Kochać samego siebie

(202 - listopad - grudzień 2014)

Na dziedzińcu świątyni

ks. Artur Andrzejewski

Faryzeusz i celnik – miłość własna i miłość wobec samego siebie

Umieszczona w trzeciej Ewangelii przypowieść o faryzeuszu i celniku (Łk 18, 9-14) nie posiada paralel u innych ewangelistów. Łukasz wprowadza ją jednak w bardzo określony kontekst, który pozwala lepiej uwypuklić jej przesłanie. Jest ona poprzedzona przypowieścią o natrętnej wdowie (Łk 18, 1-8) wprowadzającą temat modlitwy. Z kolei słowa kończące tekst który znajduje się w Ewangelii bezpośrednio po przypowieści: „Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego” (Łk 18, 18) stanowią jakby przedłużenie zawartej w przypowieści o faryzeuszu i celniku myśli o prostocie modlitwy.

Można jeszcze dodać, że przypowieść o faryzeuszu i celniku przygotowuje jakby do przyjęcia przesłania perykopy o celniku Zacheuszu znajdującej się na początku następnego rozdziału. Zacheusz zdaje sobie sprawę ze swych słabości – nie przypadkiem obiecuje: „Jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie” (Łk 19,8). Zasługuje jednak na pochwałę Jezusa dzięki szczerości i otwartości swego serca. 

Wydaje się więc, że kontekst każe nam skupić się nie na analizie czynów dokonanych przez faryzeusza i celnika, lecz na tym, co przeżywają wewnętrznie. 

Modlitwa 

Struktura perykopy o faryzeuszu i celniku jest dość prosta: (1) ukierunkowujące wprowadzenie – (2) sama przypowieść – (3) jasna konkluzja.

Już w pierwszym zdaniu Łukasz dokładnie określa adresatów słów Jezusa. Byli nimi ci, „co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili” (Łk 18, 9). W świetle tego zdania należy stwierdzić, że choć w przypowieści występują dwie postacie, to w centrum zainteresowania Ewangelisty znajduje się faryzeusz. Celnik stanowi jakby uwypuklające tę centralną postać tło. 

„Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik” (Łk 18, 9). Obaj znaleźli się w świątyni – prawdopodobnie na terenie dziedzińca wewnętrznego, dokąd mogli wchodzić już tylko mężczyźni. Przed ich oczami znajdował się budynek Przybytku Bożego, do którego jednak wstęp dla nich był zamknięty. Obaj zdawali sobie sprawę, że w Przybytku znajduje się Szekina, czyli Boża Obecność i świadomi bliskości samego Boga zaczęli się modlić. Modlitwa faryzeusza i celnika pod pewnym względem była bardzo podobna: modlili się na stojąco, słowa według wszelkiego prawdopodobieństwa wymawiali półgłosem, nie recytowali tekstów biblijnych ani gotowych formuł modlitewnych, lecz spontanicznie wyrażali to, co znajdowało się w ich sercach. 

Słuchacze Jezusa byli świadomi tych podobieństw. Dlatego też następne zdania tym silniej podkreślają to, co odróżniało faryzeusza od celnika. Modlitwa faryzeusza była dziękczynieniem. Mówił Bogu o swej sprawiedliwości, która odróżniała go od innych, a wyrażała się przez skrupulatne zachowywanie przepisów prawa. Z dumą podkreślał, że nie tylko nie złamał przykazań, ale z gorliwością zachowywał wszelkie praktyki pobożnościowe. Wydawać by się mogło, że postępowanie faryzeusza było doskonałym wypełnieniem wielu tekstów biblijnych. Powszechnie uważano, że takie zachowanie zwiększa chwałę Boga i pozwala oczekiwać Bożej nagrody. 

Spuszczone ku ziemi oczy celnika i bicie się w piersi wskazują na zupełnie inną postawę. Celnik nie ma śmiałości rozmawiać z Bogiem. Uświadamia sobie swą małość i grzeszność i zdobywa się na prosty akt strzelisty skierowany do Boga, w którym wyrażą olbrzymią skruchę. Jezus nie musi tłumaczyć, z powodu jakich czynów ta skrucha wypełniała serce celnika. Wszyscy pobożni Żydzi bowiem odczuwali niechęć do celników, których uważano za kolaborantów Rzymian. Samo więc użycie określenia „celnik” zakładało, że człowiek ten miał wiele na sumieniu. 

 

W świecie relacji

Cała przypowieść rozgrywa się na trzech płaszczyznach (1) relacji człowieka do Boga, (2) relacji człowieka do drugiego człowieka i (3) relacji do samego siebie.

1. relacja do Boga

Najbardziej klarowna wydaje się być relacja faryzeusza i celnika do Boga.

