Wspólnota

(136 - kwiecień 2005)

Po owocach ich poznacie (świadectwo)

Tomek

Dopiero po kilku latach od rozpadu naszej Wspólnoty zrozumiałem, że byłem członkiem sekty

Zaczęło się cudownie — od intrygujących tematów i burzliwych dyskusji na spotkaniach parafialnego Duszpasterstwa Akademickiego. Wielu z nas było już wcześniej zaangażowanych w rozmaite formy duszpasterskie, jakie proponowała nasza parafia. Wielu też wcześniej przeszło kilka stopni formacji Ruchu Światło–Życie. Ale kiedy w naszym duszpasterstwie pojawił się nowy młody wikariusz, którego zaangażowanie w spotkaniach z młodzieżą przekraczało wszystkie znane nam dotąd poziomy, jakich spodziewać się można od księdza, nie byliśmy w stanie pozostać wobec tego obojętnymi.
Homilie i kazania nowego wikariusza otwierały nas na Słowo Boże w nieznany nam dotąd sposób, pociągając nie tylko ogromnym ładunkiem intelektualnym, ale i prawdziwym tchnieniem duchowym. Sposób ich przekazu mistrzowsko dostosowany do potrzeb młodych poszukujących ludzi gromadził na mszach młodzieżowych coraz to większe tłumy słuchaczy. Na kolejne spotkania DA czekaliśmy jak na święto, a wychodząc z nich długo dyskutowaliśmy odprowadzając się do domów. Dla wielu z nas ksiądz stał się stałym spowiednikiem, odkrywając przed nami nieznane nam dotąd możliwości przeżywania sakramentu pokuty i dając nam nadzieję i radość w walce z naszymi słabościami. Kiedy więc padła propozycja założenia Wspólnoty nie wahałem się ani chwili.
Zawsze pragnąłem być tak naprawdę blisko Jezusa, stać się Jego wojownikiem i sługą. Nie potrafiłem jednak zdobyć się dotąd na prawdziwy radykalizm i nie wiedziałem, od czego zacząć. Gdy na oazie oddawałem swoje życie Jezusowi, jako Mojemu Panu i Zbawicielowi, mimo wzniosłości tej deklaracji nie widziałem później zasadniczych zmian w moim życiu. Być może wtedy, pomimo kilkuletniej formacji oazowej i zaangażowania w parafii, nie byłem jeszcze gotowy na to, aby słowo wprowadzić w czyn. Kiedy teraz nasz ksiądz mówił nam o Nowym Narodzeniu wszystko wydawało się jasne, logiczne i proste, a nade wszystko poparte wspaniałym świadectwem życia tego kapłana. Dla mnie stał się on szybko nie tylko stałym spowiednikiem i duszpasterzem, ale przede wszystkim przyjacielem. Modlitwa oddania swego życia Jezusowi wypowiedziana przeze mnie tym razem stała się dla mnie rzeczywiście początkiem nowego życia.
Pod duchową opieką księdza uporałem się na długi czas z wieloma moimi słabościami i grzechami, które wcześniej pojawiały się co miesiąc przy każdej spowiedzi tak, że traciłem już nadzieję na to, by kiedyś przestały mnie powalać nieustannie na ziemię. Pozwoliło mi to odetchnąć duchowo, oderwać się od skupienia na tych grzechach, aby pójść dalej i pozwolić Jezusowi na to by stał się Panem tych sfer mojego życia, o których dotąd nawet nie myślałem, że mogłyby interesować Mojego Pana i Zbawiciela. W tym stanie ducha całkowicie oczywistym i zupełnie nietrudnym okazało się codzienne czytanie i rozważanie Pisma Świętego, które stało się od tej pory w moim życiu rzeczywiście „lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce”. Bez większego wysiłku Słowo Boże zaczęło mi odtąd towarzyszyć. Nigdy nie lubiłem uczyć się niczego na pamięć. Teraz całe fragmenty Biblii pozostawały w mojej głowie i powracały często, gdy żarliwie dyskutowaliśmy nad kolejnymi tematami w czasie spotkań DA lub zastanawialiśmy się, gdzie w naszej parafii moglibyśmy stać się jeszcze przydatni.
