Sprawy ostateczne

(133 - listopad - grudzień 2004)

z cyklu "Z Kopiej Górki"

Niemcy na Kopiej Górce

Agnieszka Salamucha

Lubię język niemiecki, podziwiam niemiecką kulturę i miło wspominam spotkania z Niemcami. Nie mam wobec nich żadnych historyczno–rodzinnych uprzedzeń. Dlatego nie miałam nic przeciwko temu, żeby w Krościenku podczas wakacji towarzyszyć grupie niemieckiej młodzieży. Była to młodzież z diecezji Magdeburg (byłe NRD), 18 osób. Bardzo różnych — niewierzący obok ludzi zaangażowanych w życie parafii. Zebrał ich ksiądz, Niemiec, zainteresowany Ruchem. Chciał im pokazać Polskę i polską religijność, sądząc, że to może być dla nich ciekawe i inspirujące.
Wiązaliśmy z przyjazdem tej grupy pewne nadzieje, które niemal natychmiast się rozwiały. Zderzenie dwóch różnych mentalności było dość bolesne. Zdziwił nas brak zainteresowania chodzeniem po górach. Po wdrapaniu się na Marszałka byli tak zmęczeni, że zamiast zdobywać Trzy Korony, woleli grać w piłkę. Chociaż przyjechali, aby zapoznać się z Oazą, wszystkie modlitwy były dla nich za długie i za nudne, dlatego uczestniczyli w nich z reguły tylko na początku. Niemal każdy punkt programu dnia musiał być ustalony i zaakceptowany przez grupę, w przeciwnym wypadku rezygnowano z niego. Wyjątek stanowiła Eucharystia podczas dnia wspólnoty, jako „gwóźdź programu” ich pobytu, z którego zrezygnować nie mogli (gdyby mogli, na pewno by to zrobili). Jako „pilot” tej wycieczki czułam się często zdezorientowana i przeżywałam wewnętrzny niepokój, patrząc na posunięcia opiekunów i zachowanie młodzieży.
Któregoś dnia zostaliśmy zaproszeni na spotkanie z II stopniem studenckim. Tak się stało, że spotkanie przebiegło pod hasłem „ży-wa wiara”. Nazajutrz przy śniadaniu jeden z chłopaków, Peter, bardzo zresztą sympatyczny, zapytał, co dla mnie znaczy „żywa wiara”. Moja odpowiedź nie była specjalnie oryginalna: to po prostu wprowadzanie światła w życie, życie według zasad chrześcijańskiej wiary. Wtedy Peter i jego dziewczyna Friederike powiedzieli, że oni cały wieczór zastanawiali się nad tym, co od nas usłyszeli i doszli do wniosku, że to, co się dzieje w grupie oazowej, jest po prostu socjotechniką, manipulacją, naturalnymi procesami wewnątrz grupy. Zdębiałam. Odpowiedziałam, że wybór Jezusa jako Pana i Zbawiciela na I stopniu ma charakter indywidualny i dobrowolny, że nikt nikogo nie zmusza ani nie namawia. I że jesteśmy świadomi pewnych psychicznych mechanizmów, które zachodzą w grupie, właśnie po to, żeby ich nie wykorzystywać i nikim nie manipulować. Ale Peter i Friederike nie wydawali się być przekonani.
Trochę w odruchu obronnym, a tak naprawdę nie wiem, dlaczego, bo to nie miało wiele wspólnego z tematem, powiedziałam im, że Ruch jest otwarty na różnych ludzi, nie tylko na tzw. „grzeczne dzieci”. Ponieważ przyszło mi do głowy słowo „Homosexuellen”, beztrosko dodałam, że na przykład prowadzimy psychoterapię dla ludzi z problemem homoseksualnym. Wtedy Peter zrobił minę kpiąco–niedowierzającą i powtórzył „Psychotherapie fûr Homosexuellen?” Więc już wiedziałam, że rozmowa skończona.
Ale to nie był koniec. Kilka godzin później ksiądz opiekun grupy zaczepił mnie i powiedział, że nie powinnam była mówić o homoseksualistach. Peter i Friederike obrazili się na mnie, bo przecież homoseksualizm nie jest chorobą i nie wymaga terapii, a w Niemczech związki partnerskie zostały zalegalizowane. I tu nie wytrzymałam.
Szczegóły dalszej naszej rozmowy niech zostaną okryte zasłoną milczenia. Tym bardziej, że krzyczeliśmy na środku ulicy Jagiellońskiej (po niemiecku, co nie spotykało się z aprobatą miejscowych mieszkańców, ostentacyjnie zamykających okna). Okazało się, że ksiądz myśli dokładnie tak samo, jak ja, ale boi się to głosić. Boi się, że młodzi ludzie odejdą, gdy usłyszą o „niewygodnych” aspektach nauki Jezusa i Kościoła. Boi się wprowadzać dyscyplinę, żeby się nie zniechęcili. Boi się zachęcać ich do mówienia o wierze w szkole i klubach sportowych, bo nie chce, żeby byli odrzuceni jako wierzący. Mimo wszystko rozstaliśmy się w pokojowej atmosferze, chociaż dla mnie do dziś pozostaje niepojęte, że można chcieć wychowywać młodych chrześcijan, jednocześnie obawiając się, żeby przypadkiem nie wpadli na pomysł dania komuś świadectwa.
Wyjazd poza Krościenko pozwolił mi nabrać dystansu do całej sprawy. Z „moimi” Niemcami spotkałam się dwa dni później, podczas ich ostatniej kolacji na Kopiej Górce. Był to jednocześnie ostatni dzień oazy i II stopień miał w Jubilacie agapę. Po kolacji niemiecka grupa miała pójść do Namiotu Światła na wieczorną modlitwę. Kiedy jedni myli talerze, inni przyglądali się uczestnikom II stopnia. Aż ktoś zapytał, czy może się przyłączyć. I tak się zaczęło!
Po godzinie wspólnego śpiewania, pląsania, tańczenia, Katharina zapytała mnie, czy II stopień mógłby przyjść do nich na modlitwę do Namiotu Światła. Mógł i bardzo chciał. Śpiewaliśmy po polsku i po niemiecku, wysłuchaliśmy fragmentu z Apokalipsy, opisującego niebieskie Jeruzalem oraz krótkiego komentarza księdza. A potem jakoś nie mogliśmy się rozstać. Jeszcze jedna piosenka, jeszcze krąg z puszczaniem iskierki, jeszcze pytania ze strony Niemców, kto z polskiej grupy ma zamiar przyjechać na Dzień Młodzieży do Kolonii w 2005 roku. W sposób naturalny pękły bariery, także językowe.
Następnego ranka pożegnaliśmy się przy figurze Niepokalanej. Ostatnie uściski (także z Peterem i Friederike), dobre słowa, ostatnie zdjęcia.
Kilka dni później dostałam e–mail od księdza. Życzył mi Bożego błogosławieństwa i prosił, bym pozostała równie szczera, jak jestem.