Faryzeusz widzi swoją wielkość i siłę, swoje zalety i dobre czyny. Wszystko jest jakby w jego ręku i nad wszystkim w swym życiu panuje. Ta postawa jest jednak daleka od biblijnego ideału. Faryzeusz, choć wydaje się zwracać do Boga, to tak naprawdę od Boga niczego nie potrzebuje. Choć przeżywa satysfakcję z pełnionych uczynków, to jednak jest zamknięty na przyjęcie szczęścia, którym tylko Bóg potrafi obdarzyć. Przez swą postawę nie pozwala działać w sobie Bogu.

Bóg wszystko wie i co najmniej dziwne jest przypominanie Mu tego, co dobrego dla Niego uczyniliśmy. Wydaje się, że faryzeusz zwracał się do samego siebie, aby się dowartościować. Co więcej, wypełniony samozachwytem nie był w stanie rozpoznać ani tego kim jest dla Boga, ani też właściwie ustawić kim Bóg jest dla niego.

Postawa celnika, która została przedstawiona jako całkowite przeciwieństwo postawy faryzeusza, powinna spotkać się z naszą akceptacją i uznaniem. Czegoś nam jednak w niej brakuje. Brakuje dziecięcego zawierzenia siebie Bogu, brakuje wyrażenia wiary w Boże miłosierdzie i przekonania, że Bóg go prowadzi. Trzeba jednak pamiętać, że przypowieść z natury zatrzymuje się tylko na pewnych aspektach opowiedzianej historii. A w tym przypadku postać celnika wyraża powierzenie się Bogu w tym co słabe i wstydliwe. Celnik rozpoznał kim jest i na tym kończy się narracja przypowieści.

2. relacja do drugiej osoby

W zachowaniu celnika i w treści jego modlitwy nie odnajdujemy żadnych odniesień do innych osób. Siła żalu odmalowana w prostych słowach Ewangelii pozwala nam sądzić, że człowiek ten nie szukał innych osób, aby się wybielić lub dowartościować na ich tle. Możemy przypuszczać, że ciężar słabości tak przygniatał go do ziemi, że nie tylko nie śmiał podnieść oczu ku niebu, ale także nie śmiał patrzeć na innych ludzi, którzy według powszechnego mniemania byli sprawiedliwi i godni naśladowania.

W przeciwieństwie do celnika faryzeusz większość swojej modlitwy opiera o relacje do innych osób. Od zestawienia siebie z innymi zaczyna swą modlitwę: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik”. To zestawienie z nimi wprawia go w dobry nastrój i uspakaja jego sumienie. Nie ulega wątpliwości, że czuł się on lepszy od innych. I nawet, gdy w dalszej części modlitwy szczyci się tym, jak wiele czyni dla Boga i jak skrupulatnie zachowuje całe Jego Prawo, czujemy, że przez te słowa przebija się założenie – inni do tego nie są zdolni. Te słabości innych ludzi stanowią pożywkę jego dumy. Jego postawę cechuje dowartościowanie siebie poprzez umniejszanie innych.

Postawa faryzeusza tylko z pozoru jest stabilna. Kiedy bowiem człowiek swoją wartość buduje na porównaniu się z innymi, naraża się na niebezpieczeństwo, że ktoś okaże się lepszy, mądrzejszy, bardziej sprawiedliwy etc., a wówczas poczucie własnej wartości może drastycznie spadać. Świadomy tego upomina nas św. Paweł: „Niech każdy bada własne postępowanie, a wtedy powód do chluby znajdzie tylko w sobie samym, a nie w zestawieniu siebie z drugim. Każdy bowiem poniesie własny ciężar” (Ga 6,4-5).

3. relacja do siebie

Celnik uzmysłowił sobie swoją grzeszność, mógł zdobyć się na słowa, które otworzyły go na miłosierdzie Boga. Trzeba jednak pamiętać, że żal i skrucha mają swoje prawa i ograniczenia. Z jednej strony potrafią one stać się oczyszczającym początkiem nowego – przemienionego etapu życia, w którym radość i wewnętrzna satysfakcja dowodzą o miłości wobec samego siebie. Z drugiej mogą jednak być wentylem psychicznego napięcia, dzięki któremu na chwilę schodzi z człowieka ciśnienie wyrzutów i złego samopoczucia. Nie wiemy, czy żal i skrucha zrodziły jakiekolwiek owoce w dalszym życiu celnika. Wiemy, że został wysłuchany, a jego serce zostało oczyszczone. Co to jednak mówi o jego relacji do samego siebie, którą nazwać możemy miłością? Z pewnością jego przykład nie stanowi ideału takiej miłości.

 

Każda ludzka miłość, także miłość wobec siebie, jest ciągłym przezwyciężaniem swoich słabości. Trzeba pamiętać, że słabościom tym przewodzi egoizm i to, co z niego wynika. W przypadku celnika możemy tylko mieć nadzieję, że brak w jego modlitwie jakiejkolwiek wzmianki o tych, których skrzywdził, nie jest przejawem postawy takiego egoizmu. Intuicyjnie czujemy, że w jego przypadku ogrom żalu, który przecież spotkał się z Bożym uznaniem, przykrył wszystko i wszystkich. Jeszcze raz trzeba jednak zapytać: ale jak to się ma do miłości samego siebie? Celnik znalazł się bardzo blisko serca Boga, a to Bóg ogarnął go swoją miłością. Możemy powiedzieć, że w tym momencie miłość celnika świetnie rokowała na przyszłość. Nie wiemy jednak, co przyniosły następne dni, miesiące i lata jego życia. Ale to tylko bohater przypowieści i nigdy nie dowiemy się, co było dalej. 

