Posłuszeństwo

(221 - maj - czerwiec 2018)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Oazowe Pokot

Judyta

Z plemieniem Pokot Ruch Światło-Życie zaczął współpracować dzięki jednemu z oazowiczów. Piotrek Stopa od wielu lat jest członkiem Ruchu, obecnie działa w krakowskiej Diakonii Misyjnej, równocześnie formuje się jako świecki misjonarz Kombonianin. Piotrek, zanim zaczął wyjeżdżać na rekolekcje do Kenii i Tanzanii oraz wyjechał tam na wielomiesięczny wolontariat oazowy, był na doświadczeniu misyjnym w Kenii, między innymi w plemieniu Pokot. 

Komboniańska misja, w której był Piotrek oraz z której przyjeżdżają do nas uczestnicy na oazy, znajduje się w mieście Amakuriat w Kenii, oddalonym o 600 km od Nairobi. Ostatnie 200 km to trudna do przejechania górzysta droga, pomiędzy skałami, wzniesieniami i dołami. Rzeki, które wypełniają się wodą tylko podczas pory deszczowej sprawiają dodatkowe trudności w poruszaniu się po tych drogach. W te rejony można się wybrać tylko dobrym samochodem terenowym. Cała parafia ma ok. 100 km długości i 30 km szerokości wzdłuż granicy z Ugandą. Dostanie się do niektórych kaplic to przebycie dobrych dwóch godzin samochodem po drodze, która rzuca na wszystkie strony, do innych zaś trzeba się wspinać na wysokość 2 700 m. Oprócz prowadzenia pracy pastoralnej misjonarze kombonianie zaangażowani są tu w szkolnictwo, budowanie szkół i internatów, przygotowanie nauczycieli, formowanie katechistów. Obecnie za misję odpowiedzialny jest Maciek, który bardzo pomaga również oazowiczom, chętnie nas przyjmuje do siebie, pozwala doświadczyć misji, ich radości i trudu oraz współdziała w przygotowaniu uczestników do rekolekcji wakacyjnych. Mobilizuje ich, daje pracę, żeby zarobili na transport, rozmawia z nimi, formuje duchowo.

Już w 2015 roku kilkoro uczestników z plemienia Pokot przyjechało na rekolekcje w region Meru. Dla wielu z nich był to pierwszy taki wyjazd, pracowali na niego pomagając w parafii, właśnie dzięki pomocy Maćka. On wybrał tych najbardziej zaangażowanych. Jechali bardzo długo, ponad 30 godzin, baliśmy się nawet o to, czy dojadą. Poradzili sobie. Przyjechali radośni, pełni zachwytu nad nową rzeczywistością. Już krajobraz zapierał dech w piersiach, z suchego Pokot, w którym ciężko o cokolwiek do zjedzenia, gdzie klimat jest niesamowicie trudny, wody brak, przyjechali na równik, do krainy bananowców i innych owoców, wszystkiego było w bród, woda lała się z kranu. Ich wymiana spostrzeżeń, świadectwo wiary było niezwykłe, budujące, piękne! Dodali kolorytu tym rekolekcjom śpiewając pieśni w swoim języku - Pokot, podskakując przy tym w górę, jak Masajowie. Plemię to bowiem jest podobne w swoich niektórych zachowaniach do znanego wszystkim plemienia Masajów, skaczą równie wysoko, mają dużo krów, wielbłądów. Plemię pasterskie. W kolejnych latach również przyjeżdżali. Zawsze było ich 5 – 8 osób. Mocna grupa, piękne świadectwo. 

Byłam animatorką kilkorga z nich. Pokochałam ich, choć czasem tak trudno było mi zrozumieć, jaki świat opisują. Jak mówili o swoich trudnych doświadczeniach. Pamiętam jedno spotkanie, poprosiłam, żeby każdy podzielił się tym, jak Jezus działa w jego życiu, kiedy z Nim rozmawiają, żeby przywołali choć jedną sytuację z ostatniego czasu, kiedy modlitwa bardzo im pomogła. Myślałam, że będą opowiadać o tym, jak Jezus pomógł im zdać egzaminy, czy zdobyć pieniądze na szkołę, studia. Jednak pomyliłam się. Jedna z dziewczynek z Pokot zaczęła opowiadać swoją historię o tym, że modlitwa najbardziej jej pomogła wtedy, jak nosiła tacie jedzenie do buszu. Uciekł, bo zabił sąsiada, przy tym była bita przez drugą żonę swojego ojca, która wyrzuciła jej mamę, pierwszą żonę, z domu (w Pokot obowiązuje wielożeństwo, niestety mimo tego, że są to w dużej części chrześcijanie, nadal panuje ta tradycja). I opowiadała, jak bardzo się bała, jak cierpiała, ale Jezus pomagał jej pokonać strach i wybaczyć. Innego razu pytałam każdego z uczestników, czy widzą owoce po roku od pierwszych rekolekcji. Rozmawiałam z chłopakiem z Pokot, powiedział, że nazywają go księdzem, jest katechistą i tłumaczy teraz w wioskach Pismo Święte, odprawia nabożeństwa, daje świadectwa. Bardzo mnie to zbudowało i ukazało, jak wielki sens mają rekolekcje oazowe w Kenii i Tanzanii.

