Przekazywanie wiary

(214 - styczeń - marzec 2017)

Nasza droga

świadectwo

Dzieci są pozytywnie zaskoczone kiedy wręczam jednemu rano tablet, drugiemu telefon proponując modlitwę, bo widzą, że telefon może służyć do kontaktu także z Panem Bogiem…

Kiedy nasze dzieci miały po kilka lat, nieustannie próbowaliśmy jakoś poukładać sobie w głowie, sercu i planie dnia modlitwę, wspólnotę, zaangażowania, służbę. Mieliśmy doświadczenia nawrócenia i wspólnoty przed pojawieniem się dzieci i tęskno nam było do tamtej intensywności przeżyć, do pięknych, pełnych radości i życia praktyk, które dostarczały nam tyle duchowej strawy. Ogólnie tyle nam dawały. A teraz samemu trzeba było dawać. Nierzadko „odejmując sobie od ust” i rezygnując z tych form kultu, które mimo że nam gwarantowały wiele emocjonalnych przeżyć, nie mieściły się już w naszym grafiku ze względu na późna porę ich celebrowania. Co jakiś czas łapaliśmy jakiś ochłap któregoś z duchowych dań, które lubiliśmy, ale i tak wciąż odczuwaliśmy głód Pana Boga. Choć może raczej głód Pana Boga przeżywanego na modłę przez nas ulubioną. 

W atmosferze tego duchowego niedosytu zastał nas kiedyś Wielki Post. Dzieci małe, co więc będzie z drogą krzyżową? Mego męża bardzo nęciła piątkowa adoracja krzyża w kościele seminaryjnym; czuwanie, piękne śpiewy ciągnące się długo w noc – prawdziwa uczta. Także i mnie by się taka forma uwielbienia podobała. Niestety nie bardzo wiadomo było co zrobić z dziećmi, kto miałby z nimi zostać. Bo w końcu dlaczego zawsze ja? A jednak czułam się winna odmawiając mężowi tej odrobiny duchowej przyjemności, przecież chciał iść i wielbić Boga, czyż to nie mentalność psa ogrodnika przeze mnie przemawiała. Nie chciałam jednak kolejnych piątków spędzać sama z dziećmi. Tę trasę „drogi krzyżowej” przebywałam zwykle samotnie na co dzień. Sytuacja była dość napięta. I wtedy doznałam olśnienia. Zróbmy drogę krzyżową w domu. Rodzinną z dziećmi. Mąż jeszcze się trochę boczył, więc migiem narysowałam symboliczne stacje (nie umiem rysować, więc bardzo symboliczne), żeby się sprawa nie rozmyła. Rozwiesiliśmy je po całym domu. Jedno dziecko dostało zapaloną świeczkę, drugie krzyż, w latach późniejszych pojawiła się nawet korona cierniowa, jak również trzeci kandydat do niesienia wyżej wymienionych emblematów. Cierpliwe znoszenie kłótni o to, co kto będzie niósł wzięliśmy na własne barki. Zaintonowaliśmy Któryś za nas cierpiał rany i ruszyliśmy w drogę. Każdą stację obrazowo dzieciom wyjaśnialiśmy, słuchały z zapartym tchem. Efekt przerósł nasze oczekiwania: nie dość, że my odprawiliśmy drogę krzyżową w jedności małżeńskiej, to również dzieci w przyjaznych warunkach poznały na czym ona polega. Kultywujemy tradycję domowej drogi krzyżowej do tej pory, czasem zapraszając do niej gości, jeśli przebywają akurat u nas w tym czasie. Jej wspomnienie zostaje w nich na długo. Oczywiście teraz kiedy dzieci są już starsze, nie jest to jedyna forma odprawiania tego nabożeństwa, ale nadal chętnie do niej sięgamy. W październiku odmawiamy różaniec, w listopadzie czytamy o świętych i modlimy się kolejno za naszych bliskich zmarłych opowiadając o nich przy okazji, w grudniu wykonujemy zadania adwentowe (każdy członek rodziny dostaje swój własny kalendarz ze spersonalizowanymi zadaniami), w styczniu balujemy z Domowym Kościołem, w Wielkim Poście każdy czyni postanowienia, których inspiracją jest modlitwa, post jałmużna itp., itd.

Dość szybko uczyniliśmy dzieci odpowiedzialnymi za modlitwę: własną i rodzinną (tu głownie za wybór jej formy, prowadzenie, dopilnowanie). Oczywiście przykład musi pójść z góry, zachęta też, narzędzia również warto zaproponować. Kiedy walcząc o nasz Namiot Spotkania postanowiliśmy modlić się rano, po jakimś czasie postanowiliśmy zaproponować tę formę także dzieciom. Poranne czytanie Pisma Świętego na pól zaspanym okiem nie jest może szczytem religijnych aspiracji, ale wprowadza dzieci w dzień po Bożemu. Czasem już przy śniadaniu pojawiają się pytania. Dzieci też są pozytywnie zaskoczone kiedy wręczam jednemu rano tablet (zwykle ściśle reglamentowany), drugiemu telefon proponując modlitwę (z użyciem aplikacji z Pismem Świętym i czytaniami z dnia), bo widzą, że telefon może służyć do kontaktu także z Panem Bogiem… Oczywiście czasem rodzi to pokusy, jak wtedy gdy zamiast przy modlitwie zastaję delikwenta przeniesionego w świat Minecrafta, wtedy jednak jest okazja do rozmowy o pokusach, rozproszeniach i tym co także nas dorosłych odciąga od modlitwy i Pana Boga. Ileż razy przecież sięgam po telefon w celach modlitewnych, a kończę na przeglądaniu internetu czy odpowiadaniu na maile. Nie ma co więc udawać idealnej i wymagać od dziecka więcej niż od siebie samego, raczej przygotowywać na częste konfrontacje z własną, jak najbardziej ludzką, słabością. 

