Jan Paweł II

(0 - maj - czerwiec 2005)

Ojciec świętych

Jan Halbersztat

Coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że Jan Paweł II naprawdę - poza wszystkim innym - uczył mnie mojego ojcostwa

Mówi się „Ojciec Święty” - zwyczajowo, grzecznościowo, bo przecież w żad­nych oficjalnych dokumentach Kościoła papież nie jest tak nazywany. Mało tego - wielu niekatolików ma do nas trochę pretensji o to, że używamy w stosunku do papieża określenia, którym w liturgii nazywa się samego Bo­ga.

Jednak za pontyfikatu Jana Pawła II ten zwyczajowy zwrot - zwłaszcza dla nas, Pola­ków, ale także dla wielu młodych ludzi na całym świecie - stał się niezwykle celnym opi­sem tego, jak traktowaliśmy naszego Papieża. On rzeczywiście był „ojcem świętych” - czyli wszystkich wierzących w Chrystusa (bo podobno takie jest rzeczywiste pochodzenie tego tytułu).

Miałem osiem lat. Wracałem z mamą od mojej ciotki, która mieszkała wówczas pół godziny spacerkiem od nas. Był póź­ny wieczór, było ciemno. Kiedy szliśmy już przez nasze osiedle, między blokami, nagle ze wszyst­kich mieszkań zaczęły dobiegać ja­kieś krzyki. „Aaaaaaaa”, „Taaaaak”, „Huraaaa” - głośne, natar­czywe jakieś. Słyszalne, mimo zamkniętych okien.

- Mamo, co się stało?

- Nie wiem - wzruszyła ramionami moja mama. - Pewnie jakiś mecz ludzie oglądają i ktoś strzelił gola.

...Ale to nie była pora na mecz. To była pora na ostatni Dzien­nik Telewizyjny. I był 16 października 1978 r.

Pokolenie Jana Pawła II” - tak nas nazywają na świecie. Pokole­nie ludzi, którzy za Jego pontyfikatu przeżyli całe (czy prawie całe) swoje ży­cie. Kiedy Karol Wojtyła został papie­żem miałem osiem lat. Dziś mam wła­sną rodzinę i dwoje dzieci. Od trzech lat sam jestem ojcem. I coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że On naprawdę - po­za wszystkim innym - uczył mnie mojego ojcostwa.

To niesamowite, jak człowiek który sam przecież własnych dzieci nie miał, potrafił dać nam świadectwo ojcostwa. Nie czas tu i nie miejsce na szczegółowe analizy Jego pism i homilii. Wystarczy popatrzeć na Jego życie i posługę.

Ojciec to ktoś, kto przekazuje życie

„Nie lękajcie się”. No, tak naprawdę to nie Papież. To oczywiście słowa samego Chrys­tusa. Ale ja pierwszy raz w życiu - w każdym razie świadomie, skoro pamiętam - usły­szałem je z Jego ust. W czasie mszy inaugurującej pontyfikat. Tak, miałem osiem lat. Niewiele z tego rozumiałem. Nie wiedziałem, o co chodzi. Nie chwytałem, dlaczego wszyscy dorośli są tacy poruszeni (nawet w moim bardzo „niekościelnym” domu). Nic nie rozumiałem. Ale te słowa pamiętam. A jeśli słowa Chrystusa po raz pierwszy usłyszałem od Niego - to chyba znaczy, że jako Pasterz Kościoła przynajmniej wobec mnie wypeł­nił zwoje zadanie?

„Nie lękaj się”. Te słowa, które tyle potem dla mnie znaczyły. Które były tak prawdzi­we.

Różnie się moje życie układało. Bardzo różnie. Miałem się czego w życiu lękać. Na­prawdę. A jednak, choć wielu rzeczy i sytuacji w życiu zwyczajnie, po ludzku się ba­łem - nigdy nie było we mnie paraliżującego lęku, zawsze gdzieś głęboko żyła świado­mość, że „...jeśli Bóg ze mną - któż przeciwko mnie”?

Pochodzę z rodziny w gruncie rzeczy niewierzącej. Mój tata - skądinąd człowiek wspaniały, prawy i szlachetny - jest ateistą. Moja mama - osobą „niepraktykującą”. W podstawówce o moją edukację religijną zatroszczyła się babcia - posyłała mnie na re­li­gię (rodzice nie mieli nic przeciwko temu). Ale to nie pomogło - w piątej klasie prze­sta­łem chodzić na religię, przestałem także „chodzić” do kościoła. Znudziło mi się.

Wróciłem pod koniec siódmej klasy - za sprawą Ruchu Światło-Życie, na który nat­knąłem się „przypadkiem” w mojej parafii. Dziś, dwadzieścia parę lat później, mam głę­boką świadomość, że gdyby nie Ruch, gdyby nie ta wspólnota - nie byłbym dziś w Koś­ciele, a najprawdopodobniej nie byłbym w ogóle chrześcijaninem.

