Patriotyzm

(147 - listopad - grudzień 2006)

Pamięć przeszłości

Jan Halbersztat

Muzea przypominające o historii narodu czy pomniki upamiętniające jego największych przedstawicieli są potrzebne — ale nie zastąpią prostych dróg, sprawnej komunikacji, dostatecznej liczby przedszkoli czy dobrze skonstruowanego budżetu państwa

"Naród, który traci pamięć - traci życie”. Te słowa, przypisywane Józefowi Piłsudskiemu, wracają do nas co jakiś czas na nowo, powtarzane przez nauczycieli, pasterzy Kościoła, polityków. I rzeczywiście - bez „pamięci”, bez świadomości przeszłości, historii, dziejów minionych bardzo trudno czasami zrozumieć teraźniejszość. Bez świadomości historii trudno mówić o prawdziwym patriotyzmie.

Jeśli jestem członkiem określonej społeczności - w tym przypadku konkretnego narodu, społeczeństwa - to historia tej społeczności jest dla mnie ważna. Jeśli znam tę historię, jeśli analizuję dzieje mojego narodu czy mojej ojczyzny - poznaję własne korzenie, lepiej rozumiem moją teraźniejszość, aktualną sytuację społeczną, polityczną, gospodarczą. Znajomość przeszłości pozwala mi głębiej i lepiej identyfikować się z ludźmi wokół mnie, bo ci ludzie - choć tak różni i często ode mnie odmienni - wyrastają przecież z tych samych korzeni.

Jeśli odrzucam pamięć o przeszłości, odcinam się od własnych korzeni. Nie da się - jak chcieliby niektórzy politycy - skupić się wyłącznie na tym, co tu i teraz, a także na budowaniu przyszłości. Naród, społeczeństwo, wreszcie każdy z nas potrzebuje bazy, fundamentu, na którym buduje, właśnie korzeni, które pomagają mu odnaleźć swoje miejsce i zrozumieć swoją sytuację. Liczy się nie tylko to, „dokąd zmierzam”, ale także to, „skąd przychodzę”.

Ale...

No właśnie - ale. Z pamięcią przeszłości, z naszą historią i świadomością własnych dziejów wiąże się kilka poważnych niebezpieczeństw i pułapek. Jeśli się ich nie ustrzeżemy, historia i pamięć, zamiast osadzać nas w świecie i tworzyć naszą świadomość, staną się dla nas balastem, ciężarem uniemożliwiającym nie tylko rozwój i postęp, ale także właściwe relacje z innymi ludźmi i z Bogiem.

Przyjrzyjmy się takim pułapkom i zastanówmy się, czy w naszym codziennym myśleniu nie wpadamy w którąś z nich.

Pułapka pierwsza: „Liczy się tylko przeszłość”. Oczywiście, nikt rozsądny nie użyje takiego sformułowania, nikt raczej świadomie w taki sposób nie myśli. A jednak kiedy słuchamy niektórych ludzi - między innymi wielu polityków - mamy wrażenie, że tak właśnie podchodzą do rzeczywistości. Przeszłość staje się dla nich wartością samą w sobie, czynnikiem absolutnie decydującym o teraźniejszości i przyszłości. W takich przypadkach potrzeba gloryfikowania chwalebnej historii (...lub rozliczania się z tą mniej chwalebną...) zajmuje pierwsze miejsce w świadomości i nie pozwala aktywnie budować tego, co teraz. Polityk, który buduje muzeum albo odsłania pomnik zasłużonych ludzi jest jak najbardziej godny uznania i poparcia. Jeśli jednak ten polityk ogranicza swoją działalność do takich spraw, jeśli jednocześnie nie dba o teraźniejszość, o codzienne życie zwykłych ludzi - to chyba coś jest nie tak. Muzea przypominające o historii narodu czy pomniki upamiętniające jego największych przedstawicieli są potrzebne - ale nie zastąpią prostych dróg, sprawnej komunikacji, dostatecznej liczby przedszkoli czy dobrze skonstruowanego budżetu państwa. Jeśli nasz patriotyzm ograniczymy do spraw pamięci, to czy naprawdę możemy mówić i patriotyzmie? Wzruszanie się własną historią (czy to w sensie pozytywnym, czy negatywnym) nie wystarczy. Patriotyzm to także dbanie o teraźniejszość, to także - w tej teraźniejszości - budowanie podstaw przyszłości.

