Chrześcijanin w społeczeństwie

(209 - marzec - kwiecień 2016)

z cyklu "To lubię"

Piłka nożna

Max

W moim domu rodzinnym sport był traktowany jako licha rozrywka (w każdym razie jego oglądanie, kibicowanie), więc rodzice posłali mnie na kółko teatralne. I tak się złożyło, że 22 czerwca 1982 roku podczas próby w osiedlowym Domu Kultury nikt nie myślał o teatrze tylko wszyscy przed telewizorem śledzili ostatni w fazie grupowej mecz naszej piłkarskiej reprezentacji z Peru. To były mistrzostwa świata España’82. Do przerwy 0:0. Ten wynik eliminował nas z dalszych gier. A potem nastało niesamowite 45 minut naszej reprezentacji i wygrana 5:1. Pociągający był sukces, emocje i duma, która rozpierała wszystkich wokoło. 

Zacząłem „na poważnie” traktować piłkę nożną jako hobby, które wypełniało mój wolny czas. Sprawdzałem wyniki, oglądałem mecze, orientowałem się w światowym futbolu, chętnie grałem na podwórku, dostałem się do juniorskiej drużyny ligowej i zagrałem nawet jeden mecz w lidze juniorów. Prowadziłem zapiski, słuchałem każdych wiadomości sportowych, dokonywałem analiz sytuacji w rozgrywkach, szans poszczególnych zespołów. Prowadziłem przez kilka lat kronikę wydarzeń piłkarskich. Dostęp do wiadomości nie był łatwy. Kaligrafowałem zapiski, wklejałem doniesienia prasowe. Fascynowała mnie piłka nożna w wydaniu światowym. Zanim jeszcze był dostęp do kanałów sportowych, gdzie można było śledzić Puchar Narodów Afryki, czy Złoty Puchar Concacaf miałem podgląd do wyników tych rozgrywek. Z obserwacji, przemyśleń i doświadczenia czasem przychodziły refleksje, analizy. Wobec rozentuzjazmowanych kibiców uczyłem się realizmu, trzeźwego patrzenia na rzeczywistość, chłodnej oceny, opanowywania emocji. Dziś już nie mam czasu, aby oglądać każdy mecz, ale z zaciekawieniem śledzę wyniki rozgrywek. I choć futbol odkrył przed światem również swoją ciemną stronę  (korupcja, doping, nadmierna komercjalizacja) wciąż każdy mecz może być pełen emocji, pasjonujący, a są wydarzenia które przyciągają uwagę milionów sympatyków. 

Czego uczy mnie piłka nożna? Może najpierw tego, że nie ma zwycięzcy przed meczem, że wszelkie kalkulacje wysnuwane na podstawie danych statystycznych są jedynie spekulacjami. Nie zawsze lepsza drużyna schodzi z boiska jako zwycięska – wygrywa ta, która strzeli więcej goli na boisku. Dlatego zawsze są szanse na zwycięstwo, a gra się do samego końca. Piłka nożna to jest taka gra, w której średnio w meczu pada ok. 2 goli, stąd o wyniku może zdecydować jeden moment słabości drużyny czy piłkarza, szczęście, zbieg okoliczności. I trzeba umieć to wykorzystać. Pamiętny mecz reprezentacji Polski w eliminacjach Mistrzostw Europy 2008 z Kazachstanem w Warszawie. Wybitnie nam nie idzie, sensacyjnie przegrywamy po pierwszej połowie 0-1. I… na początku drugiej połowy awaria światła na stadionie. Po wznowieniu meczu sytuacja jest zgoła inna, przeważamy, gramy skutecznie a trzy gole Smolarka zapewniają nam cenne zwycięstwo. Piłka nożna uczy, że trzeba umieć przegrywać, że tak jak trzeba mieć hart ducha, żeby podjąć walkę (często nierówną) trzeba mieć odwagę przyznać, że przeciwnik był lepszy. Obserwacja historii różnych rozgrywek pokazuje, że przychodzą chwile słabości drużyny jak i poszczególnych piłkarzy i często trudno to wytłumaczyć, choćby klęskę reprezentacji Hiszpanii na ostatnich mistrzostwach świata. 

Piłka nożna jest bardzo trudną grą: trzeba nie tylko opanować umiejętności indywidualne, wyćwiczyć grę zespołową, ale żeby strzelać bramki trzeba jeszcze „oszukać przeciwnika”. Ale w futbolu, w prostocie reguł zaszyty jest pewien uniwersalizm. Grać może każdy, ciągle też jest miejsce na rozwój po stronie taktyki, szybkości gry, wyrafinowanych zagrań, zwodów, zgrania drużyny, dokładności podań, wytrzymałości… I choć patrzymy na tę samą drużynę każdy mecz może być inny. 

Dla mnie najbardziej pamiętny turniej to Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie w 1992 roku. Awansowaliśmy trochę szczęśliwie. W pierwszej rundzie eliminacji wyprzedziliśmy Anglię, Irlandię i Turcję. Ale w kolejnej rundzie w meczu wyjazdowym z Danią polegliśmy 0:5 i przy remisie na własnym stadionie 1:1 zostaliśmy wyeliminowani z dalszej walki. Na finały do Barcelony jednak pojechaliśmy dzięki drużynie Szkocji, która mimo awansu nie wystawia na olimpiadzie samodzielnej reprezentacji, startując pod flagą Wspólnoty Brytyjskiej. Podczas barcelońskiej olimpiady drużyna Juskowiaka i Kowalczyka rosła z każdym meczem, udało się pokonać Włochów 3:0, w półfinale Australię 6:1. I przyszedł wielki finał na Camp Nou w Barcelonie. Do przerwy 1:0 po strzale Kowalczyka. Drugie 45 minut rozpoczęliśmy fatalnie. Dwie stracone bramki i wydawało się, że szansa ucieka bezpowrotnie. Ale wtedy niespodziewana kontra i bramka na 2:2. Ostateczny cios zadali jednak rywale w ostatniej minucie meczu. Drugie miejsce i srebrny medal był wielkim sukcesem tamtej drużyny, jak na razie ostatnim sukcesem polskiej piłki nożnej. Takie mecze i turnieje to są wydarzenia historyczne, emocjonujące, czasem lepsze niż spektakl. Tego się nie zapomina. I co najważniejsze, przyjdą następne. Bo futbol nie znosi pustki.