Praca

(217 -wrzesień -październik2017)

z cyklu "Szkoła modlitwy"

Odkryć Tatę

Magdalena Trybus

Tata (Youcat 511-512)

 

Jaki jest tekst modlitwy „Ojcze nasz”?

Ojcze nasz, któryś jest w niebie....

 

Ojcze nasz jest jedyną modlitwą, której Jezus sam nauczył swoich uczniów (Mt 6,9-13; Łk 11,2-4). Z tego względu Ojcze nasz nazywa się również Modlitwą Pańską. Chrześcijanie wszystkich wyznań modlą się nią codziennie, zarówno podczas liturgii, jak też prywatnie. Dodatek „Bo Twoje jest królestwo i potęga i chwała na wieki” wzmiankowany jest już w Nauce Dwunastu Apostołów (Didache, ok.150 r. po Chr.) i może być dołączany do Ojcze nasz.

 

Jak powstała modlitwa Ojcze nasz?

Modlitwa Ojcze nasz powstała na prośbę ucznia Jezusa.

 

Święta Teresa z Avila, jedna z największych mistrzyń modlitwy kontemplacyjnej, poproszona przez swoje współsiostry o nakreślenie dla nich jakichś wskazówek o modlitwie, napisała traktat, będący komentarzem do modlitwy Ojcze nasz i zatytułowała go „Droga doskonałości”. Wydawałoby się, że nie ma w tym nic szczególnego. Wielu świętych i nie tylko świętych, zabierało się do komentowania tej modlitwy. Jednak tytuł i treść owego dziełka (zachęcam do lektury tej perły klasyki literatury mistycznej) wskazuje na pewien ważny, jeśli nie najważniejszy aspekt związany z Modlitwą Pańską, który mocno umyka ze świadomości w codziennym jej odmawianiu. Otóż tytuł wskazuje, że każda modlitwa, ale przede wszystkim Ojcze nasz jest pewną drogą, rzeczywistością dynamiczną, skierowaną na rozwój i mającą swój cel w osiągnięciu doskonałości. To nie tylko formuła, którą zwracamy się do Boga, ale rzeczywistość, do której jesteśmy zaproszeni w sposób aktywny. Być może zaskakuje takie podejście do tak dobrze znanej nam modlitwy i zastanawia o jakiej drodze (dynamice, aktywności) i doskonałości tu mowa. Zatem przyjrzyjmy się temu.

Rozpocznijmy od umiejscowienia modlitwy Ojcze nasz w tekście biblijnym. W Ewangelii według św. Mateusza znajdziemy ją w centrum Kazania na Górze (Mt 5,1-7,28), u św. Łukasza natomiast bezpośrednio po scenie modlitwy Jezusa (Łk 11,1-4), którą widzieli Jego uczniowie i sami zapragnęli tak modlić się jak On. 

Pierwsze miejsce pokazuje nam, do czego modlitwa Ojcze nasz ma nas prowadzić, o jaką doskonałość chodzi; drugie – w jaki sposób to osiągnąć. 

Przypomnę tylko niektóre tematy poruszane w Kazaniu na Górze: 8 błogosławieństw, uczeń Jezusa solą i światłem świata, poszerzona interpretacja Dziesięciu Przykazań, miłość nieprzyjaciół, brak troski o swój byt, wchodzenie przez ciasną bramę do Królestwa, itd. Dla przeciętnego chrześcijanina zasadniczo taka doskonałość jest nieosiągalna, nawet przy największym napinaniu muskułów duchowych. Zraniona ludzka natura wcześniej czy później pęknie. Klucz do tego, jak można w taki sposób żyć, znajdziemy w tekście Łukaszowym, patrząc na Jezusa. Widzimy Go modlącego się. Ta modlitwa musiała być tak fascynująca, że jeden z uczniów, którzy Go widzieli, poprosił: „naucz nas modlić się”. 

Zarówno Mateusz jak i Łukasz wkładają w usta Jezusa jako pierwsze słowo: Ojcze, Abba, Tato. To jedno słowo „Tata” stanowi sedno całego życia chrześcijanina. Właściwie można zaryzykować stwierdzenie, że o życiu chrześcijańskim możemy mówić dopiero wtedy, gdy odkryjemy w Bogu prawdziwego Tatę. Intuicyjnie wszyscy szukamy w życiu (nie tylko duchowym) właśnie Ojca, Taty, Tego, od którego mamy byt, początek, zakorzenienie, źródło tożsamości, sensu, celu i odwagi życia, a także w którym mamy bezpieczeństwo oraz zaspokojenie wszelkiej potrzeby. Św. Filip prosząc Jezusa ukazuje to bardzo jasno: „Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy” (J 14,8). Na chrzcie św. otrzymujemy Ducha Świętego, który wprawdzie czyni z nas dzieci jedynego Ojca, kochającego Taty, jednak mimo to potrzebujemy do tej wewnętrznej postawy stopniowo dojrzewać (Ga 3,26-27; Ga 4,6-7). Zatem trzeba nam tu na ziemi, z pomocą łaski, nieustannie próbować stawać się i pozostawać dziećmi Niebieskiego Taty. Niestety, lubimy być bardzo dorośli i latami bijemy się o niezależność, zabezpieczenia (finansowe, emocjonalne, moralne czy nawet religijne), o to co nam się należy i o to kim to nie jesteśmy. 

