Ewangelizacja bez granic

(166 - lipiec - sierpień 2009)

Ojczyzna w niebie

ks. Zbigniew Paweł Maciejewski

Żyjąc we względnym dobrobycie łatwo zapomnieć o wierzących w Sudanie, Wietnamie czy Chinach

Jestem Polakiem, cenię patriotyzm, martwię się jego brakiem tu i  ówdzie. Nade wszystko jednak jestem chrześcijaninem i mam mocno „wbite” w głowę słowa Biblii: Nasza (…) ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa (Flp 3,20). Pięknie to brzmi w tłumaczeniu Biblii Gdańskiej: Aleć nasza rzeczpospolita jest w niebiesiech.

Jeden z moich kolegów księży (Polak) jest duszpasterzem w Danii i uczy się wietnamskiego, bo najliczniejsza grupa praktykujących katolików w jego parafii mówi tym językiem.

Takie są realia ale nie należy nad tym ubolewać, to powrót do korzeni. Pierwsze Kościoły (może poza jerozolimskim) były mocno pomieszane etnicznie – tak jak pomieszane być mogło Cesarstwo Rzymskie.

Trzeba być na to wrażliwym i w Polsce. Już teraz wśród moich katechizowanych są obcokrajowcy. Czy wypada akcentować wtedy myśl: „Maryjo, królowo Polski?” Będąc kiedyś na Ukrainie, gdzie problemy narodowościowe są nabrzmiałe, słyszałem świetne rozwiązanie w postaci śpiewu apelu w wersji: „Maryjo, królowo NASZA”.

Chrześcijanin jeśli nawet mówi innym językiem, ma inny kolor skóry, pochodzi z innej kultury, jest moim bratem – bo mamy jednego ojca.

A bratem najbardziej kochanym będzie ten, który najwyraźniej objawiać będzie Chrystusa, czyli ten brat, który jest głodny, spragniony, w więzieniu.

Jak łatwo żyjąc we względnym dobrobycie zapomnieć o wierzących w Sudanie, Wietnamie czy Chinach. Jak łatwo martwiąc się własnym „kryzysem” zamknąć swe serce przed bratem biednym i prześladowanym, dla którego dno naszego kryzysu jest szczytem jego marzeń.

Wydarzeniem, które wiele mnie nauczyło, były lata osiemdziesiąte, kiedy to my byliśmy biedni i prześladowani. Jeździłem wtedy na oazy, a karmili mnie moi bracia ze Skandynawii i Europy Zachodniej – często protestanci, którzy nie zamknęli swego serca i portfela dla potrzebujących.

Jeszcze większe znaczenie ma dla mnie inny dar, którego beneficjentem w tamtych czasach się stałem. Oto protestanci w Skandynawii składają się, by wydrukować i przerzucić do Polski 1 400 000 Biblii. Pisał już o tym „Wieczernik”. Chcę to podkreślić – protestanci wydrukowali i podarowali Polakom katolickie tłumaczenie Biblii. Mnie to ogromnie buduje, bo to jest właśnie braterstwo.

Dar jednak zobowiązuje. Dzięki Bogu Polska wygląda inaczej niż 25 lat temu. Nadszedł czas spłacania długów. Nie chodzi jednak o to, by teraz oddać Norwegom i Szwedom otrzymane kiedyś Biblie, albo zwrócić im pieniądze. Wszak dar to był nie pożyczka.

Rzecz w tym, by rozejrzeć się wokół i zobaczyć kto teraz potrzebuje tych Biblii, kto teraz potrzebuje NASZEJ pomocy.

Rozejrzałem się kiedyś i zobaczyłem Chiny. Nietrudno zauważyć – wielki kraj. Wielki kraj, gdzie chrześcijanie dalej są prześladowani a duża część cierpi niewyobrażalną biedę.

 

Zaczęliśmy akcję „Biblia dla Chin” (http://chiny.natan.pl) – chcemy Chinom podarować 1 400 000 Biblii. Do tej pory udało się nam zebrać środki na 2.733 Biblie – trafiły już do Chin. Dużo jeszcze pracy do zrobienia – dołącz. Nie bądź obojętny na los brata w Chinach, nawet jeśli ani słowa nie mówisz po chińsku. Jesteś obywatelem tej samej Rzeczpospolitej.