W chorobie

(168 - listopad - grudzień 2009)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Pocztówki znad krawędzi

Agnieszka Salamucha

czyli życie pod znakiem trójlistnej koniczyny

„O emigracji napisano już chyba wszystko, ale o Bogu na emigracji – mało. Aga, napisz, jak Chrystus się przechadza po naszej codzienności.”

Charakterystyczny pejzaż, znany z pocztówek, ale zaskakująco świeży i autentyczny. Ruiny zamków obrośnięte mchem i bluszczem zbitym w gęsty kłąb. Na pastwisku koń i owce. Kamienne murki, niskie i kruche, przecinają szmaragdową zieleń trawy, ocean wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Słońce nie jest częstym gościem na Wyspie Mgieł. Deszcz potrafi padać z różnych stron jednocześnie, do tego ciągle wieje od oceanu. Ilekroć jednak wspominam Irlandię, czuję w sercu dziwne łaskotanie. Rzuciła na mnie czar. Może ten sam, który sprowadził tu Patryka?

Przełamać szarość

Irlandia jest rzeczywiście zielona. Wiosna zaczyna się 1 lutego i palmy rosną cały rok w ogrodzie. To nie słońce i wysokie temperatury decydują, jakie drzewa i kwiaty tu rosną. Liczy się raczej wilgotność i brak niskich temperatur. Inną, mniej radosną, konsekwencją znajdowania się w takiej strefie klimatycznej jest wszechobecny grzyb, nie do zlikwidowania i wyplenienia.Szare są niebo, kamienie, woda. Nic dziwnego, że ludzie kochają pstrokate stroje, kolorowe domy. Każdy ma swoją nazwę: Corner House, Rock House, St. Joseph's. To takie ważne, żeby dom, nawet jeśli stoi w rzędzie jemu podobnych, czymś się odróżniał. Na parapetach wystawki – szklane bibeloty, świece, pocztówki okolicznościowe, listy, kompozycje z kamieni, papieru, gliny. Odsłonięte firany. Nikt się wstydzi tego, co ma w domu. Czasem można zobaczyć mieszkańca w polarowym szlafroku, pijącego poranną kawę.

Wzdłuż pól i dróg ciągną się słynne murki. Kamienne, bo ziemia rodzi kamienie i coś trzeba z nimi zrobić. Tomek opowiada, że widział gospodarza, który nie mógł wjechać ciągnikiem na swoje pole. Znalazł jakieś dobre miejsce do wjazdu, rozebrał murek, wjechał, a potem ponownie go ustawił.

Ziemia św. Patryka

Ewangelizacja Irlandii obyła się bez męczenników, chociaż Patryk żył w ciągłej obawie o swoje życie. To dlatego ułożył piękną modlitwę – Chrystus moją tarczą, przede mną i za mną, po mojej prawej i lewej stronie. Był zdecydowany, miał duszę Bożego wojownika. Szedł, choć się bał.Mnisi celtyccy zamieszkiwali skaliste wyspy, których unikały nawet większe zwierzęta. Nic dziwnego, że dawali radę anomaliom przyrodniczym, skoro wykołysały ich takie wichry, otulały takie mgły. Na wyspach Aran odkryłam, czym jest siła wiatru. Jeśli jedzie się rowerem pod wiatr, to nawet zjeżdżając z górki będzie się stać. Z wiatrem nie trzeba dotykać stopą pedałów, żeby wjechać pod górę.

Wejście na górę św. Patryka (Croagh Patrick: tam święty odbył 40-dniowy post) ludzie traktowali jako pielgrzymkę. Wchodzili boso, a kamienie są ruchome i bardzo ostre, o chlebie i wodzie. Niebezpieczna góra. Jak Patryk tam wszedł, to nie musiał się martwić niespodziewanymi odwiedzinami kogokolwiek. Za to widoki miał takie, że ho ho...

Irlandczycy

Wszyscy i wszędzie śpiewają. Nucą kierowcy w autobusach, sprzedawcy w sklepach. Dziadek jadący z Shannon do Galway, posiadacz małego radia tranzystorowego, przerwy pomiędzy najświeższymi wiadomościami z kraju i ze świata wykorzystuje na śpiewanie solo utworów ludowych. Ewa mówi: Czasem się zastanawiam, jak oni to godzą – płytkość życia i głębię w piosenkach. Jest w tych piosenkach coś urzekającego, jakaś bolesna tęsknota. Za kim, za czym?

