Czyńcie uczniów

(159 - lipiec - sierpień 2008)

Oto ja poślij mnie!

rozmowa z ks. Piotrem Główką

Mówimy: Panie Boże, my jesteśmy chętni, gotowi, powiedz gdzie, a my się będziemy martwili jak

Wieczernik: Skąd pomysł, by stworzyć diakonię misyjną w diecezji?

ks. Piotr Główka: Właściwie inspiracją do jej powstania był wyjazd do Zambii animatorki ze wspólnoty na Tarchominie w Warszawie, gdzie wówczas posługiwałem. Gosia chciała wyjechać do Afryki na trzy miesiące, sama zaczęła już organizować ten wyjazd, dużo czytała o misjach. My, jako wspólnota, kibicowaliśmy jej, ale też staraliśmy się pomóc. Między innymi na dniach wspólnoty organizowaliśmy zbiórki, by wspomóc ją finansowo. I rzeczywiście, udało się - Gosia w 2006 roku wyjechała do Zambii. Poprosiłem ją wówczas, żeby założyła blog. Jej wpisy miały pokazywać co robi na Czarnym Lądzie, zachęcać do modlitwy za nią, ale i inspirować innych do myślenia: „Może ja też bym pojechał na misje”. To były zaledwie trzy miesiące i tylko cztery wpisy na blogu, ale są one świadectwem, że nawet wyjazd na tak krótki czas ma sens. Ujmujący jest zwłaszcza ten, w którym Gosia pisze jak zmieniła brudną pościel Martinowi, choremu na AIDS. A następnego dnia w tym samym miejscu zobaczyła kapłana, który przyniósł mu Komunię św. Jak wyznała, pierwszy raz w życiu tak namacalnie doświadczyła obecności Jezusa w drugim człowieku.

Kiedy ona wyjechała do Zambii, zacząłem myśleć o diakonii misyjnej, która dawałaby młodzieży szansę ewangelizowania także poza granicami, pozwalała doświadczyć Kościoła poza Polską i w takim wymiarze służyć. Miałem nadzieję, że Gosia po powrocie zostanie pierwszą animatorką diakonii misyjnej, ale tak się nie stało. Przyszedł natomiast kolejny impuls.

W wakacje zeszłego roku biskup Janusz Kaleta z zachodniego Kazachstanu prosił oazowiczów o wolontariat misyjny w jego diecezji. Na ewangelizację przyjechał z grupą ks. Irek Kopacz z „Drogocennej Perły” - Międzynarodowej Diakonii Ewangelizacji z Carlsbergu. Ale biskup prosił, by na tych rekolekcjach się nie skończyło. Żeby do Atyrau przyjechał ktoś na dłużej, założył i poprowadził wspólnotę. Napisał nawet list do Ruchu Światło-Życie i ja - jako ówczesny moderator diecezjalny - odczytałem go na dniu wspólnoty i na kanwie hasła roku „Idźcie i głoście” zacząłem zachęcać do otwartości serca. Niemalże od razu zgłosiła się Kasia. Była na tyle zdecydowana, że wzięła urlop dziekański, a z drugiego kierunku, który dopiero miała zacząć, zrezygnowała. Wtedy tym mocniej nawoływałem, że skoro jest już jedna chętna, to niech znajdzie się i druga osoba, żeby mogły razem wyjechać. I zgłosiła się Natalia. Ostatecznie Kasia wyjechała w końcu października, a Natalia dołączyła do niej za miesiąc.

Wtedy właściwie powstała diakonia misyjna. Zaczęliśmy się spotykać, kiedy wyjechała Kasia, żeby wspólnie się za nią modlić. Potem ogarnęliśmy modlitwami Natalię i kolejne wyjeżdżające osoby.