Czy gdybym skupiał się wyłącznie na wspominaniu wspaniałych chwil narodzin moich dzieci i ich pierwszych kroków czy słów, a nie dbał o to, czy teraz nie są głodne albo chore i nie troszczył się o ich przyszłość - uznalibyście mnie za dobrego ojca? No właśnie.

Pułapka druga: „Przeszłość usprawiedliwia teraźniejszość”. Jeśli znamy własną historię, łatwiej możemy zrozumieć teraźniejszość. Prosty przykład: w czasach, kiedy w świecie Zachodu kształtowały się społeczeństwa obywatelskie i reguły współczesnej demokracji, Polska znalazła się pod zaborami; kiedy inni uczyli się (powoli) „postaw obywatelskich”, my byliśmy w sytuacji, w której przeciwstawianie się władzy (na przykład unikanie płacenia podatków czy „kombinowanie”...) było cnotą, bo władza była „obca” i osłabianie jej było formą walki o niepodległość. Jeśli weźmiemy to pod uwagę, jeśli w dodatku uświadomimy sobie, że podobna sytuacja - z krótką przerwą na dwudziestolecie międzywojenne - trwała do czasów nam współczesnych, łatwiej nam zrozumieć, że dziś w Polsce trudno jest wielu ludziom uświadomić zasady funkcjonowania w demokratycznym społeczeństwie, że postawy w istocie swojej naganne i moralnie nie do przyjęcia traktowane są jako oczywiste czy wręcz uważane za przejaw „zaradności”.

Ale „zrozumieć” nie może znaczyć „usprawiedliwiać”! Jeśli powołujemy się na historię, żeby usprawiedliwiać zło, żeby tłumaczyć się (także przed sobą) z moralnych dwuznaczności - wpadamy w bardzo niebezpieczną pułapkę. „Byliśmy tacy biedni, tak nas gnębiono, więc teraz możemy...”. Nie, nie możemy! Zło jest złem, nieuczciwość jest nieuczciwością. Możemy starać się analizować historię, żeby zrozumieć skąd zło się bierze, ale nie wolno nam traktować historii jako usprawiedliwienia nieprawości.

Pułapka trzecia: „Polityka historyczna”. Bardzo często mówiąc o historii w gruncie rzeczy uprawia się właśnie „politykę historyczną”. Interpretacja konkretnych zdarzeń, zachowań, procesów ma wówczas służyć przekazywaniu ludziom nie tyle historii, ile konkretnej wizji politycznej. Dzieje narodu (i „reszty świata”) ujmuje się i przedstawia w taki sposób, żeby uzasadnić podejmowanie konkretnych kroków przez aktualnie rządzących (lub przez tych, którzy rządzić by chcieli). Wiedza o minionych czasach staje się narzędziem w stricte politycznej rozgrywce, sposobem na „zjednoczenie narodu wokół jedynie słusznych celów i wizji”. Kiedy Hitler i jego poplecznicy doszli do władzy w Niemczech, stworzyli całą „nową historię” Niemiec (co prawda granica między historią a mitologią była tu bardzo płynna...) aby porwać za sobą ludzi i usprawiedliwić swoje działania. Tak samo zachowywali się bolszewicy, kiedy przejęli władzę w Rosji Radzieckiej - radziecka encyklopedia przez długie lata była tematem dowcipów na temat „radzieckiej wizji historii”, w której wszystkich wielkich odkryć, łącznie z teorią względności i odkryciem Ameryki, dokonali mieszkańcy ZSRR.

