Zaangażowanie społeczne

(129 - kwiecień 2004)

O zasadzie pomocniczości

Anna Pełka

Wiele osób przywykło do modelu państwa opiekuńczego, które tworzy ogromny aparat administracji po to, aby zająć się obywatelami

Pamiętam rozmowę sprzed kilku lat z pewnym moderatorem, który skarżył się, że w jego wspólnocie parafialnej to są same niedołęgi, że nie może na nikim polegać. Był zmęczony — przecież wszystko musiał robić sam, wszystkiego dopilnować osobiście. Nikogo nie dopuszczał do ważniejszych zadań — szybciej było wykonać je samemu, przecież jego podopieczni mogliby coś zepsuć. Ludzie z tej wspólnoty nie musieli wykazywać się żadną inwencją i szybko przywykli do tego, że ktoś za nich decyduje o czym będzie oaza modlitwy, jak będzie wyglądać szopka bożonarodzeniowa w kościele i o wielu innych sprawach. Przyzwyczajenie przybrało wręcz wymiar oczekiwania na organizowanie przez księdza ich życia wspólnotowego.
Druga scenka. Niewielki blok w dużym mieście, na jednej klatce mieszka dziesięć rodzin. Wszyscy wiedzą, że mogą przechować przez godzinę czy dwie dziecko u sąsiadki z trzeciego piętra, która jest prawie zawsze w domu z racji przebywania na urlopie wychowawczym. Wszyscy wiedzą, że z problemami zdrowotnymi można zgłosić się do sąsiada z parteru, który jest internistą. Wiadomo, kogo można poprosić o naprawienie kranu, a kogo o korepetycje z angielskiego, u kogo za drobną opłatą wykonać małe poprawki krawieckie. Nie, to nie jest opis jakiejś komuny, każda z tych rodzin ma swoje życie, swoje problemy i radości, ale otworzyli się jakoś na siebie i zaczęli korzystać nawzajem ze swoich umiejętności, możliwości.
Te dwie historyjki w jakiejś mikroskali wiążą się trochę z zasadą pomocniczości, która obok komplementarnej zasady solidarności oraz zasady dobra wspólnego jest jednym z filarów katolickiej nauki społecznej. Odnosi się ona do relacji między osobą a społecznością, a także pomiędzy mniejszymi społecznościami.
Na czym polega zasada pomocniczości, zwaną też zasadą subsydiarności (od łac. subsidum — pomoc)? W największym skrócie brzmi ona: „Tyle państwa ile potrzeba, tyle wolności, ile można” (cytuję za artykułem znalezionym w internecie).
Najbardziej znaną w katolickiej nauce społecznej definicją jest ta, której użył w 1931 r. papież Pius XI w encyklice „Quadragesimo Anno”: „jednostkom nie wolno wydzierać i przenosić na społeczeństwo tego, co one same mogą wykonać z własnej inicjatywy i własnymi siłami; podobnie niesprawiedliwością, szkodą społeczną i zakłóceniem porządku jest zabierać mniejszym i niższym społecznościom te zadania, które one same mogą spełnić, i przekazywać je społecznościom większym i wyższym”. Wtedy po raz pierwszy użyty został termin zasada pomocniczości, choć sama idea pomocniczości znana była już w starożytności, można ją odnaleźć u Arystotelesa, gdy opisuje społeczeństwo i zadania określone dla każdej grupy społecznej.
Jan Paweł II powtarza zasadę pomocniczości m.in. w „Centessimus annus”, wspomina ją także Katechizm Kościoła Katolickkiego, pp. 1883–1885. Żeby nie ograniczać się do przykładów dokumentów kościelnych — na tę zasadę powołuje się również Traktat z Maastricht czy późniejszy z Amsterdamu, jest ona doceniana w kręgach związanych z administracją państwową. Niektórzy mówią o renesansie zasady, wskazując przy tym powody jej popularności: procesy integracyjne Europy, kryzys koncepcji państwa opiekuńczego, upadek systemów totalitarnych.
Zasada pomocniczości w wydaniu Katolickiej Nauki Społecznej domaga się poszanowania dla autonomii, inicjatywy czy kompetencji osoby w stosunku do społeczności, zaś społeczności mniejszej w stosunku do większej, przypomina, że państwo jest dla człowieka a nie człowiek dla państwa, wszystko w społeczeństwie zaczyna się od osoby i skierowane jest na osobę.
W przełożeniu na praktykę chodziłoby np. o to, aby państwo nie zastępowało lokalnych samorządów czy wolnych stowarzyszeń obywateli. Wszelkie instytucje społeczne (państwo też) mają być tylko narzędziami, środkami dla człowieka, dzięki którym może osiągnąć swoje cele. Na tym polega ich pomocniczość. Nie mają wyręczać, a tylko wspierać.
Zasadę pomocniczości wcale nie tak łatwo wprowadzić w życie. Wiele osób przywykło do modelu państwa opiekuńczego, które tworzy ogromny aparat administracji po to, aby zająć się obywatelami. W konsekwencji prowadzi to do jakiejś stagnacji, przyjęcia postawy roszczeniowej. Wbrew pozorom, uzdrowieniem na problemy bezrobocia nie będą większe kwoty zapomóg dla każdego, kto wyciągnie po nie rękę, podobnie, jak lek przeciwbólowy działa na chory ząb tylko objawowo i nie wyleczy zapalenia miazgi.
Z kolei tam, gdzie postawiono na wzięcie sterów przez
„oddolne czynniki” widać wiele zmian na lepsze. Gdy z kilku tysięcy zlikwidowanych w 1999 r. szkół podstawowych odtworzono w nowej postaci sto kilkadziesiąt szkół stowarzyszeniowych, niepublicznych, okazało się, że są one dwukrotne bardziej gospodarne.
Mówi się, że Katolicka Nauka Społeczna jest „systemem zdań otwartych”, to znaczy że nie ma gotowych rozwiązań, odpowiedzi na wszystkie problemy w społeczeństwie. I nie da się podać gotowych recept na likwidację bezrobocia, rozwiązanie problemów z sektorem opieki zdrowotnej, szkolnictwa, problemów wsi i wielu innych, które widać w naszej ojczyźnie.
Ale warto się rozejrzeć i zastanowić, czy wykorzystało się wszystkie możliwości poprawienia swojego otoczenia. Sama jedna nie mam większego wpływu na politykę zagraniczną RPA czy na uprawę yerba–mate w Argentynie, lecz uczestnicząc w zebraniach rady osiedlowej mogę zdecydować naprawdę o wielu rzeczach.
Myśleć globalnie — działać lokalnie. Usłyszałam to hasło kilkanaście lat temu, gdy mój wykładowca od antropologii systemowej cytował swojego mistrza. Spodobało mi się i zapamiętałam. Polecam do zastosowania na co dzień.