Animator

(174 - wrzesień - październik 2010)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Nie przespać poranka

ks. Jarosław Wiśniewski

Oaza 2009

Na marcowym dniu skupienia uzbeckiego kleru dwu ojców franciszkanów konwentualnych ustąpiło mi fotela. Gdy spytałem, dlaczego, żartowali: „bo masz być moderatorem oazy”. Potraktowałem to jako żart, coraz częściej jednak byłem nagabywany, czy mam już wszystko gotowe. Bardzo się bałem i szukałem znajomych z ruchu oazowego – żeby mnie ktoś zastąpił!

Kiedy byłem diakonem, próbowałem w pojedynkę zorganizować oazę w Indurze pod Grodnem. Miejscowe dzieci przychodziły codziennie, głównie wieczorem, na Apel Jasnogórski i czasami do północy trwały zabawy, nauka pieśni, różaniec. Gdy wróciłem, niektórzy starzy oazowicze krytykowali mnie za to, że nadużyłem symbolu oazy do takiej partackiej działalności.

Coś podobnego przeżyłem jako neoprezbiter w parafii Plebanowce niedaleko Mostów i Wołkowyska. Po powrocie na zebraniu moderatorów pochwaliłem się, że na tej oazie oprócz szkoły liturgicznej, muzycznej i biblijnej była również „szkoła języka polskiego”, co znowu wywołało falę śmiechu. Chyba speszony tamtymi przygodami, przez kolejne siedemnaście lat pobytu na Wschodzie nigdy już nie próbowałem organizować oazy.

Biskup mnie uspokoił: „na oazę przyjedzie jeszcze kleryk Siergiej, on dużo potrafi i ci pomoże”. Także obecność Żydrunasa, (autora uzbeckiego cudu, milionera, który postanowił zostać księdzem) miała być argumentem przekonującym, że wszystko będzie dobrze.

Było dobrze również dlatego, że jak mi doniósł ks. Irek Kopacz, a potem ks. Paweł Rossa, „modlił się za nas Rzym, Carlsberg, Ars i cała Europa”. To powiedzonko bardzo się spodobało naszym dzieciom.

 

W cieniu Tien Szan

Oaza odbyła się w Handajliku koło Gezelkentu, w malowniczych górach Tien Szan. Kilku liderów z taszkienckiej parafii, którzy zgodzili się mi pomagać, tydzień przed oazą zbierało się każdego wieczora, by ustalić, co kto ma kupić i dokąd przynieść.

Uliana, świeżo upieczony pediatra, i Justyna, miały odpowiadać za stan zdrowia dzieci i stronę muzyczną, toteż zaczęliśmy od kupowania lekarstw i robienia śpiewników. Liturgię przygotowywał Igor (syn Żyda i Koreanki), który na tyle ją polubił, że za własne pieniądze uszył sobie czerwoną sutannę i za zgodą proboszcza używa jej w dni świąteczne jako ministrant.

Konferencje miał opracować Żydrunas. Choć przygotowywał się do egzaminów wstępnych do seminarium na Litwie i miał mnóstwo spraw związanych z wyjazdem z Uzbekistanu, podjął się zadania w sposób bardzo odpowiedzialny. To on zapytał, co chcemy osiągnąć, jaki jest nasz plan. Odpowiedziałem, że cele są podobne jak w Polsce w czasach komunistycznych, kiedy od oazy oczekiwało się, że wychowa liderów, świadomych chrześcijan, ludzi, którzy będą chcieli się stawać coraz lepszymi dla innych. Żydrunas spierał się, że tego się nie da zrobić w tak krótkim czasie. W bazie wypoczynkowej Tatu mogliśmy przebywać dziesięć dni. Stwierdziłem, że warto spróbować. Każde spotkanie z animatorami starałem się przeplatać modlitwą, choćby króciutką, ale spontaniczną (jak to robił na mojej pierwszej, kleryckiej oazie ks. Jan Hołodok). Wychodziło nieźle, bo wszyscy się baliśmy, a przecież wiadomo, że „jak trwoga, to do Boga”.

