Diakonia

(178 - kwiecień 2011)

O powierzaniu diakonii

ks. Krzysztof Mierzejewski

Jak i komu powierzać diakonię, aby rosło zarówno dzieło, do którego się zaprasza, jak i ten, kto ma być jego wykonawcą?

Przymuszeni jak Szymon z Cyreny, uwiedzeni jak Jeremiasz, zaciekawieni jak Piotr i Jan, posłuszni jak Samuel, uciekający jak Jonasz – różni są ci, którzy podejmują diakonię. Różne są sposoby, w jakie im powierzono pełnioną przez nich posługę. Każdy posługujący to nieco inna historia, odmienna ścieżka. Warto jednak się zastanowić, jak to się dzieje, że konkretny człowiek jest zaproszony do podjęcia konkretnej diakonii, do zajęcia miejsca w organizmie Kościoła, do którego – jak ufamy przeznaczył go Pan. W końcu: jak i komu powierzać diakonię, aby rosło zarówno dzieło, do którego się zaprasza, jak i ten, kto ma być jego wykonawcą?

Do diakonii zmierza cały proces formacji w Ruchu, innymi słowy, przez cały czas formowania się oazowicz powinien rozważać, w jakiej diakonii mógłby wykorzystać swoje charyzmaty, jakie jest jego miejsce w Ruchu i w Kościele. Często to rozważanie przeciąga się znacznie poza czas formacji podstawowej. Ile ludzi, tyle przypadków. Dlatego też szaleństwem byłoby porywanie się na tworzenie czegoś w stylu praktycznego poradnika dla wszystkich, ogólnego ABC podejmowania diakonii. Owa różnorodność nie jest jednak niczym złym – jest wyraźnym dowodem na to, że podejmowania diakonii to coś bardzo ważnego, to decyzja, którą trzeba głęboko przemyśleć.

Nie inaczej sprawa wygląda z punktu widzenia tego, kto do diakonii zaprasza, kto – mówmy jak jest – bardziej lub mniej osamotniony szuka współpracowników do wykonania konkretnego dzieła. Tutaj także nie ma gotowej recepty, schematu do zastosowania w każdej sytuacji. Można jednak wskazać kilka typowych błędów, jakie mogą się przytrafić w tej niełatwej i delikatnej materii jaką jest powierzenie diakonii oraz kilka zasad, które pomogą ich uniknąć. Zatem do rzeczy.

Zacznijmy od błędów – bo je stosunkowo łatwo wytknąć. Pierwszym, o którym należy tutaj wspomnieć jest zjawisko nazywane niekiedy syndromem wielbłąda. Terminologia cokolwiek bliska ludziom przeżywającym oazy w pustyniach świata. Wielbłąd, jako juczne zwierzę, jest jedynym środkiem pustynnego transportu, dlatego też nakłada się na niego wszystkie pakunki, jakie mogą przydać się w czasie drogi oraz te, które trzeba przewieźć do miejsca będącego celem podróży. Jak można się domyślić, wielbłąd w naszym przypadku oznacza osobę, która jest zdolna, chętna do posługi, uformowana i ogólnie mówiąc – lubiana. Oczywiście, to jeszcze za mało, by stała się ona wielbłądem. Jednak garby wyrosną jej stosunkowo szybko, gdyż wielu odpowiedzialnych za rozmaite diakonie, dzieła, wspólnoty zacznie zabiegać o jej względy, zachęcać do podjęcia posługi, argumentując na przeróżne sposoby, że to właśnie ta osoba jest koniecznie potrzebna i nikt nie może zapełnić luki, która powstałaby na skutek ewentualnej odmowy. Im mniej asertywny wielbłąd, tym szybciej pada pod ciężarem pakunków. Cierpi na tym wielbłąd, cierpią same pakunki. Bo jeśli robi się wszystko, niczego nie robi się dobrze. Zasada stara jak świat, ale i tak nagminnie łamana. Powód: najczęściej – pójście na łatwiznę. Bo łatwiej jest wykorzystać siłę perswazji i uczynić kogoś wielbłądem niż wytrwale szukać i wyławiać ludzi, których dotąd nikt nie najął, a którzy z powodzeniem wypełnią powierzoną im diakonię, choć może nie zdają sobie z tego sprawy. 

Drugi błąd wynika z zapomnienia o zasadzie pomocniczości – można go określić terminem: człowiek orkiestra. Zazwyczaj błąd dotyczy samego powierzającego diakonię. Wprawdzie szuka on ludzi, z którymi na pozór pragnie współpracować, ale od początku jest głęboko przekonany, że nikt nie jest tak doskonały jak on sam, nikt nie potrafi dopilnować najprostszych rzeczy i zawsze wszystko musi robić w pojedynkę, pomimo iż ma w diakonii wielu ludzi, którym fikcyjnie powierzył jakąś cząstkę odpowiedzialności. Gdy dogłębnie przyjrzymy się temu błędowi zauważymy, że jest on naruszeniem także pozostałych zasad życia wspólnot Kościoła: kolegialności i solidarności. No, chyba, że ktoś jest solidarny sam ze sobą. Człowiek orkiestra szybko się męczy: ludźmi, których uważa za niekompetentnych, diakonią, która go przerasta i narzekaniem na stan całości. Ten błąd wynika już nie z łatwizny, ale z osobowości człowieka, który generalnie woli pracować sam i z tego powodu trudno jest mu współpracować, a co dopiero kierować pracą danej diakonii.