Ale tak rozumiana „polityka historyczna” nie jest wcale domeną reżimów totalitarnych, nie jest także zarezerwowana dla polityków...

Pułapka czwarta: idealizowanie własnej historii. Kiedy słuchamy niektórych ludzi, moglibyśmy odnieść wrażenie, że nasza historia była wyłącznie pasmem wspaniałych zwycięstw, bohaterskich czynów, heroicznych wyborów, a jeśli zdarzały się w niej klęski czy porażki - to tylko dlatego, że „inni” spiskowali, knuli i rozbijali.

Można nawet uwierzyć w taką wizję historii, można przyjąć ją ze wzruszeniem - dopóki nie zdamy sobie sprawy, że każdy naród na świecie chciałby w ten sposób widzieć własne dzieje. To zresztą zrozumiałe - także każdy człowiek ma potrzebę tworzenia pozytywnego obrazu samego siebie. Ale człowiek dojrzały potrafi obiektywnie oceniać swoje czyny - potrafi także przyznać się do tego, że popełniał błędy czy zachował się nie tak, jak powinien.

Nie łudźmy się - nasza (ani niczyja) historia nie była idealna. Były w niej chwile wielkie i wzniosłe - były też wydarzenia, których dziś się wstydzimy. Chwile chwalebne - i chwile haniebne. Bohaterowie - i kanalie. Zaprzeczanie temu nie ma sensu - jesteśmy tylko ludźmi i nasza historia jest historią ludzkich zmagań z własną słabością i grzechem.

Łatwo jest ulec pokusie ogromnej niekonsekwencji - utożsamiania się z historią własnego narodu w tych sprawach, w których była ona wielka, a wypierania się związków z trudnymi chwilami. To zrozumiałe - tak jesteśmy psychicznie skonstruowani. Czy zauważyliście, że kiedy Adam Małysz zdobywał pierwsze miejsca w skokach narciarskich, to tytuły prasowe krzyczały „Wygraliśmy” albo „Złoty medal dla Polski!” - ale kiedy stracił na jakiś czas formę, to czytaliśmy „Małysz dziś dopiero dwunasty”? Jak zwycięstwo - to „my”, ale jak porażka - to „on przegrał”.

Mniejsza ze sportem, ale kiedy w ten sposób podchodzimy do własnej historii, to co prawda wbijamy się w dumę, ale co z tego wynika? Musimy być konsekwentni. Jeśli jesteśmy dumni z wielkich chwil naszej historii - zwycięskich bitew, wielkich władców, heroicznej walki o niepodległość, odkryć naukowych Marii Skłodowskiej-Curie czy nokturnów Chopina - to uczciwość nakazywałaby także odnaleźć w sobie poczucie wstydu za nasze „narodowe wady”, za klęski spowodowane prywatą i głupotą, za ciemne chwile naszej historii, za naszych rodaków, którzy w chwilach krytycznych wybrali podle. Bo przecież także ten aspekt naszej historii - choć bolesny i „niewygodny” - jest niezwykle ważny dla budowania świadomości narodowej i społecznej. Choćby dlatego, że pozwala nam uczyć się na błędach...

Pułapka piąta: liczy się „teza”, a nie fakty. To oczywiście ma wiele wspólnego z pułapką „polityki historycznej”, ale tu problem idzie nieco dalej. Najlepszą ilustrację tego problemu znajdziemy... w Biblii.

Pamiętamy zapewne, że wielu proroków Izraela zginęło śmiercią męczeńską z rąk własnych rodaków, którzy nie chcieli przyjąć i zaakceptować ich ostrych słów wzywających do nawrócenia. Czy jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że oprawców popychały do działania... żarliwy patriotyzm i wiara?