Najwcześniej jak to tylko było możliwe postanowiliśmy zaproponować dzieciom ich własną formację. W Warszawie niełatwo o wspólnotę Dzieci Bożych, dlatego córka zaangażowała się w parafialną scholę, a syn w ministrantów, w wakacje jednak zadbaliśmy o to, by dzieci uczestniczyły w oazie. Perspektywa spędzenia dwóch tygodni z codzienną mszą świętą (dzieci doskonale wiedziały z czym wiążą się rekolekcje – rokrocznie uczestniczyły w nich bowiem razem z nami) nie działała nęcąco, ale zachęcaliśmy je uparcie na wszelkie sposoby, tłumacząc jak ważne jest, by spróbować. Daliśmy jednocześnie obietnicę, że jeśli im się nie spodoba, to w następnym roku już nie będziemy naciskać. Starsza córka przetarła szlaki. I mimo wstępnych obaw łyknęła bakcyla bardzo szybko, więc w następnym roku nie trzeba jej już było namawiać. O syna niepokoiliśmy się bardziej, bo na otwarcie się na rówieśników potrzebuje zwykle więcej czasu. Jednak Pan Bóg, ksiądz i animatorzy wzięli sprawy w swoje ręce, a my z ogromnym zaskoczeniem dowiedzieliśmy się na koniec, że nasz nieśmiały w naszej ocenie syn powiedział na ochotnika świadectwo na dniu wspólnoty! Jak niewiele wiemy nieraz o naszych dzieciach. Oczywiście w czasie tych rekolekcji staraliśmy się cały czas towarzyszyć duchowo dzieciom, dostały od nas list, w którym zachęcaliśmy, by wykorzystały ten czas na podjęcie próby zbudowania już na własną rękę relacji z Panem Bogiem, naukę modlitwy. Dzwoniąc (z rzadka!) nie ograniczaliśmy się do skontrolowania składu rekolekcyjnego menu, ale pytaliśmy też o duchowy aspekt przeżywania rekolekcji. A syn już trzeciego dnia oznajmił, że będzie chciał pojechać także w przyszłym roku. Uff!

Zaproponowanie dzieciom grupy rówieśniczej o podobnych wartościach jest niezwykle ważne. Grupa oazowa, harcerstwo, rekolekcje Domowego Kościoła to nieoceniona pomoc w wychowaniu do wiary. Dla nas świetnym sposobem integracji dzieci z rówieśnikami o podobnym światopoglądzie są także spotkania kręgu. Staramy się organizować wspólną opiekę dla dzieci na czas spotkania dorosłych, dzieci poznają się, zaprzyjaźniają. Dla naszych dzieci spotkanie kręgu nie jest czasem, gdy rodzice zaniedbują je na rzecz wspólnoty i Pana Boga, one na te spotkania czekają tak samo chętnie, jak i my. Oczywiście nie zawsze jest ono możliwe, w naszym kręgu jest obecnie 26 latorośli, dzieci zresztą czasem wolą pojechać do dziadków, czy zostać w domu, bo po Dniu Wspólnoty w poprzednim tygodniu spotkań mają już trochę dość. Nie naciskamy. Domowy Kościół jest dla małżeństw i jego podstawowym celem nie jest integracja kręgowych dzieciaków. 

Ważna jest także pomoc dziecku ustalić priorytety. Jak również podobnymi kryteriami kierować się we własnym życiu. Skoro Pan Bóg jest dla nas ważny to spotkanie z nim, modlitwa, słuchanie Go powinno być ważne także. Ważniejsze niż praca, pasje, wypoczynek. Dlatego na wakacjach uczestniczymy we Mszy świętej, nawet jeśli (zwłaszcza za granicą) wiąże się to z dodatkowym trudem czy kosztami. Wychodząc z założenia, że skoro stać nas było na wakacje za granicą, musi nas być stać na uczestnictwo we Mszy świętej, nawet kosztem jechania na nią dwie godziny wynajętym samochodem. Podobnie jeśli chodzi o dzieci. Jeden z naszych synów uczestniczył ostatnio w weekendowym wyjeździe na zawody sportowe. Spędził na zgrupowaniu cała niedzielę w drugim końcu Polski. Zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, żeby mógł uczestniczyć we Mszy, doprosiliśmy trenera o wsparcie. Chcieliśmy pokazać dziecku, że sport nie powinien być ważniejszy niż Pan Bóg. I mimo, że ostatecznie z różnych względów się nie udało, szat nie rozdzieraliśmy. Zdecydowaliśmy jednak, że następnym razem nasze dziecko nie weźmie udziału w wyjeździe, w czasie którego nie będzie możliwości przeżycia niedzielnej Eucharystii. Tę kwestię oczywiście warto wcześniej ustalić z organizatorem wyjazdu, dopytać czy znajdzie się ktoś, kto chętne dzieci zaprowadzi do kościoła, a także przygotować dzieci na to, że mogą być jednymi z nielicznych ochotników. Pamiętam przecież dobrze pierwszy wyjazd naszej ośmioletniej wówczas córki, kiedy była jedną z siedmiu osób, które wybrały się w niedzielę do kościoła. Było to dla niej trudne, bo w tym czasie reszta turnusu miała ciekawe warsztaty plastyczne i dziecko czuło, że traci coś atrakcyjnego. Pokusy zrezygnowania były bardzo silne. Dlatego bardzo gorąco chwaliliśmy dziecko za wytrwanie w postanowieniu.