Modlitwa

(184 - luty - marzec 2012)

z cyklu "Wieczernik Domowy"

Nasz krzyż

Anna

Od wielu lat należymy do Domowego Kościoła. Jesteśmy rodzicami trójki dorosłych już dzieci. Z naszą średnią córką przeżyliśmy bardzo trudny czas. Zamieszkała ze swoim chłopakiem bez zawarcia małżeństwa. Wyprowadziła się podczas naszej nieobecności, gdy byliśmy na procesji Bożego Ciała. Wcześniej nie uprzedzała nas, że zamierza się wyprowadzić.

Początkowo rozmawialiśmy z nią. Jednak nasze tłumaczenia, które z czasem przerodziły się w ostre przygany, nic nie pomogły. Zastanawialiśmy się, co robić. Ksiądz, którego się radziliśmy, stwierdził że skoro córka uważa się za dorosłą, to powinniśmy pozwolić jej skosztować tej dorosłości i zerwać z nią wszelkie kontakty, dopóki nie zmieni swojego postępowania. Tak zrobiliśmy. Odcięliśmy się od córki.

W żaden sposób nie wpłynęło to na zmianę postępowania córki. Uzyskaliśmy tylko taki efekt, że dziecko przyjeżdżało do domu, aby zobaczyć się z rodzeństwem, kiedy nas nie było, bo wyjeżdżaliśmy na ORAR.

W końcu powiedzieliśmy sobie, że tak dłużej być nie może. Być rodzicem wtedy, gdy wszystko jest cacy, każdy potrafi, ale trzeba być przy dziecku także wówczas, gdy ono się pogubi.

Zadzwoniłam do córki i poprosiłam, aby przyjechała. Powiedziałam, że to co robi, jest grzeszne, niegodziwe, ale to nie zmienia naszej miłości do niej. Powiedziałam, że tu jest jej dom, do którego zawsze może wrócić. Bez względu na to, co ze swoim życiem robi, jesteśmy przy niej, choć jest to dla nas bardzo bolesne i nie zgadzamy się na to.

Odzyskaliśmy dziecko. Zaczęła nas odwiedzać, dzwonić do nas, dzielić się problemami. Odwiedzała nas również ze swoim chłopakiem. Zgadzaliśmy się na to, nie pozwalaliśmy jednak, by on nocował u nas w domu.

Kiedy nasze relacje poprawiły się, zaprosili nas, byśmy ich odwiedzili tam, gdzie mieszkają. Z zaproszenia nie skorzystaliśmy. Powiedzieliśmy: „Nie ma żadnych «was»”. Lubiliśmy chłopaka córki, ale jasno mówiliśmy: „Nie jesteście małżeństwem, nie ma «was», nie możemy więc przyjąć zaproszenia”.

Córka poprosiła mnie również o najpotrzebniejsze rzeczy do gospodarstwa domowego. Odmówiłam mówiąc, że wszystko w swoim czasie.

Nasz koszmar ciągle trwał. Ja nie miałam chwili wolnej w ciągu dnia, żebym nie szeptała „Pod Twoją obronę”, „Święty Michale archaniele” i modlitwy przez wstawiennictwo Ojca Franciszka. Pościłam w środę i piątek. Mąż ze względu na pracę nie mógł pościć, zrobił więc sobie krzyż z desek i modlił się z tym krzyżem na plecach nocą.

Kiedy wspominałam o załatwieniu tej sprawy w tę albo w tę stronę, córka mówiła, że zna takie przypadki, kiedy po ślubie związek się rozpadł. Pytała, jak to wytłumaczę. Powiedziałem: „Tłumaczenie jest bardzo proste. Teraz żyjecie w przymierzu z diabłem, więc już nic wam burzyć nie musi, a kiedy zawrzecie przymierze z Panem Bogiem, wtedy musi zawalczyć”.

Bóg nas wysłuchał. Córka zdecydowała się na ślub. Od tej chwili minęło już dziewięć lat. Są szczęśliwym małżeństwem. My dalej ich Bogu polecamy.

Jesteśmy przekonani, że błędem było początkowe zerwanie kontaktów z córką. Bardziej mogliśmy wpłynąć na jej decyzję o ślubie okazując jej swoją miłość i zarazem konsekwentnie dając jasne świadectwo o naszym stosunku do jej postępowania.