Oczywiście, bywało tak, że proroka atakowano za „zakłócanie świętego spokoju” i wypominanie nieprawości („...Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom (...) - Mdr 2,12). Ale bardzo często prorokom zarzucano naprawdę poważne wykroczenie - występowanie przeciwko własnemu narodowi i Świątyni. „Widzący, idź, uciekaj sobie do ziemi Judy! I tam jedz chleb, i tam prorokuj! A w Betel więcej nie prorokuj, bo jest ono królewską świątynią i królewską budowlą!” mówi kapłan Amazjasz do proroka Amosa (Am 7, 12-13). Podobne ataki i oskarżenia możemy znaleźć w wielu księgach prorockich. Przesłanie było bardzo proste - i w gruncie rzeczy „usprawiedliwione”: skoro Izrael jest Bożym dziełem, Narodem Wybranym, skoro Świątynia jest mieszkaniem Najwyższego - to Najwyższy nie dopuści do upadku i klęski, a w dodatku każda próba krytyki może być uznana za próbę podważania autorytetu samego Boga. Jak ten człowiek śmie prorokować przeciwko świątyni?! Jak śmie mówić, że „Świątynia runie, że nie pozostanie z niej kamień na kamieniu”?! To zdrajca...

Jak wiemy z historii biblijnej - mówiąc językiem kolokwialnym - Bóg miał na ten temat zupełnie inne zdanie - zresztą dlatego właśnie posyłał swoich proroków...

Dziś także często spotykamy się z takim podejściem i interpretacją historii. Nie tylko „dziś” zresztą - kiedy ks. Piotr Skarga wypominał Polakom ich narodowe wady i wzywał do nawrócenia, także wśród jemu współczesnych słychać było głosy, że „podnosi rękę na majestat Najświętszej Rzeczypospolitej”, że „pluje na matkę-Ojczyznę”... Historia - niestety - bardzo szybko przyznała rację temu prorokowi, kiedy brak zmian i wieloletnie zaniedbania stały się przyczyną rozbiorów (nie jedyną, rzecz prosta). Także dziś bardzo często ludzi, którzy starają się wskazywać na to, co jest nie tak albo - tym bardziej - wyciągać wnioski z tych mniej chwalebnych wydarzeń historycznych, spotykają podobne reakcje.

Bo liczy się „teza”: że Polska, że Ojczyzna, że „za wolność waszą i naszą”. Bo „Ojczyzna to świętość” więc nie można o niej złego słowa powiedzieć, więc jeśli coś w historii wydarzyło się złego - to na pewno winy „innych”... „A jeśli fakty są inne - tym gorzej dla faktów”.

Takie trwanie - i utwierdzanie się - w samouwielbieniu na pewno nie jest objawem prawdziwego patriotyzmu.

Jak mówił Jan Paweł II - ani wolność, ani Ojczyzna nie są nam po prostu „dane”, ale także „zadane”. Jeśli będziemy czynić zło - albo jeśli nie będziemy wyciągali wniosków i nauki ze zła uczynionego wcześniej - to stracimy nasze dziedzictwo i nic nie pomogą nam wielkie słowa i patetyczne frazesy. Tak samo, jak Izraelici przekonali się, że sam fakt bycia Narodem Wybranym nie jest gwarancją świętego spokoju, że czasami trzeba powiedzieć sobie prawdę w oczy, nazwać rzeczy po imieniu, zauważyć popełnione zło, uderzyć się w piersi. Krytyczne - uczciwe - spojrzenie na historię własnego narodu nie jest „zdradą Ojczyzny”, ale właśnie prawdziwym (i często bardzo trudnym) patriotyzmem. Na pewno znacznie trudniejszym, niż wygłaszanie wzniosłych haseł i pustych frazesów.

„Historia jest nauczycielką życia” - to na pewno prawda. Ale mądry uczeń wie, że uczy się właśnie po to, żeby móc samodzielnie żyć, a samodzielne życie nie polega na pytaniu o wszystko nauczyciela...