Podobne przeżycia towarzyszyły wtedy wielu moim przyjaciołom i znajomym, których przyciągnęła do głębszego zaangażowania w życia parafii osoba naszego nowego duszpasterza.
Wkrótce podczas kolejnych spotkań, odbywających się już w pokoju księdza, powstała nasza Wspólnota. Jej członkami mogli zostać wszyscy ci, którzy tak jak i my oddali swe życie Jezusowi odmawiając jedną modlitwę oddania. W ciągu kilku tygodni nasza grupa zjednoczyła kilkadziesiąt osób. Później powstały nawet grupy siostrzane. Od samego początku naszego przewodnika duchowego zaczęliśmy nazywać Liderem. Spotykaliśmy się co najmniej dwa razy w tygodniu — raz w jego pokoju na spotkaniu formacyjnym i raz na wspólnej Mszy Świętej w Kościele. Na spotkaniach najpierw słuchaliśmy tego, co Jezus ma do powiedzenia naszej Wspólnocie rozważając fragment Pisma Świętego przygotowany zgodnie z rozeznaniem naszego Lidera. Wspólnie modliliśmy się potem o dar „i chcenia i działania zgodnie z Bożą wolą” (Flp 2,13) oraz podejmowaliśmy kolejne ćwiczenia duchowe i drobne zobowiązania — wierności. Każdy z nas od tego czasu pojawiał się w kościele praktycznie codziennie: Jeśli nie na codziennej Eucharystii, to co najmniej na wykonywaniu kolejnych posług, jakie brała na siebie w Parafii nasza Wspólnota.
W krótkim czasie Wspólnota „opanowała” zakresem swej działalności większość działań parafialnych, a wciąż rodziły się nowe pomysły. O Panu Bogu i naszej Wspólnocie rozmawialiśmy praktycznie wszędzie, a nasze spotkania towarzyskie i obchody np. imienin czy urodzin stawały się kolejnymi spotkaniami naszej grupy. Nie widzieliśmy w tym niczego nienormalnego, bo cały ten czas wielu z nas wydawał się jedną niekończącą się Wielkanocą i Zielonymi Świątkami. Podobnie wyglądały wyjazdy wakacyjne naszej Wspólnoty. Nigdy wcześniej nie czułem większej niż wtedy potrzeby i chęci nazywania współczłonków naszej grupy braćmi i siostrami, choć przedtem (np. na rekolekcjach oazowych) wydawało mi się to sztuczne i wymuszone.
Snuliśmy nawet plany wspólnego zamieszkania i stworzenia domu wspólnotowego. Niektórzy odkładali na ten cel już swoje pieniądze. Wiele też innych zasad czerpaliśmy z obrazu pierwotnego Kościoła w Dziejach Apostolskich. Każdy z nas oddawał np. dziesięcinę na potrzeby rozlicznych działań duszpasterskich i ewangelizacyjnych wspólnoty, spotykaliśmy się po „Naszych Mszach Świętych” na wspólnej agapie, wszystko mieliśmy wspólne i podstawowym dążeniem każdego z nas miało być otwarcie się na charyzmaty, jakimi obdarzył nas Duch Święty. Wielu z nas rozpoznało u siebie rozliczne Jego dary. Był dar języków, były uzdrowienia i rozeznania poparte Pismem Świętym. Słowem radość, miłość braterska, entuzjazm, wspólnota i świetlana przyszłość. Do dziś, kiedy o tym myślę robi mi się ciepło na sercu.
Tak było na początku. Czułem się jakbym zaciągnął się do Armii Pana. Wciąż przecież czuliśmy Jego prowadzenie, a Wspólnota wydawała wspaniałe owoce w postaci nowych Nowonarodzonych i nowych form służenia Parafii.
