Praca

(217 - wrzesień - październik 2017)

z cyklu "Dzieła żyjącego Boga"

Pan Bóg mnie rzeźbi

Agnieszka

Mam na imię Agnieszka, mam 36 lat, wspaniałego męża oraz kochane dzieci. Jesteśmy po ślubie prawie 16 lat. Pochodzimy oboje z wierzących lecz mało gorliwie praktykujących rodzin. Kilka lat po ślubie odeszliśmy zupełnie od Boga, od Kościoła, weszliśmy w serię kryzysów – moralności, wiary, godności, czystości. Pan Bóg jednak znalazł na nas sposób i przy okazji komunii naszych synów nawróciliśmy się. 

Na początku zaczęły się dziać prawdziwe cuda. Wstąpiliśmy do Domowego Kościoła, braliśmy udział w licznych rekolekcjach, konferencjach, żyliśmy i karmiliśmy się Bogiem. Trochę myśleliśmy, że nic bolesnego nie może nam się przytrafić. Chcieliśmy żeby Pan Bóg nas prowadził, żeby nas rozwijał duchowo, ale tak żeby za bardzo po ludzku nie bolało. Wtedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Byliśmy przeszczęśliwi na myśl o trzecim dziecku. Jednak na pierwszym USG okazało się, że mimo, że ciąża (bliźniacza) się rozwija, w środku nie ma zarodków. Znosząc cały pakiet ciążowych dolegliwości czekałam prawie miesiąc, aż pojawi się serduszko. Modliliśmy się, polecaliśmy się modlitwie, wierzyliśmy, że stanie się cud. Niestety, ciąża się nie rozwinęła. Miałam wtedy ogromny żal do Boga, że przecież tak się zmieniliśmy, tacy teraz jesteśmy wierzący, dobrzy, a tu taka nagroda? Tłumaczyłam sobie, że mamy teraz orędowników w niebie, ale to nie pomagało. Pan Bóg miał jednak swój plan. 

Po tej stracie zaczęłam się obsesyjnie badać, wyszło, że jestem chora na pewne choroby autoimmunologiczne, wpadłam w nerwice lękowe, byłam na skraju depresji. Każde małe dziecko wzbudzało we mnie płacz i rozżalenie. Nie potrafiłam zaufać znowu Panu. Uparcie chciałam, żeby było dobrze po ludzku, a nie dobrze w kontekście życia wiecznego. Nie wiedziałam wtedy, że Pan Bóg mnie rzeźbi, kształtuje mnie na człowieka duchowego. Potem byłam przez bardzo krótko w kolejnej ciąży, którą też straciłam, ale poznałam wtedy bardzo mądrą panią doktor, która powiedziała mi, że Pan czasami daje dary, które cieszą, innym razem takie, które smucą. Ale jedno i drugie to są dary. Bardzo mnie to wzmocniło i dało nadzieję. Pewnego dnia jednak dowiedziałam się, że być może choruję na bardzo ciężką chorobę. Coś we mnie pękło, wykrzyczałam: Panie Boże chcesz mnie – to mnie bierz, oddałam mu wszystko, włącznie ze swoim życiem. Tydzień później okazało się, że nie jestem aż tak chora. Poczułam się jakbym dostała drugie życie. Bo cóż może ci się jeszcze stać, jak już mentalnie straciłaś życie?

 W międzyczasie byliśmy też z rodziną na rekolekcjach ONŻ I stopnia, tam podpisaliśmy Krucjatę Wyzwolenia Człowieka w intencji narodzin dziecka – (mieliśmy dwóch synów, marzyliśmy o córce). Poprosiliśmy o zdrowe dziecko, o córkę, której na imię damy Weronika. Było to dla nas nie lada wyzwanie, wszyscy nasi znajomi nie stronili od alkoholu. Podniosłam się kolejny raz. Weszłam bardzo mocno w posługę w drugiej wspólnocie. Czułam znowu jak Pan Bóg mnie bierze w swoje ręce i jak Jezus mówi do mnie: „Ufaj mi córko”.

Czuliśmy, że dawni znajomi się od nas odwracają. To, że nie piliśmy alkoholu i spędzaliśmy wolny czas na obcowaniu z Bogiem, miało na to niemały wpływ. Kosztowało mnie to wiele bólu, łez, ale wiedziałam, że Bóg odcina gałązki, które nie przynoszą owoców. Na naszą prośbę nas kształtuje na miłych sobie. A my się na to zgodziliśmy – powiedzieliśmy: „Panie rób, co konieczne dla życia wiecznego!”

Często na różnych rekolekcjach czy kursach było przynaglenie, żeby składać świadectwo – czasami wtedy myślałam sobie: „No, ale halo – do świadectwa to trzeba happy endu, a przecież jak ktoś patrzy z zewnątrz to sobie myśli – tacy wierzący, a odkąd się nawrócili to stracili dwie ciąże, ona prawie popadła w depresję, znajomi od nich odeszli – czym tu się chwalić?”. Ale Pan Bóg nam stopniowo otwierał nam oczy, uczył nas kolejnych rzeczy. Mówił do nas: wybacz znajomym, którzy cię oczerniają, módl się za nich i kochaj ich. Nie patrz na to, co się zdarza, jak na klęski, patrz jak na kształtowanie twojej duchowości, jak na trudy, dzięki którym ty w przyszłości pomożesz innym przeżywającym podobne trudności. Wreszcie pokazał nam, że w świadectwie nie zawsze chodzi o ludzki happy end, ale o ten, który dotyczy perspektywy życia wiecznego. 

Czuliśmy, że duchowo wzrastamy, Pan Bóg dawał nam coraz więcej posług. Wtedy w kłopoty wpadł nasz syn. Czuliśmy, że jak ograniczyliśmy złemu dostęp do nas, to próbuje dobrać się do naszych dzieci, ale modliliśmy się tez do Pana żeby wyprowadził z tej sytuacjo dobro. Znowu był ból i łzy, ale tylko przez chwilę. Tym razem mówiłam z ufnością: „Panie ty się tym zajmij” i czekałam. Pan Bóg zajął się synem, przeprowadził go przez trudne sytuacje, był z nim kiedy on ponosił konsekwencje swoich złych wyborów, a my wiedzieliśmy, że na naszą prośbę zaczyna kształtować go na miłego Bogu dobrego młodego człowieka. Dla nas też miał pocieszenie. Na jednej z modlitw ktoś miał poznanie, że jedno z obecnych małżeństw spodziewa się dziecka i Pan Bóg im błogosławi. Następnego dnia dowiedziałam się, że jestem w ciąży. 26 maja, w Dzień Matki okazało się, że będziemy mieć córkę. Będzie miała na imię Weronika. Tym razem przerabiamy nową lekcję od Pana Jezusa, a temat tej lekcji to: Ufaj mi córko! 

Przed każdymi badaniami wpadam w chwilową panikę, ale natychmiast sobie przypominam – Bóg mi błogosławi i tym razem mówi do mnie: „Uwierz w to, że po ludzku też chce cię obdarować, ZAUFAJ, że pragnę dla ciebie życia w obfitości! Przyjmij to!”