 

Westerplatte

Wedle relacji uczestników poprzednie wyjazdy miały charakter rekreacyjny i opowiadano, że z każdym rokiem zainteresowanie oazą spada. Trzeba było wymyślić coś wyjątkowego, żeby dzieci, zwłaszcza te, które bywały w latach poprzednich, czymś zadziwić. Postanowiłem, że nasza oaza będzie miała charakter pokutny. Miała być jutrznia z medytacją, spotkania biblijne w grupach, koronka do Jezusa Miłosiernego i Apel Jasnogórski. Dla większości słowo „apel” było nowe, ale ten rodzaj nabożeństwa, w połączeniu z ogniskiem, bardzo się spodobał. Na zakończenie dnia śpiewaliśmy różaniec na melodię, której nauczyli mnie kiedyś klerycy z Petersburga. Taki medytacyjny śpiew z prawosławnym tonem bardzo urozmaicał nasze wieczory.

W poprzednich latach trudno było położyć dzieciaki spać – szalały do późna. U nas było inaczej. Dni były tak zapełnione trudem wędrówek, rozmów i spotkań, że mało kto decydował się na nocne posiedzenia (zresztą kilka „nocnych czuwań” mieliśmy w planie, więc i to likwidowało ryzyko niewłaściwych zachowań).

Choć nie trzymaliśmy się sztywno żadnych szablonów, była to Oaza Dzieci Bożych. Oprócz dzieci pochodzenia tatarskiego, na oazie znalazło się: trzech Koreańczyków, dwie prawosławne dziewczynki; sporo ateistów; kilkoro dzieci z rodzin nominalnie muzułmańskich. Wszyscy otrzymali zgodę rodziców na piśmie, więc o nic się nie bałem. Kilkoro dzieci pochodziło ze „szlachetnych rodzin”, sporo jednak z rodzin „żebraków”. Początkowo mogło to stanowić jakąś barierę, lody szybko jednak stopniały. Już kilka dni przed zakończeniem rekolekcji dzieci wpisały sobie wzajemnie życzenia, adresy i numery telefonów. Przyjechali ze wszystkich zakątków Uzbekistanu i z góry wiadomo było, że będą za sobą tęsknić.

Ostatniego dnia Mszę sprawowaliśmy o świcie, czyli o czwartej rano. Uchwyciliśmy moment, gdy słońce wyłania się spoza gór. Klaskaliśmy, wielbiąc Brata Słońce, który po chwili skrył się w obłoczkach i wypuścił promienie dokładnie tak jak na obrazie Jezusa Miłosiernego. Modliliśmy się na ostrym ściernisku. Cieniutkie świeczki – w prawosławnym stylu – wcisnęliśmy w gliniastą ziemię, a ołtarzem był obrus rozpostarty na rżysku.

Tego dnia (po wielu wcześniejszych poważnych rozmowach o wszystkich sakramentach) na jutrzni, w połowie drogi na Mszę Świętą, opowiedziałem nareszcie dzieciom, kim był ks. Franciszek Blachnicki, po co stworzył ruch oazowy, i o Krucjacie Wyzwolenia Człowieka.

W kazaniu poruszyłem temat Westerplatte. Mówiłem o tym, o czym mówił niegdyś Jan Paweł II do polskiej młodzieży. Poprosiłem chłopców, by podnieśli ręce ci, którzy by chcieli, aby ich przyszła małżonka nie paliła, nie piła alkoholu i była dziewicą. Podnieśli prawie wszyscy. Później zadałem pytanie: „Jak wam się zdaje, czy dziewczyna, która nie pije, nie pali i nie szasta swoim ciałem, nie chciałaby mieć podobnego do siebie chłopca?” Pytanie było retoryczne. Po powrocie, jak zwykle, ten temat omawiano w grupach.

Cieszyło mnie, że do ostatniej chwili te śpiące dzieci nie przestały słuchać, o co się je prosi, i wykonywać programu oazy. Nie od razu było tak gładko, ale z każdym dniem (według planu) dzieci stawały się coraz lepsze. Gdy wracaliśmy autobusem do Taszkientu, chociaż nie było na oazie osób grających i śpiew był najsłabszą stroną, przez całą godzinę młodzież śpiewała – i to bez zachęty z mojej strony.

 

Siew i wzrost

Z zeszłorocznej oazy, którą przeżyłem z ogromną dozą strachu i adrenaliny, w przeciągu roku pozostało niewiele, można rzec – okruchy. W skład grupy wchodziły dzieci i młodzież z pięciu różnych parafii, oddalonych od siebie w skrajnych przypadkach o 700 km. Prowadzić dalej tak zróżnicowanej grupy nie byłem w stanie. Robią to poszczególni proboszczowie u siebie, z rozmaitym skutkiem. Kiedy zebrałem jednak w pamięci wszelkie wspomnienia, doszedłem do wniosku, że posiane latem ziarno nie zmarniało i w niesprzyjających warunkach, wbrew rozsądkowi i poza moją kontrolą czy wpływem – rośnie. Letnia oaza rozbudziła młodzież i nie pozostała bez echa.