We wspólnocie było mi dobrze również dlatego, że tam mówiono mi czego chce ode mnie Pan Bóg. Co chwila padały ze strony Lidera lub innych moich braci i sióstr rozmaite rozeznania, co jest u mnie dobre, a co złe. To niezwykle wygodne mieć wokół siebie cały sztab „Mojżeszów”, którzy przynoszą kolejne rozporządzenia i wskazówki od Boga. Na szczęście jednak Jezus zdołał zaszczepić we mnie pragnienie prawdziwie osobistej relacji i rozmowy z Nim samym w modlitwie, dlatego też rozeznania te przedkładałem Mu w czasie moich osobistych Namiotów Spotkań oraz sam także szukałem odpowiedzi w Jego Słowie. Myślę, że między innymi dlatego zdołałem uchronić się przed wieloma niebezpieczeństwami, jakie później przyniosła nasza Wspólnota.
Do takiej praktyki zachęcał nas również nasz Lider, prosząc, aby tego rodzaju weryfikacji poddawać też i jego rozeznania. Szybko okazało się jednak, że siła oddziaływania Wspólnoty jest większa, niż się spodziewaliśmy. Wielu z nas nie potrafiło podjąć już nawet najdrobniejszych decyzji dnia codziennego bez rozeznania ich we Wspólnocie, a i sam jej Lider wkrótce stał się naszym przewodnikiem i doradcą już we wszystkich sferach naszego życia. Wielu z nas wpadało w pułapkę niewłaściwego interpretowania natchnień płynących z usłyszanego Słowa. Gdy np. pojawiał się fragment „Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię…” i dalej „Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką…” (Mt 10, 34–36), wielu z nas zaczęło nawet nieświadomie psuć swoje relacje rodzinne. Gdy słyszeliśmy o tym, że „przyjdą prześladowania…”, widzieliśmy naszych prześladowców w każdym, kto pozwolił sobie na krytykę poczynań Wspólnoty.
W ogóle poczuliśmy się bardzo szybko wybranymi i wyjątkowymi. Wzajemnie się też w tym utwierdzaliśmy i zaczęliśmy ulegać pokusie dzielenia świata na „tych, co we Wspólnocie” i na „tych, co ze świata”. I choć wiedzieliśmy, że osądzanie i porównywanie się jest niedobre i pokornie modliliśmy się za naszych „prześladowców” to podświadomie zwieraliśmy szeregi do walki z nimi. Bardzo szybko wykorzystał to nasz prawdziwy nieprzyjaciel — Szatan, który siał w naszych sercach pychę szepcząc nam do ucha „tylko wy macie rację”, „inni się mylą i błądzą…” Wkrótce też okazało się, że nasza Wspólnota jest zamknięta, a jej członkami stać się mogą jedynie wybrani. Z czasem też wyraźnie nasz ksiądz stawał się dla nas coraz bardziej Liderem, a coraz mniej duszpasterzem. Wielu z nas nie potrafiło już bez jego rady zrobić kroku, aż w końcu doszło i do tego, że rozeznawaliśmy, który nasz brat jest przeznaczony której z naszych sióstr, powodując w ten sposób nierzadko wiele ran oraz rozdarć duchowych i uczuciowych, bo niektórzy zgodnie z tymi rozeznaniami na siłę zmuszali się do rozbudzania uczuć względem tej jedynej i przeznaczonej sobie osoby.
Niebezpiecznym okazały się również rozbudowane we Wspólnocie struktury form działania i obowiązków, a także przyjmowanych na siebie zobowiązań i wierności. Ja sam wpadłem w pułapkę „działactwa” spędzając długie godziny w parafii na często bezowocnych licznych posługach, jakbym chciał za to kupić sobie Niebo. Wiele razy uciekałem też od swoich obowiązków domowych, czy nauki, tłumacząc sobie, że przecież służę Jezusowi.
Punktem przełomowym dla istnienia naszej Wspólnoty stało się odejście naszego Lidera od kapłaństwa.