Na wieczornych imprezach w pubach do 2200 (mniej więcej) króluje muzyka tradycyjna (flet, bębenek, skrzypce), potem zaczyna się dyskoteka. Dużo piwa i dużo przygodnego seksu. Nie jestem najmłodsza i specjalnie atrakcyjna, ale przestrzegano mnie, że tam mężczyźni zaczepiają każdą kobietę i proponują im zawsze jedno i to samo.

Choć popularne jest uprawianie sportów, Irlandki są raczej korpulentne, za to na co dzień chodzą w dresach (w wersji eleganckiej dres przyozdobiony zostaje sztucznymi brylancikami). Niespecjalnie krytyczne względem siebie. Ktoś kiedyś na widok irlandzkich dziewcząt idących do pubu stwierdził: o, słoniątka wyszły. Bo bardzo tęga dziewczyna w bardzo kusej spódniczce wygląda dokładnie tak.

Są zahartowane przez klimat. W pochmurny wieczór dnia świętego Walentego, kiedy temperatura bliska jest zeru, dziewczyny idą na bal w pięknych sukniach, z odsłoniętymi ramionami, bez żadnego okrycia ani nawet rajstop. Na sam widok robi mi się zimno, chociaż paraduję w narciarskiej, czerwonej kurtce, z masywnym kapturem na głowie.

Ludzie uśmiechają się do siebie. Nawet na wyspach Aran, oblężonych przez natrętnych turystów, pozdrawiają intruzów. W pubie „Rabbitt's” zerkam na dwie panie w średnim wieku, popijające Guinnessa. Czują na sobie ten wzrok, przyjaźnie mówią „hello”. W Connemarze jest zwyczaj, że mijając samochód z przeciwka, kierowcy pozdrawiają się gestem otwartej, uniesionej dłoni. Ale – tak mówią Polacy mieszkający w Irlandii – nie należy mylić ich przyjacielskiej uprzejmości z przyjaźnią. Iwona, która pracuje w aptece w Corku, opowiadała, że któregoś dnia miała przykrą sytuację z niemiłym klientem. Irlandzkie koleżanki z pracy przysyłały jej potem SMS-y z wyrazami wsparcia. Jedna z nich nazwała ją „my polish sister”. Ale to niewiele znaczy. Nie można oprzeć się na nich. Iwona mówi, że nie mogłaby wyjść za mąż za Irlandczyka. Inna mentalność, inni ludzie.

Oglądaliśmy kiedyś film „Once”. W jednej ze scen dziewczyna idzie przez miasto, ciągnąc za sobą odkurzacz jak psa na smyczy. Wygląda to co najmniej śmiesznie, nawet dziwacznie, ale Julia stwierdza, że tutaj to normalne, nikt się nie dziwi. Człowiek ciągnący odkurzacz nie wzbudza zainteresowania na irlandzkiej ulicy. Jeżeli ktoś się za nim obejrzy, to będzie Polak.

Emigranci

W dobie rozpusty kulinarnej trudno zrozumieć, czym było pojawienie się ziemniaków w Europie. Niewielki spłachetek ziemi mógł wyżywić rodzinę przez cały rok. Kiedy przyszła klęska nieurodzaju, jedna za drugą, rok po roku, nie było ziemniaków ani do jedzenia, ani do sadzenia. Uchwyceni w żelazne kleszcze głodu, Irlandczycy w liczbie 3 milionów (to tyle, ile mieszka ich teraz na Wyspie) opuścili rodzinne strony.

