Diakonia

(178 - kwiecień 2011)

Po prostu miłość

świadectwo

Chyba na zawsze będę miał w głowie obraz biskupa naprawiającego kran w mieszkaniu

Do diakonii wychowywany byłem właściwie od samego początku mojego bycia w Oazie. Na drzwiach salki oazowej w mojej pierwszej wspólnocie, u pallotynów w Łodzi, widniało zdanie: „Do wspólnoty przychodzisz, aby być szczęśliwym, zostajesz w niej, aby uszczęśliwiać innych”. Od początku też słyszałem od naszych animatorów o służbie. Można powiedzieć, że oswoiłem się z tym słowem, a było to niezwykle istotne, bo wcześniej źle mi się ono kojarzyło. Przede wszystkim jednak pomógł mi przykład animatorów, podziwiałem ich właśnie za postawę diakonii. Pamiętam animatora Zbyszka, który przekonywał nas, że każdy ma jakiś charyzmat, u jednego będzie to dar języków, u innego dar słowa, ale może to być też charyzmat zamiatania! Uczył nas, że w tych prostych posługach też można odnaleźć radość i że one nie odbierają nam godności. Przyznaję szczerze, że nie od razu potrafiłem się z tym zgodzić. Kiedy jednak widziałem animatorów, którzy po jednej czy drugiej imprezie wspólnotowej bez specjalnego umawiania czy rozdzielania obowiązków, brali się za zmywanie czy zamiatanie, to czułem, że to co mówią o służbie, nie jest tylko czczym gadaniem, ale że oni tym naprawdę żyją. A to robiło na mnie wielkie wrażenie i przygotowywało grunt pod moją przyszłą drogę diakonijną.

Najmocniejszą lekcją diakonii był dla mnie rok w Kazachstanie, który spędziłem jako wolontariusz misyjny. Zderzenie moich oczekiwań, podsycanych zapałem misyjnym, z szarą rzeczywistością było dość brutalne, ale i oczyszczające. Nie było zbyt wielu okazji do bezpośredniej ewangelizacji, nie było pracy wielkiego misjonarza, „nawracania kazachskich narodów”. Była za to prosta, codzienna praca i zwyczajne obowiązki, w których chcąc nie chcąc uczyłem się (choć z wieloma porażkami) co to znaczy bezinteresowność. Na początku był we mnie bunt, może nawet żal, więc Pan Bóg musiał się sporo natrudzić, żebym odkrył w tym wszystkim nie tylko wartość, ale i radość. Ale w ten sposób uczył mnie pokory i pokazywał, że służyć to nie znaczy realizować siebie w swoich planach, robić tylko to co uważamy za słuszne (nawet jeśli obiektywnie rzecz biorąc, tak jest), ale to przede wszystkim być gotowym do wypełniania zadań, które są w Bożych planach, odpowiadać na Jego wezwania. Uczyłem się też, że diakonia wymaga posłuszeństwa i gry zespołowej, a przyznaję, że z tym mam największe problemy. Nie było mi łatwo, kiedy na prośbę biskupa co dwa miesiące zmieniałem parafie, dopiero potem zrozumiałem, że właśnie w tym czasie byłem potrzebny w tym konkretnym miejscu, co jak nigdy wcześniej pokazało mi, że Pan Bóg naprawdę ma dla mnie najwspanialszy plan, nawet jeśli go nie ogarniam, albo trudno mi go przyjąć.

Największe wrażenie i wpływ wywarli jednak na mnie w Kazachstanie pracujący tam kapłani, zwłaszcza ks. biskup Janusz Kaleta, którego często widywałem w kuchni, przy zlewie albo innych pracach fizycznych. Chyba na zawsze będę miał w głowie obraz biskupa naprawiającego kran w mieszkaniu, które wynajmował kazachskiej rodzinie. Tam księża, aby spełniać posługę słowa muszą troszczyć się o dziesiątki innych spraw – administracyjnych, biurowych, remontowych, fizycznych i tych domowych, które większości ludzi niekoniecznie kojarzą się z „księżowskim fachem”. Byłem pod wrażeniem tego, że są w stanie zrobić tak wiele, by móc głosić Ewangelię.

Diakoni uczę się też od kapłanów tu, w Polsce, zwłaszcza od naszych moderatorów, kiedy prowadzą rekolekcje, zamiast korzystać z wakacyjnych urlopów, albo widząc ich codzienne obowiązki w parafii, zapracowanie i poświęcanie dosłownie resztek wolnego czasu na sprawy Ruchu. Diakoni uczę się od mojego moderatora diecezjalnego, który jako wikariusz w parafii mimo kolędy, wśród wielu innych obowiązków znajduje czas, żeby spotkać się ze mną i zapytać się jak może mi pomóc w domowych problemach. Dzięki nim widzę, że diakonia to przekraczanie siebie, dawanie siebie, a więc po prostu miłość.

