Dojrzałość w Chrystusie

(232 - lipiec - sierpień 2020)

Obecność

Jan Halbersztat

Czy naprawdę po to, by spotykać się regularnie z Tym, którego kocham, muszę mieć taki obowiązek?!

Czekam oczywiście z utęsknieniem, aż ten trudny czas się skończy – ale jako chrześcijanin wierzę, że nic nie dzieje się przypadkiem, a skoro Bóg dopuścił taką sytuację, to z niej także można jakieś dobro wyciągnąć. Choćby – na najprostszym poziomie – wykorzystać ją jako okazję do zastanowienia się nad tym, co być może jest dla nas tak oczywiste, że czasami przestajemy się nad tym zastanawiać. A to błąd, bo – jak powiedział mi kiedyś pewien mądry człowiek – kiedy przestajemy myśleć, oddalamy się od naszego Pana…

Trzy myśli krążą mi po głowie od początku tej sytuacji.

*

Pierwsza myśl dotyczy tego, jak to właściwie jest z tym „obowiązkiem” uczestnictwa w niedzielnej Mszy. Z jednej strony – można powiedzieć, że sprawa jest jasna: jest trzecie przykazanie Dekalogu, nakazujące „świętowanie” dnia świętego, jest też cała Tradycja Kościoła, dość jednoznacznie pokazująca, w jaki sposób to świętowanie powinno wyglądać – i wskazująca, że jego podstawowym, centralnym punktem jest uczestnictwo w Eucharystii. Dlatego też kiedy w Polsce pojawił się koronawirus, a sytuacja zaczęła wyglądać poważnie, Episkopat wydał oficjalne oświadczenie o zwolnieniu katolików z obowiązku fizycznego uczestnictwa w Mszy świętej niedzielnej. Co ciekawe, ten aspekt – aspekt dyspensy, zwolnienia z obowiązku – podkreślały wszystkie media, także katolickie.

Z drugiej jednak strony – gdyby się przez chwilę zastanowić nad tym, co to jest Eucharystia, na czym polega, co się dzieje na ołtarzu i jaki jest tego sens, to można by dojść do wniosku, że samo mówienie – i przypominanie – o „obowiązku” jest jakimś kosmicznym nieporozumieniem.

Jestem chrześcijaninem, czyli „chrystusowym”, tym, który „należy do Chrystusa”, jego uczniem. „Kim jest dla Ciebie Jezus Chrystus?” – to pytanie towarzyszy nam od pierwszych dni formacji w Ruchu Światło-Życie. I odpowiadamy na nie wraz z Piotrem: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga Żywego”. Mój Pan i Zbawiciel. Ten, którego mam miłować „całą duszą, całym sercem, całym umysłem, całym życiem”. Kiedy przychodzę na Eucharystię, jednoczę się z Nim najbardziej, jak to (w życiu doczesnym) możliwe. Uczestniczę – faktycznie, namacalnie, „na żywo”! – w Jego Passze, w Jego śmierci i zmartwychwstaniu.

Czy naprawdę po to, by spotykać się regularnie z Tym, którego kocham, muszę mieć taki obowiązek?! Czy zakochani spotykają się ze sobą – chodzą na randki, spędzają razem czas – z obowiązku? Czy małżonkowie rozmawiają ze sobą, żyją razem, trzymają się za ręce czy spotykają w małżeńskiej sypialni, bo takie mają obowiązki? Nie na tym to chyba polega, prawda?…

Jasne, są sytuacje, kiedy nawet najbardziej zakochani o coś się poróżnią, kiedy małżonkowie są chwilowo sobą „zmęczeni” i potrzebują chwili samotności… Ale jeśli w takiej chwili – w chwili największego nawet naburmuszenia – widzę, że osoba, która kocham, potrzebuje mnie, to się z nią spotykam, to wyciągam rękę, to fakt, że akurat „mi się nie chce” nie decyduje o moich wyborach. Spotykam się nie dlatego, że mam taki obowiązek – ale dlatego, że kocham. Po prostu. (Swoją drogą: jeśli w związku z drugim człowiekiem, zwłaszcza w małżeństwie, czujemy, że jesteśmy z tą drugą osobą wyłącznie z obowiązku, to może być znak, że potrzebujemy terapii małżeńskiej – albo przynajmniej jest pilna potrzeba zorganizowania Dialogu Małżeńskiego…).

A nawet kiedy z jakichś życiowych powodów fizyczne spotkanie z tym, kogo kocham, jest niemożliwe – to (analogicznie) na pewno skorzystam z telefonu, maila, komunikatora, każdej dostępnej metody, aby tę drugą osobą zobaczyć, porozmawiać, pobyć z nią, jednocześnie z tęsknotą czekając na spotkanie „w realu”.

Kiedy dawno temu wędrowaliśmy po Szkocji, dojechaliśmy do Inverness – miasta leżącego na wschodnim wybrzeżu, nad ujściem rzeki Ness do zatoki Moray Firth – i zamierzaliśmy spędzić tam jedną noc na kempingu, a następnego dnia ruszyć na zachód, wzdłuż Loch Ness i dalej, aby dotrzeć na wyspę Skye na zachodnim wybrzeżu. Jedyny problem polegał na tym, że aby dotrzeć tam, gdzie chcieliśmy, musieliśmy wyruszyć dość wcześnie, a następnego dnia była niedziela. Niedzielna msza w Inverness miała być dopiero po południu, więc w sobotnie popołudnie poszliśmy do kościoła, zapytać, gdzie na naszej planowanej trasie znajdziemy jutro katolicki kościół czy kaplicę (co w tych okolicach nie jest tak łatwe, jak u nas). Uprzejma siostra zakrystianka dała nam specjalną mapkę ze spisem kaplic i godzin mszy niedzielnych w całej północnej Szkocji, ale powiedziała też, że możemy przyjść na mszę w sobotę wieczorem. „Obowiązek uczestnictwa w niedzielnej mszy będziecie mieli spełniony” – powiedziała. Popatrzyliśmy po sobie i odpowiedzieliśmy, że jasne, chętnie przyjdziemy na wieczorną mszę, ale jutro i tak chcemy gdzieś w drodze trafić na Eucharystię, bo przecież nie chodzi o „zaliczenie obowiązku”, tylko o spotkanie z Chrystusem. Do dziś pamiętam uśmiech siostry zakrystianki na te słowa – widać było, że myśli podobnie…

 

To tylko fragment artykułu, całość w drukowanym Wieczerniku.