Ekspozycja w Muzeum Emigracji w Cobh/Queenstown pozwala to sobie wyobrazić. Ileż to nabrzeże poznało ludzkich krzyków i łez. Podróż statkiem do Ameryki była straszna, przyszłość niewiadoma. W ostatnią noc przez wyruszeniem do portu odprawiano nad wyjeżdżającymi takie same ceremonie jak nad zmarłymi. Po dotarciu do portu i kupnie biletów ludzie oczekiwali na statek zakwaterowani w niesłychanej ciasnocie. Dzieci płakały i kaprysiły, głodne psy (przecież nie mogły zostać we wsi, kiedy państwo wyjechali) wyły, szczekały, warczały. Zabuczało jakieś cielę, ktoś komuś dał w nos, złodzieje chyłkiem dobrali się do podróżnych, wiklinowych koszy, a okradani podnieśli przeraźliwy krzyk. Potem wiele dni w ładowniach, ciemnych i smrodliwych. Człowiek nie jest stworzeniem bezzapachowym, a tylu ludzi naraz, brudnych i wymiotujących, często pijanych... Co im ratowało zdrowe zmysły? Muzyka, pachnąca utraconym domem.

We współczesnej Irlandii jest mnóstwo emigrantów. Moi przyjaciele wynajmują pokój w niedużym domku, gdzie oprócz nich mieszkają Brazylijczycy, Łotysze i Niemiec. Gdzie emigranci, tam problemy. Kiedyś słyszałam, jak irlandzki ksiądz mówił o gościnności. Widać potrzeba było mówić o tym. Łatwo się zapomina, jak to jest być ubogim, a do tego jeszcze na obcej ziemi. A skoro role się odwróciły – przekonywał swoich wiernych – bo teraz oni są goszczącymi, a nie przyjezdnymi, powinni okazać serce tym niezliczonym rzeszom emigrantów zarobkowych z całego świata. To było rok temu. Dziś mamy kryzys, emigranci wracają do siebie albo jadą dalej, a Irlandczycy, którzy brali pożyczki i kredyty, żeby kupić dom pod wynajem dla cudzoziemców, zostali z długami do spłacenia.

Nie ma pluszowych krzyży

Ci ze wschodniej Europy, czyli my. Nosimy w sobie jakąś tajemnicę, która fascynuje Irlandczyków. Obserwują nas. Widzą nasze niekonsekwencje, konflikty, zazdrości. Z drugiej strony, nasze dziewczyny ubierają się gustowniej, prowadzą nie aż tak lekko jak Irlandki. Chadzamy do kościoła, pracujemy sumiennie.

Poznałam tych najlepszych, najwspanialszych, głębokich, którzy tutaj w Irlandii – pewnie i w Polsce – wyrośli ponad przeciętność. Interesuje ich Bóg, życie wieczne, tajemnice duszy i serca. Maciek nazywa ich „chórkiem kościelnym”, bo śpiewają na niedzielnej Mszy, ale to więcej niż samo śpiewanie. Żeby opowiedzieć Wam o nich dyskretnie i z szacunkiem, ukrywam ich prywatne imiona, zawody, miejsca zamieszkania. Ważne są same historie.

Iza i Tomek z Bielska Podlaskiego, teraz z Oranmore. To dzięki nim mam kontakty z irlandzkim Kościołem. On – ekonomista z zawiązkami brzuszka, bardzo czuły dla żony i mający niesamowite poczucie humoru. Rozwozi wędliny do sieci sklepów. Ona – brunetka o egzotycznej urodzie, elegancka i pogodna. Skończyła psychologię. W 2008 roku zdecydowali się zostać na stałe, dziś nie są już niczego pewni. Iza bardzo chciałaby zostać mamą, regeneruje organizm po stosowaniu antykoncepcji. Rok temu wydawało się, że udało się jej znaleźć fantastyczną pracę: miała rozmawiać w szpitalu z dziewczynami, które nie chcą urodzić dziecka. Czy to nie jest niezwykłe – mówiła wtedy – że akurat ja, która tak bardzo chcę mieć dziecko, będę mogła przekonywać inne kobiety do przyjęcia swojego macierzyństwa? Ostatecznie Iza pracuje jako manager w supermarkecie. Nie będzie nikogo „nawracała na macierzyństwo”, nie angażuje się w żadne takie działalności. Jest leczona przez Boga byciem niepłodną. Dziecko nie może być bożkiem dla rodziców, a nawrócenie do prawdziwego Boga nie gwarantuje  spełniania się naszych ukrytych marzeń i pragnień. Jezus leczy chorą religijność Izy. Chce od niej Izaaka – a ona szuka przebłagania w praktykach religijnych, zamiast w rzuceniu się na głębię.