Może to dziwne, ale dużo czasu minęło, zanim zdałem sobie sprawę, że bez miłości to wszystko, co robię naprawdę nie będzie miało sensu. Mam przed oczyma Chrystusa Sługę z witraża kaplicy na Kopiej Górce, ręce Chrystusa złożone w geście oddania się Ojcu, do końca… Teraz widzę, że On te ręce wyciąga właśnie z powodu miłości, tej do Ojca i do nas. Kaplica Chrystusa Sługi to miejsce dla mnie wyjątkowe.

Po powrocie z Kazachstanu poczułem wezwanie, żaby założyć diakonię misyjną w Łodzi. Wcześniej myślałem o diakonii życia, ale wolontariat w Kazachstanie uświadomił mi, że diakonia misyjna jest w naszym Ruchu rzeczywiście potrzebna. Bałem się, że u nas to nie wypali, że nie będzie chętnych do takiej diakonii, nie jestem bowiem człowiekiem, który ma dar gromadzenia wokół siebie ludzi. Ale Pan Bóg tych ludzi znalazł, spotykamy się już drugi rok, więc chyba rzeczywiście Bóg chce, żeby i u nas taka rzeczywistość istniała. Teraz wspólnie uczymy się, czym diakonia jest, jak ma wyglądać, jak połączyć różne osobowości i dary każdej osoby z grupy. Wciąż jesteśmy na początku drogi, na szczęście mamy przykład i wsparcie przyjaciół z diecezji warszawsko-praskiej.

Pod wrażeniem dokumentu wydanego po ostatniej Kongregacji Diakonii postanowiliśmy usystematyzować nasze spotkania, dotychczas dość spontaniczne. Zaczynamy więc modlitwą, potem dzielimy się Ewangelią, a następnie jest formacja specjalistyczna – co miesiąc omawiamy rozdział z encykliki Jana Pawła II „Redemptoris Missio”. Dopiero potem omawiamy sprawy organizacyjne, podsumowujemy i planujemy działania. Podobną kolejność zaczęliśmy stosować w diecezjalnej Diakonii Formacji Diakonii.

Wbrew pozorom wcale nie jest to takie oczywiste. Mam wrażenie, że czasem jesteśmy zbyt skupieni na działaniu, zapominamy, że to tylko środek, a nie cel sam w sobie. Zapominamy skąd mamy czerpać siłę, gdzie jest źródło. Chcielibyśmy od razu „przejść do rzeczy”, w końcu tyle spraw do omówienia, tyle trzeba zrobić, sprawy organizacyjne wydają się być najważniejsze. Zwłaszcza nam, młodym, diakonia kojarzy się przede wszystkim z miejscem posługi, a właściwie działania, a niekoniecznie z miejscem formacji i wzrostu.

Ostatnio w posłudze animatora i odpowiedzialnego wspólnoty odkrywam olbrzymią wagę modlitwy. Gdzieś w środku jestem mocno przekonany, że modlitwa za moją grupę i wspólnotę jest nie tylko ważna, ale wręcz jest pierwszą posługą jaką mogę podjąć jako animator dla grupy czy odpowiedzialny dla wspólnoty. Od jakiegoś czasu towarzyszy mi przekonanie, że żadna inicjatywa, która nie została omodlona, nie tylko nie może przynieść owoców, ale nie może być przeze mnie uznana za diakonię, skoro nie oddałem jej Bogu. Im dłużej posługuję, tym bardziej mam wrażenie, paradoksalnie, że tak mało zależy ode mnie. Czasem się jeszcze przeciwko temu buntuję, jakbym nie potrafił się pogodzić z tym, że bez względu na to jak będę się starał, czego bym nie zrobił, nie zawsze się uda. Może to właśnie pycha, bo wydaje mi się, że skoro zrobiłem wszystko co w mojej mocy, to powinno być tak jak sobie zaplanowałem? Zdaję sobie sprawę ze swoich słabości, ile rzeczy zawalam, ale nie jest to już dla mnie powód do rezygnacji czy rozpaczy.

Kiedyś uciekałem się do Boga, gdy widziałem granice w swojej posłudze, gdy wiedziałem, że „teraz to już tylko On może pomóc”. Dziś staram się najpierw Jemu powierzać swoją służbę, a dopiero potem działać. Właśnie tym było dla mnie przyjęcie błogosławieństwa do diakonii. Owszem, ważne było samo wstąpienie do Stowarzyszenia „Diakonia”, wzięcie odpowiedzialności za Ruch Światło-Życie, wyrażenie gotowości do diakonii w tym Ruchu i do trwania w nim jako specyficznej drodze mojego życiowego powołania. Ale samo przyjęcie błogosławieństwa było znakiem, że diakonia jest darem od Boga, że to jest coś, do czego Bóg mnie powołuje i zaprasza, ale też jest to przypomnienie, że do wypełnienia tego zadania niezbędna mi jest Jego łaska i błogosławieństwo.

 

Przemek