Słowo Boże

(155 - styczeń 2008)

z cyklu "W szkole animatora"

Na każdy dzień

Anna Lipska

Zastanawiałam się ostatnio, co najbardziej pamiętam z mojej własnej formacji podstawowej oraz jak pamiętam moich animatorów. Gdy przypominałam sobie te ich najważniejsze dla mnie (bo najbardziej zapamiętane) cechy, okazało się, że większość z nich dotyczy sytuacji „pozaoazowych”, nie powiązanych ze spotkaniami formacyjnymi. Najbardziej pamiętam moich animatorów wtedy, kiedy nie pełnili „funkcji”, ale byli normalnymi, żywymi ludźmi. Moją pierwszą animatorkę pamiętam z uśmiechu, z jakim nas witała w drzwiach i z długiego klęczenia w ławce po mszy świętej. To ona pierwsza dała mi gitarę do ręki. Nie pamiętam samych spotkań, choć wiem, że było „fajnie”. Animatorkę z I stopnia pamiętam dlatego, że nigdy nie można było na niej polegać. Nic nie wiedziała, nie pamiętała. Była tak niepewna siebie, że na każde niestandardowe pytanie reagowała płaczem albo nieprzyjemnym odburknięciem. Ze spotkań w grupie nie pamiętam jej wcale, z wypraw otwartych oczu też nie. Nie jestem pewna, jak miała na imię, ale do tej pory widzę jej minę, gdy myślała, że w szafie jest mysz i kazała jednej z nas tam zajrzeć, a sama stanęła na łóżku. Wyganianie myszy z szafy nie należy do obowiązków wynikających z „funkcji” animatora - a jednak właśnie to wydarzenie najbardziej mi się zapisało w pamięci. I nie kreśliło zbyt pozytywnego wizerunku.

Z czego pamiętają swoich animatorów inni ludzie, którzy są już kilka lat we wspólnocie? Co się im najbardziej zapisało w pamięci?

Gosia pisze: „Kasia nigdy formalnie nie była moją animatorką, ale stanowi dla mnie wzór człowieka, który spotkał Chrystusa i dzieli się tym doświadczeniem. Widziałam, jak rozmawiała i z bezdomnymi, i z emerytowanym biskupem - we wszystkich sytuacjach to była ta sama serdeczna, ciepła, otwarta Kaśka. Jednak nie tylko w rozmowie Kasia roztacza atmosferę zrozumienia i akceptacji drugiego człowieka. Szłyśmy  kiedyś razem i zobaczyła, że jacyś państwo mają problemy z samochodem: pan siedział za kierownicą, pani pchała. I zanim zorientowałam się, co się dzieje, Kasia już pomagała tej pani. A gdy samochód odpalił, zanim tamci ludzie zdążyli podziękować, Kasia szła dalej obok mnie, jak gdyby nigdy nic”.

Damian: „Wspominam mojego animatora sprzed 3-4 lat i jedno co na zawsze zapamiętam z pracy, z relacji z Nim będzie to jego wielkie zainteresowanie i troska. Jako animatorowi grupy szło mu czasami różnie, zależnie od przygotowania, ale jako kolega, a później przyjaciel był zawsze autentycznie zainteresowany moją codziennością, moimi sprawami, co było dla mnie bardzo ważne. Przy tym zawsze służył swoim czasem, rozmowami i radami, które były mi często pomocne. Zawsze kojarzy mi się jako człowiek który szczerze dzieli się tym, co ma z innymi”.

Sylwia: „To właśnie do moich animatorów szłam, kiedy miałam problemy w lekcjach. I kiedy trzeba było przekonać rodziców, że ktoś mnie odprowadzi po imprezie wspólnotowej. Mogłam na nich liczyć i to było dla mnie ważniejsze, niż to co mi mówili na spotkaniach. Przynajmniej na początku formacji”.

Ks. Zbigniew: „Mogłem się go zawsze spytać o wszystko i nie musiałem się wstydzić. Jak graliśmy wspólnotą w nogę, to wybierał mnie do swojej drużyny. A nigdy nie byłem dobry w te klocki. Kiedy poszedłem do liceum byłem dumny, że mam takiego starszego kolegę”.

Wiem, że animować, to nasycać duchem. Ale kiedy? W jakich sytuacjach?

 

(dokończenie w następnym numerze)