Budować szczęśliwą rodzinę

(128 - luty - marzec 2004)

Nasze perypetie rekolekcyjne (świadectwo)

Anna

Pojechaliśmy na II stopień i już snuliśmy plany na następne wakacje: III stopień lub ORAR II stopnia

W kręgu Domowego Kościoła jesteśmy już od prawie dziesięciu lat. Na pierwsze rekolekcje pojechaliśmy po drugim roku pracy. Był to tygodniowy ORAR I stopnia. Złapaliśmy rekolekcyjnego bakcyla i w następnym roku chcieliśmy jechać na I stopień piętnastodniowy. Zachęciliśmy cały nasz krąg. Problem jednak polegał na tym że na 8 lipca miałam termin porodu. Postanowiliśmy mimo wszystko zgłosić swoje uczestnictwo warunkowo — z założeniem, że jeśli dziecko urodzi się na 6 tygodni przed wyjazdem to pojedziemy. Zawierzając wszystko Panu Bogu czekaliśmy. Od 6 miesiąca ciąży musiałam leżeć, miałam wiele czasu na rozmyślania i modlitwę. Dziecko urodziło się zdrowiutkie, szósty tydzień swojego życia kończyło na 3 dni przed planowanym wyjazdem. Z już ochrzczonym niemowlaczkiem pojechaliśmy całym kręgiem na naszą Jedynkę. Nie był to łatwy wyjazd. Synek miewał straszliwe kolki, starsza córeczka była nieco rozczarowana, że rodzice są albo na spotkaniach, albo zajmują się dzidziusiem. Przez oazę przetoczyła się paskudna grypa, z powodu której dwa małżeństwa musiały wyjechać. Niemniej dotrwaliśmy do końca. Niewiele pamiętam z tych rekolekcji ale zapewne największym owocem było to, iż zrozumieliśmy, jak wielkim darem są rekolekcje formacyjne.
Rok później mąż zmieniał pracę i niestety nie przysługiwał mu urlop. W kolejnym roku pojechaliśmy na II stopień i już snuliśmy plany na następne wakacje: III stopień lub ORAR II stopnia. Bardzo oczekiwaliśmy tego kolejnego lata, był to jubileuszowy rok 2000. Planowaliśmy jeszcze przed wakacjami pojechać na długi majowy weekend na ORAR tematyczny. Niestety wszystkie wolne dni nieoczekiwanie spędziłam w szpitalu. W tej sytuacji postanowiliśmy pojechać w czerwcowy długi weekend na ORD. Nic z tego nie wyszło, tym razem nasz synek nagle trafił do szpitala. Po miesiącu z powikłaniami po pierwszym pobycie, znów tydzień spędziliśmy w szpitalu. W sierpniu zakład pracy, w którym pracowałam przechodził reorganizację. Pracowałam przez dwa tygodnie po dwanaście godzin dziennie. Mieliśmy nadzieję ostatni tydzień wakacji odpocząć na rekolekcjach. Wybłagałam urlop w pracy składając obietnicę bycia pod telefonem. Kiedy już moja szefowa podpisała mi urlop, całkiem nieoczekiwanie po raz czwarty w tym roku trafiliśmy do szpitala, tym razem z naszą córcią. Było już tego trochę za wiele. Zrobiliśmy rachunek sumienia. Z radością odkryliśmy, że nadal ufamy Panu Bogu i będziemy czekać na kolejną możliwość wyjazdu na rekolekcje.
Następny rok przyniósł nam kolejne dziecko. Tym razem termin porodu był na koniec lata. Mając doświadczenia z poprzednich ciąż i znając opinię medyczną wiedziałam, że to lato spędzę w łóżku. W następnym roku nasza wytrwałość została nagrodzona. Po trzech latach przerwy pojechaliśmy na rekolekcje. Najpierw na weekend do Krościenka. Potem na Oazę Rekolekcyjną Diakoni Życia, a później na rekolekcje dla animatorów. Wszystkie wyjazdy były głębokim doświadczeniem obecności Pana Boga, wzmocnieniem naszych relacji małżeńskich i doświadczeniem Ruchu jako wspólnoty, która została nam dana dla wzrostu naszej wiary.
W kolejnym roku znaleźliśmy się w sporym dołku finansowym. Wszystko wskazywało na to, że nie stać nas nawet na tygodniowy wyjazd. W pierwszym odruchu trochę nas to podłamało. Kiedy się okazało, że animatorzy w naszej diecezji płacą tylko połowę kwoty za rekolekcje, uznaliśmy, że jest to dla nas zaproszenie do posługi. Po krótkim rozważeniu sytuacji zgłosiliśmy się do posługi animatorskiej na Oazę I stopnia. Jak się później okazało, nasza decyzja była odebrana jako działanie Pana Boga dla naszych moderatorów, którzy w tym samym czasie rozważali czy w ogóle te rekolekcje organizować. Jednak i tym razem nasz wyjazd był okupiony trudnościami. Na cztery dni przed wyjazdem nasza córka znów trafia do szpitala. Tym razem się nie poddaliśmy. Mąż z synkiem pojechali sami, ja z pozostałą dwójką dzieci dojechałam trzeciego dnia oazy wieczorem (niestety nie zdążyliśmy na jasełka). Start nie był łatwy, po raz pierwszy byliśmy w roli animatorów. Mąż sam musiał prowadzić spotkania. Ja we wspólnotę wchodziłam z opóźnieniem, nie było mnie na tak ważnych trzech dniach rekolekcji.
To były jedne z bardziej owocnych rekolekcji jakie zdarzyło nam się przeżyć. Ufamy, że nie ostatnie.