Jezus pozostawiając nam modlitwę Ojcze nasz chce nam pokazać do czego jesteśmy zaproszeni na drodze wiary – do bycia dzieckiem Taty, do odzyskania tego pierwotnego zamysłu, jaki miał względem każdego z nas Bóg, kiedy nas stworzył, powołał do istnienia. Przez modlitwę Ojcze nasz Jezus chce nas nauczyć stawania się dziećmi Taty, co oznacza: wchodzenie w zależność, bezgraniczne zaufanie do Tego, który chce zatroszczyć się o mnie i pozwalanie Bogu na to by mnie kochał. Droga dziecięctwa Bożego to po prostu droga uczenie się bycia zależnym i nieustannie obdarowywanym. 

Doskonałość, czy bardziej współczesnym językiem mówiąc dojrzałość, do której prowadzi droga modlitwy Ojcze nasz oznacza więc być dzieckiem i nie chodzi tu o żadną infantylność. 

Jak zatem wejść na tę drogę stawania się dzieckiem? Wiemy już, że Duch Święty gra tu swoją główną rolę. Jednak i my nie pozostajemy biernymi odbiorcami Jego łaski. Pierwszy krok to przyjęcie Jezusa. Znamy i praktykujemy akt przyjęcia Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Często rozumiemy go jako poddanie wszystkich sfer swojego życia pod panowanie Jezusa i przyjęcie daru zbawienia jaki nam ofiaruje poprzez swoją śmierć i zmartwychwstanie. Myślę jednak, że o coś znacznie głębszego i subtelniejszego w tej decyzji chodzi. Kiedy przyjrzymy się Prologowi Ewangelii św. Jana zobaczymy, że przyjęcie Słowa i to Wcielonego czyni nas dziećmi Bożymi: „Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi” (J 1,12). Dość mocno osłuchaliśmy się z tym tekstem biblijnym i wydaje mi się, że umyka nam tu bardzo ważny aspekt przyjęcia Jezusa-Słowa Wcielonego (czy dosłowniej: które stało się Człowiekiem) – mianowicie słabość, kruchość Jezusa. Jezus, który nie korzysta z przywilejów jakie przysługują Bogu (Flp 2,6nn), Jezus-Bóg, który całym swoim ziemskim życiem staje się Sługą-Niewolnikiem człowieka, nie broni się przed niesprawiedliwym wyrokiem śmierci, w wolności i posłuszeństwie przyjmuje śmierć na krzyżu. Taki Jezus objawia niesamowitą słabość Boga – warto nad tym pomedytować. 

Jako ludzie mamy niesłychany kłopot z przyjęciem TAKIEGO Boga – chcemy doświadczać, widzieć i pochwalić się Bogiem mocnym. Jednak moc Jezusa ma źródło nie w czym innym, tylko właśnie w tej słabości. Dlaczego? To słabość Syna-Jezusa uruchamia Ojca by działał w imieniu swojego Dziecka. Wielu z nas zna to z realiów życia rodzinnego. Widzimy to działanie Ojca jako wielkie dzieła Boże: uzdrowienia, wskrzeszenia, cuda ponad naturą, aż po zmartwychwstanie Jezusa. A jak to jest z nami? Przyjęcie słabego Jezusa jest początkiem prawdziwej więzi miłości agape. Bóg Jezus jako człowiek stający przed nami w głębi swojej słabości otwiera nas na to Jemu ofiarować swoją słabość i grzech. Wzajemne ofiarowanie siebie w słabości inicjuje więź komunii między nami a Jezusem. Ona umiejscawia nas w Nim, a Jego w nas. Nabieramy wówczas Jego ducha, tzn. Jego sposobu myślenia, reagowania, działania, Jego pragnień, uczuć, wewnętrznej postawy posłuszeństwa i zaufania Ojcu. Jak Jezus w słabości oddaje się całkowicie swojemu Ojcu jako Syn, tak w Nim my również możemy oddać się jako synowie i córki Taty – synowie w Synu. A czyż wtedy za tak słabymi dziećmi nie ujmie się potężny Tata?

Wyruszajmy zatem w drogę po doskonałość dziecka Boga z modlitwą Ojcze nasz.