Po odejściu Jana Pawła do Domu Ojca uświadomiłem sobie, że gdyby nie On - być może naszego Ruchu by nie było, a przy­najmniej nie istniałby na taką skalę i z taką mo­cą nie działał w ca­łej Polsce. Początki Ruchu były wszak bardzo trudne - szykany ze strony władz, ale także kłopoty „od wewnątrz” Kościoła, nie­zrozumienie ze strony wielu biskupów i proboszczów... Czy Oj­ciec Franciszek zdołałby (mówiąc czysto po ludzku) osiągnąć to, co osiągnął, gdyby nie wsparcie, opieka i pomoc ze strony kra­kowskiego ordynariusza, kardynała Wojtyły? A potem - jedno­znaczne wyrazy poparcia i zaufania ze strony Papieża Jana Pawła II?

Ojciec to ktoś, kto przekazuje życie swoim dzieciom. Nie tylko „fizycznie” - ale przede wszystkim duchowo. Ktoś, kto uczy żyć i umożliwia życie, stwarza do niego wa­runki, tworzy kształt rodzin­nego domu. Jan Paweł II nasz rodzinny dom - Kościół - ukształtował tak, że moje ży­cie wiary mogło się w nim rozwijać i wzrastać. Chciałbym móc to samo (rzecz prosta na znacznie mniejszą skalę) zapewnić moim dzieciom.

Ojciec to ktoś, kto jest cały dla swoich dzieci

Taka scena - już nie wiem, czy to widziałem w TV na żywo, czy po latach transmisję... Śpiewali Papieżowi „Góralu, czy Ci nie żal”. Za pierwszym razem Papież się wzruszył. Łzy mu z oczu popłynęły. Piękne to było.

Ale skoro się wzruszył - to Mu już nie odpuścili. I śpiewali mu to samo za każdym razem. Kiedy Papież był w okolicach gór, kiedy górale przyjechali do Watykanu, kiedy... zawsze. Ile się można wzruszać? Więc za którymś razem - kiedy bodaj po jakiejś au­diencji generalnej znowu Mu zaśpiewali „Góralu, czy Ci nie żal...” - Papież, który już odchodził od mikrofonu, zrobił takie charakterystyczne „w tył zwrot” (och, jak Jego ochrona tego nie znosiła! Gubili rytm, biedacy...). Zawrócił zatem do mikrofonu. Ci dalej śpiewają „...czy Ci nie żal...” - ale zobaczyli, że wraca, ucichli. A On podszedł do tego mikrofonu i z takim charakterystycznym uśmiechem - trochę ziry­towanym - powie­dział:

- No żal mi, żal... No i co z tego?

...i poszedł.

Może to zabrzmieć śmiesznie, ale to były jedne z najważniej­szych słów Papieża w mo­im życiu. Bo nagle zrozumiałem sens tych słów św. Pawła: „Nikt z nas nie żyje dla sie­bie...” On nie żył dla siebie. Był cały dla Boga - ale i cały dla Kościoła. Czyli dla mnie też. Prze­cież od 16 października 1978 r. On w ogóle nie miał prywatnego życia. Tyle, co na sen i kilka pobytów w szpita­lu. Oddał się całkowi­cie, kompletnie, stuprocentowo. Tak, żal mu było wielu rzeczy - możliwości pochodzenia po górach (bo te kilka razy, kiedy pod czuj­nym okiem ochroniarzy i fotorepor­terów mógł przejść kilka ścieżek, za­pewne tylko pogłębiły tęsk­notę...). Żal Mu było zajęć ze studenta­mi. Żal ukochanego Krako­wa, w którym już do końca życia - co by nie mówić - był goś­ciem. Żal mu było wielu rzeczy - „...i co z tego”. Już nie żył dla siebie. Żył dla nas.

A w ciągu tych trzech dni na początku kwietnia, kiedy umierał niemal na naszych oczach, zrozumiałem ciąg dalszy tych samych słów św. Pawła: „...i nikt nie umiera dla siebie. (...) Czy w życiu bo­wiem, czy w śmierci - należymy do Pana”. Do końca. Nawet ta chwila, która dla większości z nas jest (...będzie...) chwilą ekstremal­nie intymną (bo prze­cież „...każdy umiera w samotności...”) -- w Jego przypadku była absolutnie pub­liczna. Nic nie zostawił dla siebie. Ani cierpienia, ani bólu, ani umierania. I chyba wszys­cy ma­my świadomość, że była to Jego wolna, świadoma decyzja. Arcybi­skup Damian Zi­moń powiedział, że „dzięki dziennikarzom przeżyliśmy niezwykłe rekolek­cje” - ale chy­ba nie mamy wątpliwości, kto był rekolekcjonistą...