Inaczej było z faryzeuszem. Jego zachowanie i słowa mówią niezwykle wiele o miłości siebie. Nie chodzi mi wcale o to, że jest on świetnym przykładem takiej miłości. W oparciu o to, co wiemy o nim, możemy odróżnić od siebie dwa, mylone często ze sobą, rodzaje miłości: „miłość własna” i „miłość wobec samego siebie”. Serce faryzeusza było przepełnione „miłością własną”, która związana jest nie tym „kim się jest”, ale z tym, „co się posiada”. Wydaje się, że wszystkie jego posty, jałmużny i modlitwy były jak małe precjoza, które sprawiały mu radość. Widział, że inni: zdziercy, oszuści i celnik, ich nie mają, a przynajmniej nie w takiej obfitości jak on. I w tym znajdował dodatkowy bodziec do zadowolenia. To, kim był, przestało się liczyć. Jego słabość i zależność od Boga, jego grzeszność i kruchość ludzkiej natury zostały usunięte z jego świadomości. Miłość związana jest z poznaniem. Miłość wobec samego siebie związana jest z poznaniem samego siebie – w tym co dobre, szlachetne i piękne i tym, co grzeszne, marne, a nawet odrażające. Ta prawda uwalnia od strachu i niepokoju i stwarza najlepsze warunki do akceptacji siebie w swoim człowieczeństwie – tzn. w tym „kim się jest”, a nie „co się robi”. Faryzeusz zapomniał, że jest sługą Boga, którego powinna cechować pokora i gotowość do wypełniania woli swego Pana. Wbił się w pychę i przybrał postawę zachwytu nad tym, co robił.

Faryzeusz dziś

Przypowieść o faryzeuszu i celniku jest bardziej współczesna niż można sądzić na pierwszy rzut oka. Choć po świątyni jerozolimskiej, w której dzieje się jej akcja nie ma już prawie śladu, choć nie istnieje już możliwość spotkania faryzeusza, a celnicy dawno przestali nadskakiwać władzy Imperium Romanum, to jednak problem, o którym mówił Jezus ciągle istnieje.

Ciągle spotykamy się z ludźmi wierzącymi, którzy porównując się z innymi wbijają się w pychę. Mimo tak dobitnego przesłania swego Mistrza dostrzec można u nich łatwość do wydawania krzywdzących ocen, krytykowania innych i wybielania siebie. Można powiedzieć więcej, że to właśnie ludzie wierzący są szczególnie podatni na ten rodzaj pychy.

Skąd się ona bierze, skoro słyszą tak wiele pouczeń na temat miłości bliźnich? Odpowiedź jest prosta. W ich sercach brakuje miłości wobec samych siebie. Miłości zbudowanej na czym naprawdę stabilnym, co będzie nieporuszone mimo burz i nawałnic, które przetaczają się raz po raz przez ludzkie życie. Takim fundamentem jest odkrycie, jak bardzo jest się kochanym przez Boga. Bóg przecież kocha nas nie ze względu na pobożne czyny i gorliwe modlitwy, lecz bezwarunkowo – pomimo tego, że czasami tak boleśnie Go zawodzimy. Przyjęcie tego biblijnego przesłania do końca i to przyjęcie gp z wiarą daje wewnętrzną pewność i duchową stabilizację. Po latach od wypowiedzenia przez Pana Jezusa tej przypowieści św. Paweł wyrazi to w następujący sposób: „Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił. Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie dla dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (Ef 2,8-10). Wszelkie inne oparcie swojej wartości na zestawianie się z innymi, zwłaszcza wówczas, gdy wynosimy się poprzez ich szeroko pojęte poniżanie, jest budowaniem na piasku.

 

Jest jeszcze coś, co w postawie faryzeusza jest bardziej nasze niż faryzejskie. Jego zachowanie cechowała postawa „samorealizacji”. Postawa ta, tak lansowana współcześnie, zawiera bardzo niepokojące określenie „samo-…”. Faryzeusz nie wypełniał tych praktyk religijnych ani dla Boga, ani dla innych ludzi. On czynił to dla siebie. On ich potrzebował, aby się dobrze poczuć. Wydaje się błędnie, że takie dobre samo-poczucie jest bliskie miłości do siebie. Prowadzi ono jednak do pustki i koniecznością ciągłego jej wypełniania kolejnymi dowartościowaniami. Człowiek taki potrzebuje innych, aby poprzez ich poniżanie i samo-usprawiedliwianie siebie zagłuszyć tę pustkę.