W: Jak długo trwa wolontariat misyjny?

ks. P.G.: Kasia i Natalia wyjechały do Kazachstanu na rok. Przyznam, że nie wiedzieliśmy, czy tyle wytrzymają. A że biskup Janusz przekonywał, że powinniśmy zadbać o kontynuację, by kolejne osoby rozwijały rozpoczęte dzieło ewangelizacji, to szukaliśmy następnych wolontariuszy już wcześniej, z myślą, że jakby dziewczyny nie dały rady, to zmienimy je po półrocznym pobycie. Zgłosiły się dwie nowe animatorki. Ponieważ zbliżała się zimowa przerwa międzysemestralna, zaczęły załatwiać urlopy dziekańskie na uczelniach. Tymczasem okazało się, że Kasia i Natalia chcą zostać do końca sierpnia w Kazachstanie. Tyle że Agnieszka i Elwira były już gotowe do wyjazdu. Okazało się więc, że mamy wolontariuszy, a nie mamy gdzie ich wysłać. Wtedy zaczęliśmy szukać miejsca, gdzie mogłyby wyjechać. Zwróciliśmy uwagę na kraje rosyjskojęzyczne, bo dziewczyny mówią po rosyjsku i szkoda by było ten talent zmarnować na przykład w Ameryce Łacińskiej.

     W międzyczasie okazało się, że jest drugie pole, na którym mogłaby rozwinąć działalność diakonia misyjna. Można wyjeżdżać na krótkie rekolekcje do jakiegoś kraju, żeby poprowadzić tam ewangelizację i w ten sposób wesprzeć ludzi, którzy na miejscu pracują z młodzieżą lub z dorosłymi. Ks. Paweł Rossa z archidiecezji warszawskiej, pracujący na Ukrainie, zaprosił nas na rekolekcje adwentowe w Szaróweczce. Do stałych osób z diakonii misyjnej dołączyli inni, w tym dwa małżeństwa z Domowego Kościoła i poprowadziliśmy wspólnie rekolekcje ewangelizacyjne.

Niedaleko Szaróweczki pracuje ks. Jarek Gąsiorek, moderator diecezji kamieniecko-podolskiej Ruchu Światło-Życie. Mieliśmy okazję go poznać. Kiedy powiedział, że potrzebowałby kogoś, kto poprowadziłby u niego w parafii Dzieci Boże, zdecydowaliśmy, że nasze dwie wolontariuszki wyjadą do Gwardiejska na Ukrainę. Dziewczyny wracają w sierpniu, by móc uregulować sprawy związane z nowym rokiem akademickim. 

W ten sposób stanęło przed nami nie lada wyzwanie. Teraz potrzebujemy nie tylko dwóch wolontariuszy do pracy w Kazachstanie, ale jeszcze dwóch na Ukrainę, by kontynuować pracę, którą rozpoczęły dziewczyny. Skoro już Pan Bóg otworzył przed nami to pole działalności, to trzeba na nim pracować.

W: Oprócz tego diakonia wyjeżdża na rekolekcje ewangelizacyjne?

ks. P.G.: Tak. Niedługo potem ks. Irek Kopacz zaprosił młodzież z naszej diakonii do współpracy przy ewangelizacji w Siniłu w Mińsku Białoruskim. W przerwie międzysemestralnej zimowej okazało się, że jest jeszcze zapotrzebowanie, żeby w Landwarowie na Litwie poprowadzić rekolekcje dla Polaków z tej parafii - i dla młodzieży i dla dorosłych. Piękne jest to, że my właściwie nie szukamy kolejnych miejsc. Modlimy się, rozeznajemy. Mówimy: Panie Boże, my jesteśmy chętni, gotowi, powiedz gdzie, a my się będziemy martwili jak.

W: A nie brakuje chętnych do tych krótkich wyjazdów? Ile właściwie osób działa w diakonii misyjnej?

ks. P.G.: Na spotkania regularnie co miesiąc przychodzi około 10 osób. Takim stałym miejscem przygotowania stała się salka oazowa przy parafii MB Nieustającej Pomocy na Saskiej Kępie w Warszawie. Jak w każdej diakonii, w jej pracy uczestniczą osoby po II stopniu. Ale na misje wysyłamy dopiero po KODA i III stopniu. To oczywiście dotyczy wspólnot młodzieżowych. Rodziny wyjeżdżają już po I stopniu Oazy Rodzin.