Trzeci błąd jest dość podobny do człowieka orkiestry. Nazwijmy go syndromem nieśmiertelnego. Wynika z ignorowania starej jak świat zasady mówiącej, że nie ma ludzi niezastąpionych. Dotyczy szczególnie ludzi, którzy naprawdę sporo zrobili w danej diakonii, ale tak bardzo uwierzyli w swoją wyjątkowość, tak zrośli się z pełnioną posługą, że zapomnieli o płynącym czasie i nie wyobrażają sobie, jak dana diakonia mogłaby funkcjonować bez nich. Niestety, jest to błąd dość powszechny. Obserwujemy stosunkowo często, że ludzie wielcy, autentyczni giganci diakonii nie potrafią wychować sobie następców. Może z obawy przed przemijaniem, może w przeświadczeniu, że nikt nie zrobi tego lepiej. Pewnie powodów jest więcej. Niestety – rzeczywistość jest nieubłagana i każe taką postawę piętnować jako błędną. Przykro się człowiekowi robi, gdy po wielkim płomieniu pozostają wielkie zgliszcza. A tak może się zdarzyć na skutek błędu numer trzy.

Błąd czwarty. Kumplostwo. Wynika z postawienia na głowie założeń diakonii – a to z kolei wynika za słabości osoby powierzającej diakonię. Osoba taka żyje w błędnym przekonaniu, że najlepszym współpracownikiem w jakimś dziele będzie ten, kogo się lubi, do kogo odczuwa się sympatię. Owszem, dobre, pełne życzliwości i szacunku relacji pomiędzy członkami diakonii są niezwykle ważne, ale źle się dzieje, jeśli są jedynym powodem, dla którego ktoś został zaproszony do diakonii. Podobnie, jak trzy poprzednie tak i ten błąd zdarza się dość często. Skutek: przekwalifikowanie diakonii w TWA – towarzystwo wzajemnej adoracji. Czyli w najlepszym wypadku – nieskuteczność, w najgorszym – śmierć diakonii.

Pewnie dałoby się wyróżnić jeszcze kilka innych błędów, ale może na razie na tych poprzestańmy. Skoro wytknęło się błędy, należy wskazać drogę ich naprawienia bądź też zasadę, która pozwoli ich uniknąć. W związku z tym, zasad też będzie cztery.

Pierwsza – nie podkradaj ludzi z diakonii bliźniego swego. Można by nazwać ją zasadą wyłączności. Oczywiście, może zaistnieć potrzeba, żeby osoba z diakonii A, nawet cała diakonia A, pełniła posługę związaną z działaniem diakonii B – musi to być jednak przypadek nadzwyczajny, szczególny; taka współpraca bądź wypożyczenie zawsze musi dokonywać się za porozumieniem stron (w imię zasady mówiącej, że czyste układy tworzą przyjaciół) i z poszanowaniem priorytetów – choć osoba z diakonii A pełni diakonię B, to jednak przez cały ten czas priorytetem jest dla niej diakonia A. Owszem, może się zdarzyć, że taka osoba nagle odkryje diakonię B jako swoje miejsce w Kościele. Wówczas jednak nie powinna posługiwać równolegle w kilku diakoniach, żeby uniknąć syndromu wielbłąda.

Zasada numer dwa – to oczywiście zasada pomocniczości – co może zrobić podmiot niższy tego nie robi podmiot wyższy. Nawet jeśli ten wyższy zrobiłby to lepiej. Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że stosowanie tej zasady nie jest proste – wymaga rezygnacji z własnego perfekcjonizmu, egoizmu, wymaga empatii w zwracaniu uwagi, szacunku do pracy – także niedoskonałej – drugiego człowieka. Wymaga cierpliwości do tłumaczenia, wdrażania drugiego w posługę, na której nieraz zwyczajnie się nie zna. Czasem – wymaga twardej skóry, by znieść baty, jakie kierujący diakonią zbiera za nie swoje potknięcia. Warto jednak pamiętać, że tutaj – inaczej niż w świecie muzyki – utwór zagrany przez niedoskonałą orkiestrę brzmi lepiej niż solówka największego wirtuoza.

Trzecia zasada – swoją posługę zacznij od szukania następcy. Brzmi dziwacznie, ale świetnie się sprawdza. Warto wśród osób, z którymi się współpracuje od samego początku szukać następcy. Czasami człowiek się zawiedzie – bo koń, na którego się postawiło wszystkie oszczędności niekiedy wypada z ostatniego wirażu. Wówczas trzeba zacząć od nowa, w nadziei, że kiedyś w końcu się uda. A wtedy płomień  nie zgaśnie, lecz będzie płonął nadal. Co więcej – szczęśliwi ci, którzy wychowają sobie następców większych niż oni sami. Ci właśnie będą mogli powtórzyć za Ewangelią: „słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać” (Łk 17,10).

Zasada czwarta i ostatnia: pamiętaj, że to Pan powierza diakonię, a ty masz tylko odczytać jego zamysł. Czasami warto zaprosić do diakonii osobę, której z różnych powodów się nie lubi, ale u której dostrzega się potrzebne do podjęcia diakonii zdolności i charyzmaty. Na owoce takiej decyzji zazwyczaj nie trzeba długo czekać.