Wielu z członków Wspólnoty utraciwszy w ten sposób swoje główne źródło rozeznania i rady oraz swój niejednokrotnie jedyny autorytet odeszło nie tylko ze Wspólnoty, ale i od Kościoła. Wielu poranionych przez długi jeszcze czas leczyło swe rany u innych spowiedników. Wielu do dziś nie potrafi z radością sięgać po Pismo Święte, bojąc się, aby nie przytrafiło się im znowu jakieś „rozeznanie”. Słowo to dla wielu z nas do dzisiaj brzmi złowrogo. Inni z kolei wszelkie zobowiązania, posługi i wierności, choćby nawet najdrobniejsze omijają do dziś szerokim kołem, bojąc się jak ognia wszelkich ćwiczeń duchowych.
Jeszcze w trakcie istnienia naszej grupy pojawiało się, również pośród jej członków, wiele głosów krytyki. Wszystkie one gasiła jednak wciąż powracająca fraza o prześladowcach i czasach próby. We Wspólnocie byłem jedną z osób najbliżej związanych z jej Liderem i nawet, jeśli czułem jakiś niepokój co do jej funkcjonowania, to albo ksiądz, albo inny ze współbraci szybko roztapiał moje wątpliwości w ogniu „braterskiego napomnienia”. Dopiero po kilku latach od rozpadu naszej Wspólnoty zrozumiałem, po wielu burzliwych dyskusjach i analizie owoców tego czasu, że byłem członkiem sekty. Często dziękuję Jezusowi, że uchronił mnie przed wieloma jej pułapkami. Teraz, gdy razem z moją żoną (nie miała nią prawa być, zgodnie z jednym
z „rozeznań”) rozmawiamy o Wspólnocie, modlimy się w intencji tych, którzy odnieśli w niej rany, prosząc Jezusa o ich uzdrowienie.
Wielu z członków naszej Wspólnoty odkreśliło grubą kreską ten okres swego życia uznając go za zły i bezwartościowy.
Ja widzę w tym czasie jednak wiele dobrych owoców. Tak to już jest z Panem Bogiem, że nawet z upadku i grzechu potrafi wyciągnąć dobro. Ten czas jest dla mnie bolesnym, lecz cennym doświadczeniem. Być może dzięki modlitwie i wcześniejszemu zaangażowaniu w Kościele nie utraciłem po rozpadzie Wspólnoty pociągu do Pisma Świętego i pragnienia, aby służyć Panu Bogu. Nadal jestem zaangażowany w parafii. Wróciłem też do dobrego i sprawdzonego już Ruchu Światło–Życie, gdzie znalazłem swoje miejsce w kręgach Domowego Kościoła.
Patrząc wstecz jestem też przekonany, że nasz Lider nie planował nigdy założenia sekty. To po prostu wymknęło się spod naszej kontroli. Może też i dlatego, że tam, gdzie jest wiele dobrych owoców, Diabeł stara się za zdwojoną siłą i w sposób bardziej zawoalowany zniweczyć to, co dobre, a w niełatwej drodze życia charyzmatami, gdzie potrzeba wiele pokory i wsłuchania się w Głos Boży, łatwo skręcić w niewłaściwą ścieżkę. Szatanowi wystarczy przecież tylko szczypta zbytniej pewności siebie zasiana w serce przewodnika duchowego, by z dobrego pasterza szybko uczynić guru.
Po dłuższym czasie odkryłem też, że w naszej wspólnocie pobłądziliśmy wszyscy, nawzajem utwierdzając się w błędach i pobudzając do pychy. Dziś wiem, że niezwykle łatwo gorliwą wspólnotę zmienić w grupę wzajemnej adoracji, a potem w sektę. Trzeba więc, wszystkim nam modlić się za nasze wspólnoty i grupy oraz za ich animatorów o światło Ducha Świętego i zdrowy rozsądek, abyśmy odziani w Pełną Zbroję Bożą — tę z listu do Efezjan (Ef 6, 10–20), zdołali zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego”.