Żydrunas, który udał się do seminarium na Litwę, ma się dobrze. Jadąc na rekolekcje wielkopostne do Polski, odwiedziłem go w Żmudzkiej Kalwarii. Żydrunas jest tam najstarszym klerykiem. Nawet rektor jest jego rówieśnikiem. Podobnie jak na oazie, tak i w seminarium nadaje ton – odniosłem wrażenie, że to on rządzi, a nie rektor.

Szesnastoletnia Luba z Samarkandy po powrocie z oazy doznała bojkotu ze strony rodziców i surowych restrykcji. Okazało się, że powiedziała o pragnieniu wstąpienia do zakonu. Po takiej deklaracji zabroniono jej chodzić do kościoła. Nie wiem, czy zakaz trwa nadal. Wiem, że biskup jest ze mnie niezadowolony i oskarża mnie o nieroztropność, bo to ja właśnie podjąłem na oazie temat powołania. Mówiłem o tym wielokrotnie do wszystkich oazowiczów i raczej w formie żartobliwej. To dziecko z Samarkandy potraktowało temat bardzo poważnie.

W Ferganie spośród ośmiu uczestników oazy na spotkaniu z nami zjawiły się trzy osoby i tylko po to, żeby się przywitać. Grafik pracy tej niesamowitej parafii jest tak napięty, że co chwila odbywają się tam jakieś katechezy, praca w grupach. Przyjęto nas jako wycieczkę. Na wieczornej Mszy świętej były obecne maluchy, więc je zabrałem do parku na Apel Jasnogórski, który był jedynym elementem wspólnotowym, przypominającym oazowy styl.

Młodzież w Taszkiencie ma regularne spotkania z proboszczem w piątki, ja mam jedynie zebrania z ministrantami, Koreańczykami. Są wśród nich oazowicze.

Przez całą jesień i zimę spotykaliśmy się w niedzielę. Zaraz po Mszy świętej wybieraliśmy jakąś herbaciarnię i przy herbacie omawialiśmy aktualne wątki biblijne. Duszą tych spotkań był Anzelmo, kolejny animator, który obecnie jest już w Korei, bo podjął służbę wojskową. Ma wielki charyzmat do pracy z rówieśnikami.

Anzelmo był mi bardzo pomocny w pracy z grupą z Angrenu, z którego pochodziło najwięcej dzieci nieochrzczonych (głównie dzieci ulicy tatarskiego pochodzenia), a więc wymagających większej uwagi i cierpliwości. Zasługą Anzelmo była także historyczna podróż koreańskiej grupy do Poznania na spotkanie Taizé.

Animatorki z Taszkientu, Uliana i Justyna, w każdą niedzielę pracują z dziećmi. Pomagają siostrom i biskupowi organizować zabawy dla dzieci ulicy i zajmują się ich dokarmianiem.

Siergiej, kleryk z Krakowa, będzie, być może, pierwszym kapłanem z tej części Azji. Uczy się u franciszkanów konwentualnych. Na oazie pełnił rolę szarej eminencji. Nie narzucał się, ale ciężko pracował. Trafił do wspólnoty, odwiedzając nasz kościół ledwie 10 lat temu. Dzięki niemu katolikami stali się jego rodzony brat i tato. Nie brak tu zgrzytów, bo małżonka brata, która jest muzułmanką, nie pozwala praktykować wiary swemu mężowi. Nawet nie wspominam o dzieciach. W tej chwili ich chrzest nie wchodzi w grę.

 

Nawrócony Detsel

Jeden z uczestników oazy, pseudo „Ignat”, mimo swego żydowskiego pochodzenia i braku chrztu, zaangażował się na tyle, że jego śladem zaczęły odwiedzać kościół maluchy, które interesują się rapem. Nasz Ignat to taszkiencki Detsel[1]. Połączył w sobie fascynację Kościołem z talentami młodzieżowego śpiewaka i guru. Owszem, dzieciaki przychodzą, żeby sobie pośpiewać. Korzystają z oratorium i ich droga do Kościoła jako wspólnoty wierzących jest