Modlitwa

(140 - listopad - grudzień 2005)

z cyklu "Wieczernik dla Ciebie"

Pamiętnik oazowiczki

Ola

Cześć Pamiętniczku! Z trudem otworzyłam zeszyt, ale musiałam. Może Ty mnie zrozumiesz? Nie mam z kim pogadać — wszyscy z rodziny chodzą zapłakani i z nikim nie można wprost porozmawiać o tym, co się stało. Od tamtego wypadku minęły cztery dni. Dzisiaj jest pogrzeb… Boże, nie mogę sklecić porządnego zdania. Wszystko, co piszę wydaję mi się jakimś bełkotem. Jest mi po prostu źle!

W poniedziałek zginął w wypadku mój kuzyn Sławek. Miał 28 lat. Nie, po prostu nie mogę… 

Już się pozbierałam. Wracał z pracy samochodem. Wjechał na niego pijany kierowca, a co najgorsze nie udzielił mu pomocy. Po prostu uciekł! Może był tak pijany, że nie zauważył, że spowodował wypadek? Dopiero po kilku minutach zatrzymał się przy Sławku jakiś kierowca i wezwał pogotowie. Było już jednak za późno. Tamtego złapano, ale cóż z tego? Moja ciocia nie poczuła się przez to lepiej, a przede wszystkim dla Sławka to nie ma żadnego znaczenia. Dla niego nic już nie ma znaczenia…

Trudno jest się pogodzić ze śmiercią bliskiej osoby, nawet gdy wierzy się tak mocno jak ja. Co wieczór podczas modlitwy zapytuję Boga: dlaczego? I nie mogę zrozumieć. Nie potrafię tego ogarnąć. Kiedy czuje się w środku taki ból, to żadne argumenty nie docierają: ani racjonalne, ani te religijne. Czy przez to objawia się słabość i płytkość mojej wiary? Czy chrześcijanin nie ma prawa do żalu, łez? Piszę o tym, bo często na ten temat rozmawiało się na rekolekcjach, na spotkaniach. I pojawiał się tekst, że przecież tej osobie będzie tam lepiej, że Bóg miał wedle niej jakiś plan, że On wie najlepiej, co jest dobre. W porządku, ja też to wiem, ale kiedy przychodzi nieszczęście, kiedy ginie z czyjejś winy młody człowiek, mający przed sobą całe życie, świetnie zapowiadającą się karierę, młodą żonę to… to wszystko można sobie…

Przeczytałam kiedyś w jakiejś gazecie, że Polacy są mało oswojeni ze śmiercią, że ciągle jest to dla nas temat tabu. Na własnej skórze przekonuję się, że to prawda. W moim wieku, wśród moich rówieśników śmierć jest tak odległa jak kosmos. Teraz widzę, że trzeba to zmienić. Wydaje mi się, że właśnie przed nami, oazowiczami, staje zadanie zmiany nastawienia ludzi do śmierci. Trzeba zacząć od własnego podwórka, własnej rodziny. Jak? No, nie wiem. Wiem jednak, że najważniejsze jest, aby ukazać w tym wszystkim Boga, Jego miłość i Jego miłosierdzie. Jestem pewna, że ludziom mocno wierzącym łatwiej przejść przez śmierć bliskiej osoby, bo wiara daje niesamowitą siłę. Ja sama, mimo że płaczę i ciągle zadaję pytanie: dlaczego, to w środku czuję się mocna. Tę siłę do znoszenia cierpienia ma w sobie każdy człowiek — jestem tym przekonana. Przecież Bóg nie obarcza nas ciężarem większym, niż zdołamy udźwignąć. 

Ojej! Chyba wpadłam w filozoficzny ton. Ale dobrze jest czasem wylać swoje żale i myśli na papier, bo można dojść do wniosków, o jakie trudno było siebie podejrzewać. 

Wiem, że nawet, a może: zwłaszcza w takich chwilach jak śmierć kogoś z rodziny Pan wymaga ode mnie świadectwa wiary i dojrzałości chrześcijańskiej. Czuję, że nie będzie to łatwe, ale nie mogę dopuścić do siebie rozpaczy. Nie tylko zresztą do siebie: do mojej rodziny również. Muszę się wziąć w garść i być podporą dla cioci, wujka, Majki, Ewy… 

Czuję się o wiele lepiej, niż jeszcze kilkanaście minut wcześniej. Pamiętniczku! Dobrze, że jesteś i możesz mnie wysłuchać. Dzięki pisaniu motywuję się do zrozumienia samej siebie, świata, ludzi. Trzymaj się, Pamiętniczku!