Duch i materia wiary

(212 - wrzesień - październik 2016)

Nie ma Go tu

Magdalena i Łukasz Tobołowie

Kilka słów o objawieniach prywatnych

„Nie ma Go tu” – tym zwięzłym zdaniem posłaniec Boga zakomunikował podniesienie Jezusa z martwych (Mk 16, 6). Oto pierwsze objawienie prywatne w dziejach chrześcijaństwa. Zaświadczone przez garstkę pobożnych kobiet, które udały się do Chrystusowego grobu. Słowa anioła trudno uznać za świadectwo spektakularnej epifanii – tym bardziej, że niewiasty nikomu nic o tym nie powiedziały… „bo się bały” (Mk 16,8). Kiedy zaś się w końcu przemogły, Apostołowie ocenili ich słowa jako… „czczą paplaninę” (Łk 24,11).

Oto istota rzeczy. Prawdziwe objawienie zaczyna się od tego, że Bóg zaskakuje. Przychodzi i odchodzi. O niespodziewanym czasie i w nieoczekiwanym miejscu. Tam, gdzie się Go najmniej spodziewamy. Więcej nawet – czasami wcale nie kwapi się z przybyciem – ale i z tego wynika niekiedy jakiś morał. Bo i ta nieobecność też bywa objawieniem. A czasem wcale nie.

Warto w tym miejscu docenić mądrą ostrożność Kościoła, który skrupulatnie bada tzw. objawienia prywatne. I nawet jeśli zweryfikuje je pozytywnie, to nie podaje ich do wierzenia w sposób zobowiązujący wszystkich wiernych. Ponieważ, jak rzeczowo skomentował to Benedykt XVI, „Jest to pomoc, którą otrzymujemy, ale nie mamy obowiązku z niej korzystać” (Verbum Domini, 14).

Katechizm Kościoła Katolickiego ujmuje to następująco:

Na przestrzeni wieków miały miejsce objawienia zwane prywatnymi, z których niektóre zostały rozpoznane osądem Kościoła. One jednakże do depozytu wiary nie należą. Ich zadaniem nie jest „ulepszanie” czy „uzupełnianie” ostatecznego Objawienia Chrystusa, lecz udzielenie pomocy w pełniejszym jego przeżywaniu w danym okresie dziejów. Zmysł wierzących, pod wodzą Magisterium Kościoła, potrafi rozróżniać i przyjmować to, co w tych objawieniach stanowi wierne wezwanie Chrystusa lub świętych skierowane do Kościoła (KKK 67).

Są bowiem na tym świecie takie doświadczenia, nad którymi nie można przejść do porządku dziennego. Ale jednocześnie nie każde takie doświadczenie rzeczywiście Boga odsłania. Przestrogę stanowi już samo łacińskie słowo revelatio, tłumaczone niezbyt dokładnie na język polski jako „objawienie”. Dosłownie znaczy ono tyle, co „odsłonięcie welonu (re-velatio)”. Jednakże sam łaciński przedrostek re- jest dwuznaczny – zawiera też ideę wykonania czegoś ponownie (por. słowo „reaktywacja”). Tym samym objawienie z jednej strony może coś odsłonić… a z drugiej coś zasłonić. 

Objawienia prywatne są na pierwszym miejscu świadectwem pobożności ich odbiorców. Nie wolno nam bagatelizować jakiegokolwiek sposobu przeżywania wiary – nawet jeśli go sami nie rozumiemy i się nam ono nie podoba. Roztropną wydaje się tutaj rada faryzeusza Gamaliela, dotycząca działalności Apostołów, którzy wszakże ranili swą nauką jego własną pobożność. Mimo tego, zdobył się on na następujący apel: „Odstąpcie od tych mężów i dajcie im spokój! Jeżeli ten zamysł albo to dzieło od ludzi pochodzi, samo zniszczeje, ale jeżeli pochodzi z Boga, nie zdołacie ich unicestwić, a może się okazać, że walczycie z Bogiem” (Dz 5, 38-39). 

Innymi słowy – uszanuj wrażliwość tego, który coś dostrzegł. Wdaj się w spór – ale uszanuj. Nawet, jeśli subiektywnie dostrzegasz tam ułomność, albo błąd. Wszakże nie sposób obronić od strony historycznej wizji Katarzyny Emmerich o Męce Pańskiej. Trudno też traktować dosłownie surrealistyczne obrazy piekła przedstawione przez dzieci z Fatimy. W tych mistycznych przeżyciach łatwo dostrzec reminiscencje tego, co wspomniane osoby oglądały na kościelnych sklepieniach, co usłyszały podczas niedzielnych kazań. Jednak istotę stanowią tutaj nie emocjonalno-wyobrażeniowe fajerwerki, lecz przyćmione i na wpół obumarłe intuicje wiary, które za sprawą owych wizji miały szansę ponownie dojść do głosu (np. objawienia o Miłosierdziu Bożym św. Faustyny Kowalskiej).

Przesadna fascynacja, z jaką niektórzy podchodzą do objawień prywatnych, jest wyrazem skądinąd bardzo ludzkiej niezgody wobec lakoniczności wspomnianego na samym początku orędzia Zmartwychwstania – „nie ma Go tu”. No to niby gdzie On jest? „A myśmy się spodziewali…” (Łk 24,21). Chcielibyśmy czegoś więcej, jakiegoś wyjaśnienia pustego grobu. Dalszego ciągu historii. To fundamentalne nieporozumienie bywa źródłem tyluż pobożnych wizji, dopowiedzeń i rzekomych uzupełnień Objawienia, że wielokrotnie Kościół zmuszony jest poddawać je zdecydowanej krytyce, idąc za radykalnym stwierdzeniem Pawła z Tarsu: „choćby nawet (…) posłaniec z nieba opowiadał wam dobrą nowinę różną od tej, którą wam opowiedzieliśmy – niechaj będzie przeklęty” (Gal 1,8).

***

„Nie ma Go tu” – tym zdaniem zaczęliśmy naszą mini-refleksję o objawieniach prywatnych i nim ją zakończmy. Z jednej strony wzywa nas ono do nieprzywiązywania się ponad miarę do naszych własnych wyobrażeń o Bogu oraz doświadczeń, które według naszej osobistej wrażliwości na Niego wskazują. Z drugiej strony, oznacza zgodę na to, że Bóg przychodzi także w taki sposób, którego się wcale nie spodziewamy i którego wcale nie chcemy. Wszakże opustoszały grób Chrystusa był chyba ostatnią rzeczą, który pragnęli ujrzeć Jego uczniowie. Zaś Jezus nawet ten ułomny, zagadkowy znak każe im porzucić. Poleca iść w zupełnie inną stronę – „niech idą do Galilei – tam Mnie zobaczą” (Mt 28,10). A czymże jest w Piśmie Świętym Galilea? Krainą pogan (Mt 4,15), niedouczonych rybaków, chciwych celników, na wpół analfabetów, po wielokroć wyśmiewanych w tradycji żydowskiej. Po prostu zwyczajnością, prozą życia – często niełatwego i niekiedy całkiem nieudanego. A jednak to właśnie „TAM Mnie zobaczą…”. Pamiętajmy o tym, rozważając treści wszelakich, mniej lub bardziej spektakularnych, objawień prywatnych.