W chorobie

(168 - listopad - grudzień 2009)

Pani Albina

ks. Robert Klemens

Było w tej kobiecie coś niezwykłego. Sprzeczność między tym co widziałem a tym co słyszałem i czułem

Wszedłem do dużego, jasnego pokoju, w którym pod ścianą stało szpitalne łóżko z rurkami i drabinkami do podciągania. Obok wózek inwalidzki. W łóżku leżała kobieta, koło sześćdziesięciu paru lat, pochłonięta lekturą jakiejś książki. Wszedłem cicho, więc zauważyła mnie dopiero gdy stałem już przy łóżku. Przepraszała za swoją nieuwagę, ale wyjaśniła, że lektura wciągnęła ja bardzo. Przyniosłem jej Pana Jezusa (komunię świętą), którego przyjęła ze łzami w oczach. Jak mi później wyjaśniła, nie były to łzy sentymentalnego wzruszenia lecz bezsilności wobec sytuacji. Pani Albina, bo tak miała na imię, powiedziała mi, że normalnie poruszając się na wózku przyjeżdża do kaplicy na Msze Świętą ale właśnie ,,dopadło ją” jakieś przeziębienie i dlatego nie powinna opuszczać swego domu. Im dłużej rozmawialiśmy tym bardziej udzielał mi się jej spokój. Było w tej kobiecie coś niezwykłego. Sprzeczność między tym co widziałem a tym co słyszałem i czułem. Przecież jeśli jest się od bez mała trzydziestu lat sparaliżowanym człowiekiem, który na własnych nogach nie stanie już nigdy, to można się buntować i złościć na los, na świat, na Boga. Można, i po ludzku byłoby to nawet uzasadnione jeśli nie usprawiedliwione. Tymczasem – wielki spokój.

,,Proszę księdza, Bóg jest niesprawiedliwy. Tak bardzo się staram, żeby w życiu zawsze być posłuszną Jego woli. Myślę, że byłam dobrą katoliczką; na Mszę co niedziela a i o pacierz dbałam codzienny; dzieci na katechezę posyłałam i wpajałam im chrześcijańskie wartości; w rodzinie walczyłam o zgodę i w ogóle robiłam wszystko żeby się Panu Bogu podobać a On mnie tak potraktował” – to fragment opowieści, której musiałem wysłuchać przy innym szpitalnym łóżku. Wiek pacjentki bardzo zbliżony, życiowe doświadczenie podobne, nawet bliskie były objawy choroby (w obu przypadkach brak możliwości chodzenia – druga pacjentka miała nowotwór złośliwy), ale zupełnie inny skutek duchowy przez nią wywołany.

Cierpienie jest wpisane w egzystencję od początku istnienia rodzaju ludzkiego. I jest ono skutkiem ludzkiej ,,niesubordynacji” wobec Bożego nakazu. Grzech pierworodny, uczyniony przez ,,starego Adama”, zostaje odkupiony przez Adama Nowego – Chrystusa, i chociaż jego skutki w postaci, między innymi cierpienia zostają, to nabiera ono zupełnie nowego znaczenia. Staje się już nie przekleństwem, ale – paradoksalnie – błogosławieństwem. Cierpienie bowiem daje zwykłemu człowiekowi współuczestnictwo w zbawczym działaniu samego Jezusa Chrystusa. Ono nie tylko łączy z Bogiem ale też daje możliwość otwarcia na drugiego człowieka i obradowania go swoim ,,sposobem” życia w cierpieniu.

Pani Albina ofiarowała mi wielki prezent, za który na koniec naszych spotkań z całego serca jej dziękowałem. Mianowicie zaprosiła mnie, swoją postawą, w rzeczywistość, w której bezpośrednio sam jeszcze nie uczestniczę, czyli w cierpienie. Pokazała mi jak, nie w teorii ale w praktyce, w codzienności można dźwigać swój krzyż. Trzymając w ręku lekturę która ją tak bardzo ,,wciągnęła" wyjaśniła skąd bierze siły (to był ,,Mój Chrystus połamany”). Pozwoliła mi przybliżyć się do tajemnicy spotkania człowieka z Bogiem w najbardziej wydawać by się mogło bezsensownym wymiarze bezsilności, opuszczenia, bólu. Ale okazało się, że właśnie ta, po ludzku bezsensowność, może człowieka otworzyć na zupełnie inne postrzeganie i przynieść nie bunt ale zgodę a nawet radość.

 

Ilekroć wspominam Panią Albinę myślę sobie, abym gdy przyjdzie pora cierpieć (a przyjdzie bez wątpienia) umiał przyjąć to błogosławieństwo z ręki Pana Boga i by On udzielił mi łaski wzrastania w tym doświadczeniu. Nie proszę bym był świadectwem a jedynie bym nie był zgorszeniem.