Trzeba przyznać, że diakonia misyjna stała się domeną młodych. Choć spotkania odbywają się co miesiąc, to jakoś trudno rodzinom zaangażować się w diakonię. Wydawałoby się, że spotkanie raz w miesiącu to nie jest nie wiadomo jakie wyzwanie, mimo to rodzinom trudno je podjąć. I dlatego są trochę z doskoku. Są wprawdzie małżeństwa, które mówią: „Księże, za każdym razem, gdy będzie jakiś wyjazd, jesteśmy gotowi przyjechać, ale na spotkanie nie damy rady”.

Na wyjazdy zgłaszają się w pierwszym rzędzie osoby z diakonii, ale prosimy też o wsparcie innych. Przy okazji rekolekcji poszukujemy zwłaszcza rodzin. Ostatecznie grupa ta ma więc jeszcze spotkanie osobno, na którym konkretnie omawia ewangelizację.

W: Jak wyglądają stałe spotkania diakonii? W jaki sposób przygotowują one do wyjazdów misyjnych?

ks. P.G.: W tej chwili jesteśmy tak naprawdę ciągle na etapie tworzenia diakonii więc formalnie szczegółowo nie przygotowujemy ludzi do wyjazdu.

Jeśli chodzi o comiesięczne spotkania - zaczęliśmy się spotykać, kiedy wyjechała Kasia, żeby się za nią modlić. To jest jedno z bardzo ważnych zadań diakonii. My się modlimy za te dziewczyny i za osoby, które tam na miejscu spotykają. Zachęcamy też wspólnoty do odmawiania co dzień jednego „Zdrowaś Mario...” w intencji każdej z misjonarek.

Potem rozmawiamy o misjach. Najczęściej spotykamy się po prostu z osobami, które na misjach już były. Na pierwsze spotkanie zaprosiliśmy Małgosię, która była w Zambii, na drugie Adama - oazowicza z lat 90., a obecnie zaangażowanego w środowisku misyjnym - żeby opowiedział ogólnie o misjach i o tym jak się do nich przygotowywać. Potem naszym gościem był ks. Dariusz Buras, misjonarz w Kazachstanie, a obecnie ojciec duchowny Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. Było też takie spotkanie, na którym rozmawialiśmy o pracy misyjnej z Kasią i Natalią przez Skype'a. To było ważne i dla nas, i dla nich, że choć są tak daleko, uczestniczą w spotkaniu diakonii misyjnej.

Zamierzałem przeprowadzić bardziej teoretyczne i teologiczne spotkania na temat misji, ale póki co nie ma na to czasu. Dodam - na szczęście. Uważam, że to dobrze, że uczymy się od praktyków, a nie zaznajamiamy z teorią. Jest to o tyle istotne, że Pan Bóg podrzuca nam kolejne zadania i my musimy je podejmować, do tego potrzeba zaś już ukształtować naszą wyobraźnię.

W: A sprawy finansowe nie stanowią problemu?

ks. P.G.: Staramy się szukać sponsorów, choć wyjeżdżający też oczywiście ponoszą częściowo koszty. W chwili obecnej nie ma lada moment żadnych wyjazdów, więc i w kasie pusto. Kiedy będą konkretne plany, będziemy szukać zaplecza finansowego. Odwołujemy się wtedy do wspólnoty diecezjalnej, prosimy o wsparcie na dniach wspólnoty, zwracamy się do moderatora diecezjalnego. Jeszcze przed odejściem z Warszawy abp Sławoj Leszek Głódź zaaprobował wyjazd młodzieży do Hiszpanii, by ewangelizować rówieśników i trochę nas też dosponsorował.

