Radość Ewangelii

(200 - czerwiec - sierpień 2014)

z cyklu "Wieczernik dla Ciebie"

Od uczucia do decyzji

z bloga

Zawsze zastanawiałam się, jak to się dzieje, że człowiek nagle rozpoznaje – to miłość! Kiedy jest ten moment graniczny między zakochaniem, a miłością? A może to wcale nie dzieje się nagle…? I może w ogóle zakochanie nie musi się kończyć, by móc mówić, że zaczęła się miłość…? 

Na własny użytek już parę dobrych lat temu stworzyłam taką swoją małą „skalę” rozwoju relacji:

1. zauroczenie,

2. zakochanie,

3. miłość.

Karol został o niej dosyć wcześnie poinformowany i nawet mi przytaknął. Wyjaśniłam Mu, że tak to postrzegam, żeby uniknąć nieporozumień. Bałam się, że mi wyskoczy po tygodniu czy dwóch z jakimś wyznaniem, które owszem – może i mogłoby być świadectwem zakochania, ale raczej nie miłości. Nie po tak krótkim czasie. Sama siebie też bacznie obserwowałam. Zauroczona byłam już na drugiej randce. Karol czekający na mnie z piękną czerwoną różą, pachnący, z delikatnym zarostem, romantyczna komedia, podczas której nieśmiało złapał mnie za rękę… Nogi się pode mną uginały (i dziękowałam Bogu, że jednak nie włożyłam butów na obcasie, jak wcześniej planowałam!), motyle w brzuchu i te sprawy… Później z biegiem dni coraz bardziej sobie uświadamiałam, że coś się między nami zaczyna dziać. Że to chyba nie tylko zauroczenie (zwykle mijało po paru dniach, no maksymalnie do dwóch tygodni), że nie tylko mi się podoba, ale też lubię spędzać z Nim czas, nigdy się razem nie nudzimy, zawsze mamy o czym pogadać, wiele rzeczy nas łączy… Chyba jestem zakochana…! 

Daleka jednak byłam od pochopnych wyznań. Nigdy wcześniej nikomu nie powiedziałam „kocham Cię”. Dla mnie taka deklaracja była prawie równoznaczna z postanowieniem, że będziemy razem już na zawsze. Bo miłość to poważna sprawa, na całe życie, na wieczność! Powoli zaczynałam w Nim dostrzegać także wady, zaczęłam w zwykłych codziennych spotkaniach zauważać rzeczy, które mi się nie podobają i wręcz denerwują. W międzyczasie powywlekaliśmy sobie niektóre swoje tajemnice i rodzinne sekrety. Już nie było tak bardzo różowo i słodko. A mimo to coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że to tylko zwykłe trudności, jakie miewa każdy, a ja i tak nie wyobrażam już sobie życia bez Niego…

Pamiętam doskonale moment, w którym uświadomiłam sobie, że przeskoczyliśmy z zakochania na wyższy level. Towarzyszyły temu moje przejścia „lokalowe” i ostateczna decyzja o przeprowadzce. Decyzja, na którą nie zdobyłabym się, gdyby nie On. To dzięki Jego obecności i wsparciu znalazłam w sobie tyle siły i odwagi, by odciąć się od tego, co mi ciążyło i zacząć żyć po swojemu, w wolności. Karol bardzo mi wtedy pomógł – od wsparcia duchowego po praktyczną pomoc przy przeprowadzce. Poczułam, że mogę na Niego liczyć i sama też chciałam być dla Niego podporą. Chciałam dla Niego tego, co najlepsze i czułam, że On tak samo zadba o mnie. Jak to Karol wczoraj ładnie napisał: wyrazem miłości jest zaufanie, że mogę się tego samego spodziewać od Ciebie. Zrodziło się we mnie takie właśnie zaufanie.

Dokładnie w momencie, gdy byłam już pewna, że kocham i gotowa tę miłość przyjąć – On któregoś dnia wyznał: kocham Cię…, na które mogłam odpowiedzieć tak samo z pełną świadomością i odpowiedzialnością. Wystarczyło nam na to około 2 miesięcy. Z pewnymi obawami, pełni niepewności, co dalej, wkroczyliśmy na drogę miłości, która nie jest już tylko uczuciem. Jest decyzją, wolą, postawą, zobowiązaniem…

Teraz mieliśmy okazję przypomnieć sobie to wszystko, spojrzeć z perspektywy czasu i porozmawiać w kontekście przysięgi małżeńskiej, w której przyrzekniemy sobie miłość do końca życia. Co to właściwie znaczy? W jaki sposób będziemy tę obietnicę miłości realizować? Jakie to niesie ze sobą konsekwencje? Mieliśmy też ciekawe ćwiczenie. Z fragmentu Hymnu o miłości każde z nas miało wybrać jedno zdanie, które jest dla nas szczególnie ważne i rozwinąć, jak je rozumiemy. Piszę dla nas, bo, jak można było się spodziewać, wybraliśmy dokładnie to samo zdanie, chociaż wcześniej tego nie konsultowaliśmy, ani nigdy dotąd chyba o tym nie rozmawialiśmy („Odgapiasz ode mnie! Mogłaś wymyślić coś swojego!” – bardzo często nam się tak zdarza :) ): Miłość nigdy nie ustaje. I żeby było śmieszniej, wyjaśniliśmy to prawie w ten sam sposób, używając argumentu, że Miłość jest wieczna tak jak Bóg, bo od Niego pochodzi i to On sam jest Miłością… Niby już się przyzwyczaiłam, że często myślimy i mówimy tak samo, a jednak wciąż mnie to zadziwia… :) 

Nasza miłość zrodziła się ze świadomej, obustronnej decyzji, ale mamy świadomość, że jeszcze w pewnym stopniu trwamy w stanie zakochania. Naukowcy mówią, że ta chemia może utrzymywać się do dwóch, a nawet trzech lat. Gdy byliśmy na rekolekcjach dla par, prowadzący przekonywał, że dobrze jest podjąć decyzję o ślubie właśnie w tym okresie, kiedy jeszcze utrzymuje się zakochanie, ale już możliwa jest świadoma decyzja: „kochamy się i chcemy być razem na dobre i na złe”. Wstrzeliliśmy się idealnie, teraz zbliżamy się do pierwszej granicy (2 lat), po której zostaną już tylko śladowe ilości chemii. A później… zacznie się prawdziwa jazda bez trzymanki! :D