Ojciec to ktoś, kto potrafi zrezygnować z samego siebie, ze swoich planów, ze swoich marzeń - zrezygnować dla swoich dzieci. Zrezygnować pięknie, z miłością - bez wy­rzutów, bez wypominania.

Ojciec to ktoś, kto uczy modlitwy

Kiedy papież był ostatni raz w Polsce, w 2002 r., wszystkich uderzyła niesamowita sce­na, jaka rozegrała się w Kalwarii Zebrzydowskiej. Papież uklęknął przed obrazem Matki Bożej i zaczął się modlić. Wszyscy czekali, że zaraz wstanie, coś powie, czekali na jakieś Jego słowa - przecież po to przyjechał, żeby do nas mówić... Czekali ludzie przed tele­wizorami, czekali nie lubiący ciszy dziennikarze telewizyjni i nie znoszący ciszy dziennika­rze radiowi. Czekali tak dobre dwadzieścia minut. I dopiero potem wszyscy zrozumieli, że to także była papieska katecheza. Ktoś z dziennikarzy powiedział potem, że „Papież za­nurzył się w modlitwie”. A jeden z moich znajomych - także dziennikarz zresztą - sko­mentował to:

- To nie tak. Papież nie zanurzył się w modlitwie. On po prostu JEST zanurzony w modlitwie - czasami tylko wynurza się z niej, żeby spotkać się z nami...

Chciałbym być takim świadectwem modlitwy dla moich dzieci. Chciałbym, żeby wi­działy i wiedziały, że ich tata się modli, że to dla niego ważne, że nie ma rzeczy ważniej­szych od Spotkania z Chrystusem.

Ojciec to ktoś, kto pokazuje drogę do Boga

Wielokrotnie spotykałem się z zarzutami - głównie ze strony ludzi niewierzących czy in­nowierców - że my, katolicy, „ubóstwiamy” na­szego Papieża, że traktujemy Go niemal jako czwartą Osobę Trójcy, że kult jednostki i tak dalej... Niezależnie od tego, że sam także uwa­żałem niektóre dzia­łania za przesadę - zawsze mogłem odpowie­dzieć tak sa­mo: czy On kiedykolwiek kierował naszą uwagę na siebie? Nawet wtedy, kiedy z nami żartował, nawet wtedy, kiedy przekomarzał się ze studentami stojąc w oknie na Francisz­kańskiej w Krakowie - zawsze nasze myśli i serca kiero­wał ku Chrys­tusowi. „Otwórzcie drzwi Chrystusowi” wołał w czasie mszy inaugurującej pontyfikat. Chrystusowi - nie papieżowi.

     Czy moje dzieci patrząc na mnie i słuchając tego, co mówię, nie będą miały wątpli­wości, za Kim powinny iść i jaką drogą?

Ojciec to ktoś, kto wymaga

Słynne zdanie Papieża: „Wymagajcie od siebie, nawet, gdyby inni od Was nie wymaga­li”. Jego głos, nagle surowy i do bólu szczery, kiedy w 1991 r. twardo i jednoznacznie interpretował Przykazania, kiedy mówił „Nie wolno!”, kiedy niemal krzyczał, próbując dotrzeć do naszych sumień... Wielu wtedy przestało się Nim zachwycać, wielu nazywało go „konserwatystą”, zarzucało, że „cofa Kościół do średniowiecza” i tak dalej.

A On po prostu mówił to, co musiał. Jasno, bez cienia niedomówień piętnował zło i nieprawość - nigdy przy tym nie raniąc i nie atakując człowieka, nawet największego grzesznika.

Moje dzieci są małe. Kiedy chcą bawić się ostrym nożem - po prostu im go zabie­ram. Ale przecież nie zawsze tak będzie. Czy będę potrafił - jeśli przyjdzie taka koniecz­ność - twardo powiedzieć mojemu synowi „Postępujesz źle! Nie wolno ci tego ro­bić!” - a przy tym nie przestać go całym sercem kochać?

Można by tak wymieniać jeszcze długo. Przyglądać się konkretnym momentom ży­cia i posługi tego Papieża. Papież - „ojciec świętych”, który naprawdę uczył nas, na czym po­lega ojcostwo. A przez to - jak przez wszystko, co robił i mówił - pokazy­wał nam na­szego Prawdziwego Ojca.

Psychologowie religii mówią, że relacje z własnym ojcem bardzo często przekładają się na postrzeganie Boga i relację do Niego. My - „pokolenie Jana Pawła II” - mieliś­my zatem znakomitą okazję do wyrobienia sobie naprawdę dobrych relacji z Bo­giem. Obyśmy byli takimi ojcami dla naszych dzieci, jakim Jan Paweł II był dla nas. To wystar­czy, żebyśmy nie musieli się martwić o ich wiarę i duchowość.