Jeśli idzie o dłuższe pobyty. Np. w przypadku Atyrau pomoc biskupa Janusza to zwrot połowy ceny biletów lotniczych i utrzymanie dziewczyn w Atyrau, my jako diakonia szukaliśmy zaś pieniędzy na ubezpieczenie i dojazd. W tym wszystkim potrzeba też wielkiego zaufania Bogu. Kiedy wyjeżdżała Kasia i Natalia, mogły wziąć do samolotu tylko po 20 kg bagażu, a wiadomo dla kobiety na rok to za mało. Szukaliśmy więc kogoś, kto by dowiózł im potrzebne rzeczy. Zwłaszcza, że one co chwila mają jakieś prośby, a to o materiały, o kasety, chustę Klanzy itd. Kiedyś podczas rozmowy na Skypie z bp. Januszem mówię, że jestem wikariuszem w Sulejówku, na to on odpowiada, że tu jest firma przewozowa, która czasem mu coś dowozi z Warszawy. Poszedłem więc i pytam; panowie bez problemu się zgodzili i kiedy tylko tir jedzie do Kazachstanu, zawsze możemy dorzucić coś dla dziewcząt. I to jest piękne, że właściwie to wszystko już było czekało, my tylko wypełniamy to, co Pan Bóg przygotował.

W: Co dokładnie robią dziewczyny, które wyjechały na Ukrainę i do Kazachstanu?

ks. P.G.: Najprościej chyba powiedzieć, że świadczą życiem i robią to, co jest tam na miejscu potrzebne. W Atyrau Kasia i Natalia gotują, pomagają w prowadzeniu biura parafialnego, prowadzą stronę internetową parafii, animują chór, przygotowują scenki z młodzieżą na święta. Ksiądz biskup zaprosił je tam przede wszystko, by poprowadziły pracę oazową, żeby pracowały jako wolontariuszki z Ruchu Światło-Życie. Co docelowo - jeśli Pan Bóg będzie chciał - ma doprowadzić do powstania tam wspólnoty oazowej.

Już widać owoce pracy dziewczyn. W Atyrau na razie powstała grupa młodzieżowa. Są to bardziej spotkania biblijne niż typowo oazowe, bo tym ludziom trzeba tłumaczyć wszystko od początku, często nie są nawet ochrzczeni. Także język sprawia, że spotkania te są bardzo proste. Ale są i sukcesy. Natalia nie znała rosyjskiego prawie w ogóle, kiedy wyjechała, a ostatnio pochwaliła się, że poprowadziła niemal całe spotkanie po rosyjsku. Na szczęście są też pod ręką siostry i ksiądz misjonarz to kiedy trzeba pomogą z językiem na spotkaniu.

     Mamy blog diakonii (http://www.wpraga.oaza.org.pl/dmis/), więc co jakiś czas pojawiają się nowe wpisy dziewczyn, mamy bieżące wiadomości o ich pracy w Kazachstanie. Umówiłem się z nimi także, że raz w tygodniu będę z nimi rozmawiać na Skypie. Kiedy rozmawiam z nimi, to widzę, że one tam przede wszystkim poznają siebie. Są wyrwane ze swoich środowisk, właściwie wsadzone w małą grupkę ludzi - siostry zakonne, ksiądz biskup i dwóch księży, ciągle z tą samą koleżanką - to dobry czas na poznanie siebie. Jak Natalia wyjeżdżała mówiłem jej: przygotuj się, że za 2 tygodnie o tobie zapomnimy. I coś w tym jest. Jeśli my nie będziemy ciągle przypominać, że ci misjonarze są i czekają na nasza modlitwę, naszą pamięć, to będą się czuć osamotnieni. Choć z drugiej strony trzeba umieć przyjąć ten dar ekonomii Bożej.

Na Ukrainie dziewczyny bardziej poznają, co to znaczy pracować. Student wiadomo, jak nie chce, to może powiedzieć, nie idę na wykłady i już. A one muszą dzień w dzień rano iść do obowiązków, to jest doświadczenie życia dorosłego. No i doświadczają daru kraju, w którym na co dzień żyjemy, w którym kultura przesiąknięta jest wiarą i katolickością, a tam nie. Dla tych ludzi wszystko jest nowe, dziwne, trzeba im tłumaczyć wszystko od podstaw.

