Patrzę na tamten Kościół przez pryzmat miesięcznego pobytu na jednej z angielskich parafii. To powoduje zawężenie pola widzenia. Jednak nie jest moją ambicją wyciąganie wniosków ogólnych i stawianie tez generalnych dotyczących tamtego Kościoła. To po prostu kilka luźnych spostrzeżeń składających się na obraz konkretnej wspólnoty.

W Anglii bycie katolikiem nie jest oczywistością. Można nawet powiedzieć, że bycie katolikiem w społeczeństwie angielskim to rodzaj nonkonformizmu. Przebywanie pomiędzy wyznawcami różnych religii na dłuższą metę skutkować może albo obojętnością i bezmyślnym przyjmowaniem obcych wzorców, albo – przeciwnie – umacnianiem własnej tożsamości i podkreślaniem tego, co dla danej wspólnoty charakterystyczne.

Po tym miesięcznym pobycie odniosłem wrażenie, że angielscy katolicy bardzo utożsamiają się ze swoim Kościołem. W parafii, w której przebywałem, stwierdzenie „Kościół naszym domem” nie było tylko hasłem duszpasterskim. To rzeczywistość tej parafii, przejawiająca się zarówno w celebrowanej liturgii, jak i zwykłym, codziennym życiu wspólnoty. Doświadczyłem tam liturgii pięknej, przygotowanej, z aktywnym udziałem wiernych. Często słyszy się o lekceważącym podejściu do liturgii w Europie zachodniej, o zatraceniu poczucia sacrum, jej zbanalizowaniu czy „sprotestantyzowaniu”. Tymczasem, jakże wielkie było moje zdziwienie już po pierwszej niedzieli! Wierni świeccy, dorośli, młodzież i dzieci, wszyscy byli zaangażowani w służbę liturgiczną, wraz z prezbiterem przygotowując się do posługi przez wspólną modlitwę. W czasie niedzielnej „sumy” (nie wiem czy to słowo odpowiednie) – kadzidło, aspersja, pochodnie w czasie modlitwy eucharystycznej, komunia pod dwiema postaciami… Moi angielscy przyjaciele byli zdziwieni moim zdziwieniem, bo „przecież to normalne”.

Czymś normalnym była również adoracja Najświętszego Sakramentu przed Eucharystią w ciągu tygodnia i liturgia godzin odmawiana w małych wspólnotach przez kapłana i wiernych w kościołach dojazdowych. Świeccy ceremoniarze i osoby czytające lekcję podczas codziennych Eucharystii to także standard.

Będąc w Anglii przekonałem się także, że zachodni Kościół nie wszędzie odszedł od praktyki spowiedzi indywidualnej. Kapłani czekali w każdą sobotę podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu. Nie zauważyłem, żeby w tym czasie mieli czas na osobistą modlitwę. Spowiadali. Znamienne, że w tym czasie artykuł wstępny angielskiego tygodnika katolickiego „Tablet” został poświęcony tematowi: „Gdzie się podziali nasi penitenci…?” Jeśli konfesjonał nie został zamieniony na szafę na mopy, i kapłan czeka w nim na wiernych, to spowiedź nie stanie się reliktem.

Dużym zaskoczeniem dla mnie był klimat plebanii. To prawda, że jest ona przede wszystkim domem mieszkających tam kapłanów, ale też – w pewien sposób – to dom wspólnoty parafialnej. Każdego dnia ktoś z parafian pełni posługę w recepcji parafii; można powiedzieć, że to on jest „pierwszym kontaktem”. To dobre doświadczenie zarówno dla parafian (wzmacnia myślenie, że dom parafialny to rzeczywiście mój dom, za który odpowiadam, a nie zamknięta twierdza) oraz dla kapłana. Czy nie spowodowało izolacji księdza od parafian? W moim przekonaniu – nie! Jeśli tylko pojawiła się potrzeba kontaktu osobistego, księża byli dostępni bez ograniczeń typu: „kancelaria parafialna czynna od… do…” Angielscy parafianie mówili: „nasi księża są zawsze do naszej dyspozycji”.

Angielscy księża to w ogóle ciekawy temat. Nie spotkałem ich wielu, ale uderzyła mnie jedna wspólna cecha: pokora wobec tych, którym służą. Czy wynika ona z tego, że mają świadomość, że nie mają społeczeństwa w 95% katolickiego i mogą tylko z pokorą pokazywać prawdę, pamiętając, że obok istnieją setki innych propozycji?

Zauważyłem też ciekawą rzecz w podejściu wiernych do kapłanów. U katolików, których spotkałem, widoczny był duży szacunek do kapłana i kapłaństwa. Miałem jednak wrażenie, że szacunek ten był innego rodzaju niż szacunek w Polsce. Anglicy podkreślali: „jesteście nam potrzebni”, „sprawujecie nam sakramenty”, jesteście dla nas darem”. Widziałem w ich oczach zazdrość (taką dobrą), kiedy mówiłem, że mimo pewnego spadku, powołania w Polsce nadal są liczne. Jednak przy całym szacunku, jaki dostrzegałem, miałem wrażenie, że kapłan jest tam w dużo większym stopniu bratem miedzy braćmi. „Z wami jestem chrześcijaninem”, jak mawiał Augustyn.

Nie można pisać o Kościele angielskim bez zwrócenia uwagi na relację z anglikanami – szczególnie po utworzeniu dla nich ordynariatu przez Benedykta XVI. I tu jeden obrazek. W mojej angielskiej parafii posługiwał kapłan, który przeszedł wraz ze swoją wspólnotą do Kościoła katolickiego. Wraz z żoną i dziećmi zajmował mały domek obok plebanii. Zapytałem go kiedyś: „Słuchaj, Neal, czy decyzja przejścia była trudna?” Odpowiedział: „wiesz, kiedy kościół anglikański zaczął święcić kobiety i aktywnych homoseksualistów, wiedziałem, że moja droga tam się skończyła. Kiedy więc papież wydał bullę, skakałem z radości. Nie tyle samo przejście było bolesne, ile raczej odejście moich braci…” Czuł się dobrze pośród katolików. A i parafianie akceptowali jego i jego posługę.

Czy jest w tej rzeczywistości miejsce dla Ruchu? Spotkałem zapalonych polskich oazowiczów z Domowego Kościoła. I to, że Ruch może i będzie się rozwijał wśród Polaków także w tamtej rzeczywistości, jest dla mnie oczywiste. Czy może się rozwinąć wśród Anglików, nie wiem. Ale zastanawia mnie jedna sprawa. Czy to, że dobrze się tam czułem, że odpowiadał mi klimat tej wspólnoty, nie wynikało z tego, że w pewien sposób realizują oni to, czego byłem uczony na oazach, a co jest po prostu poprawną realizacją wskazań Soboru? Gdzie liturgia jest szczytem i źródłem, ale też prowadzi do konkretnych relacji i buduje konkretną wspólnotę?

Zdaję sobie sprawę, że pokazałem tylko część obrazu. Anglicy mówili: „zobaczyłeś tylko jasną część naszego Kościoła”. Zapewne. Ale tym, co zobaczyłem, mam prawo się cieszyć…