Misje

(186 - maj - czerwiec 2012)

z cyklu "Na płytach"

Old Ideas

Jan Halbersztat

Siedzę sobie w wolnych chwilach (czyli rzadko...) i słucham nowej płyty Cohena, „Old Ideas”.

Od strony muzycznej płyta jest w pewnym sensie kontynuacją trendu wyraźnie widocznego w poprzednich albumach. Cohen wraca do punktu wyjścia: do prostych, akustycznych brzmień. Tak śpiewał kiedyś: gitara, ewentualnie niewielkie instrumentarium, i GŁOS. Później zrobiło się bogaciej, niemal popowo („Various Positions”, „I'm Your Man”, „The Future”). Kolejne płyty były odwrotem od tej tendencji i stopniowym „wyciszaniem” strony muzycznej. Na „Old Ideas” (nomen omen) niewiele jest perkusji, niewiele elektroniki, słychać gitarę, ale też kapitalny fortepian, przy którym bas Cohena – wyraźnie naznaczony już wiekiem – brzmi tak, że ciarki chodzą po plecach. (Przy okazji: słuchałem ostatnio płyty z koncertu „Live in London”; kiedy Cohen śpiewa słynne „Tower of Song” i dochodzi do słów „I was born like this, I had no choice / I was born with the gift of a golden voice” – cała sala wybucha oklaskami. W jednej chwili, spontanicznie.)

Taka estetyka kapitalnie (i zapewne celowo) podkreśla to, co na tej płycie najważniejsze: tekst. Poezja Cohena zawsze była bardzo osobista – ale ta płyta jest pod tym względem wyjątkowa. Dlaczego?

Im bardziej wsłuchuję się w te teksty, tym bardziej odnoszę wrażenie że ten album jest albumem pożegnalnym. Nie musi to oczywiście znaczyć, że więcej płyt nie będzie - ale wykluczyć się tego nie da: warto pamiętać, że Cohen ma 78 lat…

Głównym tematem tych tekstów jest przemijanie. Nieustanne, powtarzające powracające zanurzanie się w pamięci o życiu które w dużej części jest już przeszłością, powroty do najpiękniejszych chwil które były, dość gorzkie w gruncie rzeczy podsumowania dawnych miłości i różnych „old ideas”...

Trzy piosenki poruszają szczególnie. „Darkness” – ubrana w formę nieco mrocznego bluesa, pełna niejasnego lęku. „Show Me The Place” – pogodnie melancholijna, pełna (mimo wszystko) zaufania do losu (Losu?).

Ale najbardziej wzruszająca jest pierwsza piosenka na płycie, „Going Home”. I love to speak with Leonard... śpiewa Cohen – i nikt chyba nie ma wątpliwości, że śpiewa o sobie. Że to na siebie samego (i współczesnego, i tego sprzed lat...) patrzy z boku, z perspektywy czasu (z perspektywy Boga...), przez pryzmat doświadczenia, przez całą zdobytą mądrość. I że z sobą samym po trosze się żegna:

Going home without my sorrow / Going home sometime tomorrow / Going home to where it’s better than before...

Śpiewa to niezwykle spokojnie – jak zresztą wszystkie teksty na tej płycie – a jednak jest w tym ocean emocji. Oto żegna się z nami (nawet, jeśli nie dosłownie i jeszcze nie w tej chwili) człowiek, który naprawdę kocha życie i naprawdę potrafi (z każdą chwilą bardziej...) docenić jego smak.

Czy człowiek naprawdę uczy się doceniać życie dopiero wtedy, kiedy zbliża się do jego końca?...