W: Ostatnio diakonia misyjna wyjechała z ewangelizacją nie na Wschód, ale na Zachód - do Hiszpanii. To jakiś nowy rozdział w działalności diakonii?

ks. P.G.: Hiszpania... Któraś z dziewcząt z diakonii misyjnej była na Europejskich Spotkaniach Młodych w Szwajcarii. Tam spotkała księdza z Barcelony z Premiá de Mar, który zachwycił się jej opowieściami o młodzieży z Polski, ich wierze, działalności Ruchu Światło-Życie. Kiedy dowiedział się, że istnieje diakonia misyjna i wyjeżdża, by animować rekolekcje poprosił, by przyjechać także do niego. W parafii ma ok. 20 młodych osób i chciał by młodzi z Polski przyjechali do nich na rekolekcje. No i pojechaliśmy. To znaczy diakonia misyjna pojechała razem z innym księdzem, bo ja miałem obowiązki w parafii. Ale dzięki temu i on zapalił się do takiej formy działalności. Dodam tu, że ks. Paweł ma niezwykłe umiejętności językowe. Gdy w styczniu dowiedział się o wyjeździe, zaczął uczyć się hiszpańskiego. Poszło mu na tyle dobrze, że kiedy już na miejscu powiedział niedzielne kazanie po hiszpańsku, to po mszy przyszli tamtejsi parafianie, by je skserował, bo chcą je przemyśleć.

Rekolekcje tam były zupełnie inne. Ciężko było zebrać młodzież na jakąkolwiek działalność religijną. W zasadzie nawet nie były to rekolekcje, bo właściwie spotkania rekolekcyjne były tylko dwa. Z chęcią przychodzili na boisko, na uroczysty obiad, poszli na dyskotekę, ale modlitwa, Msza święta? - to było dla nich niezrozumiałe. Do Hiszpanii nie pojechaliśmy do ludzi niewierzących, nie stanęliśmy na ulicach, by głosić, ale jechaliśmy do parafii. Jednak parafia pod Barceloną była parafią zimną, jeśli chodzi o wiarę. Dla tych młodych Katalończyków było nie do pojęcia, że młodzież z Polski tak mówi o Panu Bogu jak o kimś, żywym, kto jest bardzo blisko, że chcą się codziennie modlić, chodzić na Mszę św. Teraz w listach piszą do polskich oazowiczów, że te spotkanie odmieniło ich. Mamy zresztą nadzieję na kontynuację. Na przełomie maja i czerwca „Drogocenna Perła” organizuje ewangelizacyjny OM w Manrezie w Hiszpanii. Zaprosiliśmy tam Katalończyków. Chcielibyśmy, żeby nasi animatorzy też tam byli, ale zobaczymy, bilety lotnicze są teraz dużo droższe.

     Według mnie nie jest to żaden nowy rozdział w działalności diakonii. Ja widzę tylko dwa kierunki: wolontariat dłuższy i wyjazdy rekolekcyjne. Co prawda na Wschodzie - na Ukrainie, Białorusi czy Litwie - ci ludzie w naturze swojej mają więcej pobożności. Ale przecież wszędzie są ludzie, którym trzeba głosić Ewangelię i żywego Jezusa Chrystusa, i nie ma tu podziału na Europę zachodnią i wschodnią.

W: Ale teraz przed diakonią kolejne wyzwanie. Planujecie misje w Kenii...

ks. P.G.: Kilka lat temu pewien ksiądz z Kenii, który wcześniej pracował z siostrą zakonną z Polski, odwiedził ją w Legionowie i został na prawie miesiąc. Tam poznał krąg Domowego Kościoła. Tak się zachwycił tymi spotkaniami, działalnością rodzinnej gałęzi Ruchu Światło-Życie, że błagał wręcz, by jakieś małżeństwo wyjechało i założyło krąg u niego w parafii w Kenii. Minęło już parę lat, ale teraz, gdy powstała diakonia misyjna, próbujemy na tę propozycję z Kenii odpowiedzieć.