Do samego Pokot dotarłam dopiero w grudniu 2018 roku. Słońce, czerwona ziemia, brak wody, wyboiste drogi. Oczywiście zachwyciło mnie to wszystko, jechałam duży kawałek na pace ciężarówki, zrobiłam sobie okno na świat z tyłu i patrzyłam na tych małych i starych pastuszków, na stada wielbłądów, nieznaną mi wcześniej roślinność, a wszystko w tumanach czerwonego kurzu. To był najbardziej dziki, ale również, za sprawą misjonarza Maćka, najbardziej zorganizowany etap mojego wyjazdu, w którym przez miesiąc spotykałam wspólnoty kenijskie i tanzańskie próbując ustalić, co robimy dalej z afrykańskim Ruchem Światło-Życie. Ostatnie pięć dni spędziłam właśnie w Pokot, głównie na pace ciężarówki, gdzie w kilka osób staliśmy, śpiewaliśmy, jadąc na kolejną z misji. Odwiedzaliśmy po dwie kaplice dziennie – jedną w dzień, jedną w nocy. W dzień była to głównie Msza św., radosna, przy dźwięku bębnów, roztańczona, pełna radosnych uśmiechów małych dzieciaczków, których nigdzie nie brakowało, a potem dawaliśmy świadectwo, tłumaczyliśmy ewangelię, my – uczestnicy oazowych rekolekcji z poprzednich lat i Muzungu (biali). Nie rozumiałam, co mówili nasi uczestnicy, ale widziałam z jaką pasją poruszali się w tematach Biblii, jak radosna była reakcja ludzi, którzy ich słuchali. Potem długie pożegnania i jechaliśmy dalej, na nocne spotkanie, z przerwą na obiad w najpiękniejszej scenerii świata, bez jakiejkolwiek cywilizacji. 

Wieczorem było również spotkanie, Msza bądź nabożeństwo, spowiedź i… film. Tak, w Pokot misjonarz Maciek jeździ po swoich kaplicach z filmami. Generator prądu, ogromne prześcieradło, rzutnik i w środku buszu powstaje kino. Schodzi się wtedy cała wioska, wszyscy, siedzą, czekają godzinami, śpiewają, a potem nocą oglądają filmy, mali i starzy wszyscy razem, idą z daleka, koniec to pierwsza, druga w nocy. Filmy są po angielsku i katechiści tłumaczą je na Pokot, symultanicznie. A jedyny film w ich ojczystym języku, to film Jezus, przetłumaczyli go protestanci. Ten film oglądał już chyba każdy w Pokot. Filmy są oczywiście wartościowe, religijne, najlepiej te stare, bo nowe często są niezrozumiałe, przez retrospekcję, nowoczesne techniki. Siedzieliśmy przy filmach, śmialiśmy się wspólnie oglądając Fatimę, czułam się wtedy z nimi tak blisko, choć w większości razy zasypiałam ze zmęczenia. 

Jest jeszcze jedna rzecz o której warto wspomnieć. Różańce, kolorowe, piękne. Różańce robione przez kobiety. Jak w wielu afrykańskich plemionach, tak w Pokot dom utrzymują kobiety. To one pracują. Jak wiadomo, o pracę trudno, nawet tę ciężką i mało płatną. Mają koraliki, takie jak Masajowie, tworzą z nich równie bajeczne cuda, ale do Pokot nie docierają turyści, nie ma komu tego sprzedać. Maciek wymyślił więc różańce, powiedział kobietom, żeby je robiły, on je od nich kupuje i tak zarabiają na życie. Całkowity koszt z tych różańców idzie bezpośrednio do tych kobiet. Za duży dostają ok. 9 PLN, za mały 3 PLN. Piękna to inicjatywa, a my też możemy je kupować: (http://kombonianie.pl/artykuly/1/0/316-rozaniec-z-kenii – tu więcej o akcji). Pieniądze zbierane też są na katechistów, studentów. Widziałam, jak Maciek celnie rozdysponowuje środki w tej wspólnocie. Jeśli ktoś ma ochotę pomagać dobrze tam, gdzie na prawdę to jest konieczne, to jest to miejsce. Pokot.