Oczywiście pojawiło się pytanie o wolontariuszy. Bo to niezbyt proste zadanie znaleźć jakieś małżeństwo, które wyjechałoby tam na rok. Bo jak: zrezygnować z pracy?, trzeba by też pojechać bez dzieci, bo jak z dziećmi? Ja już nawet bardzo poważnie pisałem do par Domowego Kościoła, żeby rozważyli, czy to, że nie mogą mieć dzieci, to, że któryś ze współmałżonków czy oboje są bez pracy nie jest wyzwaniem i wskazówką od Pana Boga - zostaw to, pojedź na rok, dajcie coś z siebie razem. Okazało się, że z Domowego Kościoła nikt się jednak nie zgłaszał. Tymczasem młodzież do wyjazdu się wręcz rwała. Nie ma jeszcze chętnych, by zastąpić dziewczyny w Kazachstanie i na Ukrainie, ale do Afryki to i owszem, bo to większa przygoda.

Ale Pan Bóg działa. Jechałem raz z księdzem z sąsiedniej diecezji samochodem, a on mówi: „Wiesz, przyjeżdżają do mnie znajomi. Może tobie powinienem to powiedzieć. Oni właśnie wrócili z misji w Papui Nowej Gwinei, bo tam się coś źle dzieje w tym miejscu, w którym byli. To małżeństwo z Domowego Kościoła, które ma już dorosłe, odchowane dzieci. Wrócili i nie wiedzą co mają ze sobą zrobić. Może masz jakąś pracę dla nich?” Mówię więc, że się świetnie składa, bo szukam pary, która założyłaby Domowy Kościół w Kenii. Cudownie się składa, że wcześniej przebywali w Tanzanii, bo to kraj sąsiadujący z Kenią, żyją tam właściwie te same plemiona. Nie ma więc jeszcze odpowiedzi od ks. Francisa, a ja już mam wolontariuszy. Zostaje jeszcze sprawa pieniędzy, ale Pan Bóg się o to zatroszczy, jeśli chce, żeby pojechali.

W: Globus na Księdza biurku jest bardzo wymowny. Czy są już na nim zaznaczone miejsca, w których działa diakonia misyjna?

ks. P.G.: To jest bardzo świadomy dar mojej wspólnoty na Wielki Czwartek, na dzień kapłaństwa. Nie, nie są na nim ponaznaczane żadne miejsca. Ale jak rozmawiam z dziewczynami przez Skype'a to patrzę sobie na Kazachstan. Zresztą jak je błogosławię tak wirtualnie to też odwracam się na Wschód, by błogosławieństwo w tym kierunku poszło...

W: Czy zamierza Ksiądz podjąć współpracę z instytucjami misyjnymi w kraju, np. z Papieskimi Dziełami Misyjnymi czy Komisją Episkopatu Polski ds. Misji?

ks. P.G.: My dopiero zaczynamy. Oczywiście, będziemy się starać o taką współpracę. Właściwie gdybym teraz miał osoby, które zastąpią dziewczyny na Ukrainie i w Kazachstanie, mógłbym je już wysłać na przygotowanie do Centrum Formacji Misyjnej. A ponieważ jeszcze nikt się nie zgłosił, to nie mogę skorzystać z pomocy fachowców.

Myślę, że z czasem ta współpraca się zawiąże. Tym bardziej, że obecny przewodniczący Komisji Misyjnej Episkopatu bp Wiktor Skworc przez długi czas był zaangażowany w Ruch Światło-Życie. Także w tym pokoju tkwi duch misyjny. Tu właśnie, w Sulejówku mieszkał ks. Marcin Iżycki, obecnie przewodniczący Dzieła Ad Gentes, jednej z agend misyjnych Komisji Misyjnej.

W: Diakonia misyjna diecezji warszawsko-praskiej jest pierwszą tego rodzaju w kraju. Czy widzi Ksiądz szanse, by powstały analogiczne w innych diecezjach?

ks. P.G.: Właściwie koniecznie trzeba tu dodać, że działalność misyjna naszej diecezji była już dużo wcześniej, chociaż myśmy o tym nie wiedzieli. I tak na przykład Gosia, która wyjechała do Zambii w 2006 r., na miejscu, w szpitalu, w którym pracowała spotkała polską lekarkę, też osobę świecką - Jolę. Okazało się, że jest ona oazowiczką z lat 70. i 80. z Józefowa od księdza Bogdana Giertugi, dawnego moderatora diecezji warszawskiej. Wyjechała na misje po pełnej formacji oazowej i to dużo, dużo wcześniej niż myśmy zaczęli działać Z kolei Adam Rostkowski, o którym już wspomniałem, był animatorem lat 90. i pochodzi z Gocławia [osiedle w Warszawie - red.], wtedy też zaczął wyjeżdżać na misje. Teraz jest jednym z głównych współpracowników wolontariatu misyjnego z Polski. Takich osób znajdziemy więcej i to na terenie całego kraju. Wiem, że na przykład animator z Wrocławia prowadzi regularnie prace w Mołdawii. Istnieje przecież „Drogocenna Perła” w Carlbergu.

     Jeżeli udałoby się rozwinąć działalność także w innych diecezjach, byłoby to na pewno z korzyścią dla Ruchu. Myślę, że jest to jakaś nowa propozycja, która dla młodzieży nawet tak po ludzku jest czymś fajnym, intratnym, ciekawym. W dalszej perspektywie, gdy gimnazjalista widzi, że ma rozpocząć teraz formację to może stać się ona dla niego czymś konkretnym: „Aha, to ja dojrzewam w tym swoim chrześcijaństwie do tego stopnia, żeby kiedyś móc pojechać dzielić się wiarą, może nawet w Afryce”. Taka jest kondycja człowieka, że potrzebujemy także ludzkiej, ziemskiej zachęty, żeby robić także rzeczy Boże.

Działanie misyjne nie mogłoby nigdy stać się najważniejsze w działalności Ruchu, ale trzeba przyznać, żeśmy je też zaniedbali. I Jan Paweł II, i Benedykt XVI prosili Polaków, żebyśmy podzielili się swoją wiarą z innymi. Nie możemy wbijać się w pychę, mamy swoje grzeszki, ale tym darem katolickości, wiary, który posiadamy, trzeba się dzielić. Tymczasem już kilka lat temu pojawiło się w Ruchu hasło, że ewangelicy z Niemiec chcieliby, żeby ktoś do nich przyjechał i pomógł zrozumieć ideę Ruchu Światło-Życie. Gotowi są nawet zapłacić ubezpieczenie, pobyt, żeby tylko jakaś osoba, znająca język niemiecki, przez rok pomieszkała u nich, pomogła im przetłumaczyć materiały formacyjne i przez dar obecności przekazała im charyzmat Ruchu Światło-Życie. I my przez te kilka lat nie możemy nie tylko w naszej diecezji, ale w skali kraju, znaleźć osoby, która by tam pojechała. Jest w nas chyba jeszcze za mało tej gorliwości, żeby przekazać ludziom tę wiarę.

Stworzenie takiej diakonii pokazuje, że jest ewangelizowanie na krańcach świata jest możliwe. Nie tylko teoretycznie, ale są ludzie - nie jacyś mityczni misjonarze nie wiadomo skąd, ale nasi koledzy i koleżanki ze wspólnoty - którzy pojechali na misje. I usłyszałem głos Pana mówiącego: „Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł?” Odpowiedziałem: „Oto ja, poślij mnie!” (Iz 6,8) - to słowa są zamieszczone na naszym blogu misyjnym. Diakonia otwiera ludziom perspektywę, żeby móc też odpowiedzieć Bogu: „Oto ja, poślij mnie!”