Janusz szukał swojego szczęścia i miłości w przygodnym seksie z przypadkowymi dziewczynami. Można powiedzieć – „jawnogrzesznik”. (Seks z byle kim i oglądanie stron pornograficznych są smutnymi sposobami radzenia sobie z samotnością dla wielu osób na emigracji). Mimo swoistej „prostoty myślenia”, coś „tłukło” chłopaka od środka. Korzystał z sakramentów, spowiadał się średnio raz na miesiąc, nawet częściej. To znaczy – szukał. I całkiem niedawno znalazł miłość swgo życia, podobno świetną dziewczynę.

Julia, flecistka, która zostawiła w domu męża i dwie córki, codziennie siedzi na skypie i ma poczucie, że zmarnowała dwa lata życia swojego i swojej rodziny, nie zarabiając w końcu specjalnych kokosów. Ale to tylko część prawdy. W Irlandii spotkała kochającego Chrystusa. Nie boi się już umierać, chce brać swój krzyż. Julia ma niewierzącego męża, który nie rozumie, co się z nią dzieje. Chociaż bardzo pragnie jego nawrócenia, zrezygnowała z robienia czegokolwiek na siłę. Wie, że tylko jej własne nawracanie się, otworzy serce męża. I łaska wiary, dana od Boga, której nie wolno sobie przywłaszczyć.

Jest jeszcze Sebastian. Przyjechała do niego na rok żona – megiera. Na każdym kroku upokarza męża i go strofuje. Sebastian po szkole Jezusa, dzięki częstej Eucharystii żyje z kobietą, z którą inni nie są w stanie wytrzymać kwadransa, i jest wobec niej pokorny. To dopiero prawdziwy cud.

Księża, młodzi i dzielni, dają z siebie wszystko, choć jakiekolwiek działanie w zmaterializowanym świecie wydaje się pozbawione sensu. Często pracuje się z małą grupką i to średnio zaangażowaną. Nie ma nawet śladów wdzięczności, za to wojujący antyklerykalizm. Ci chłopcy, którzy odważyli się na wyjazd, samotność, emigracyjną poniewierkę, mówią: teraźniejszość Kościoła w Irlandii to przyszłość Kościoła w Polsce. Jeśli będziemy opierać się tylko na tradycji, to skończymy jak Irlandczycy.

Jak to się stało? Kraj z tak bogatą tradycją katolicką i wiekami walki o katolicką tożsamość, wiekami wysublimowanych prześladowań? Teraz biskupi irlandzcy dziękują młodym, polskim katolikom za to, że chodzą w niedzielę do kościoła, bo młodzi Irlandczycy się tam nie pojawiają.

Nie jest to specjalny powód do entuzjazmu i dumy narodowej. Po pierwsze, do kościoła przychodzą młodzi, bo to oni wyjeżdżają z Polski, a nie emeryci. Po drugie, zdecydowana większość Polaków na emigracji (mam wrażenie, że i w ojczyźnie) nie chce myśleć o Bogu głębiej. Co będzie z nami dalej?

„Jestem obrazem Twojej niewymownej chwały, nawet, gdy noszę w sobie rany grzechu.”

Pierwotne zakończenie tego tekstu było następujące: „W Galway, w Corku, w Kinsale nie ma wspólnot Ruchu Światło-Życie. Są oazowicze. Dają z siebie tyle, ile mogą. Wchodzą w polskie środowiska z dobrym słowem, dobrąksiążką czy gazetą, zaproszeniem na kawę, głębią swojego serca, po której przechadza się sam Bóg.” Tak napisałam. I zaraz dostałam ripostę od kogoś z Irlandii: „Nie chcę być oazowiczem z dobrą gazetą, dobrym słowem. Chcę być chrześcijaninem, dzieckiem Boga. Uważam osobiście, że Oaza potrzebuje powrotu do korzeni, wejścia w Ewangelię. Chodzi mi o to, że moralność (czasami faryzejska), przesłania coś więcej.”

 

Na emigracji co chwila zdarzają się sytuacje, w których ludzie sobie nie radzą i wiedzą, że muszą liczyć na Kogoś więcej. Spadają maski i umiera się za życia, krwawią rany, zawodzą ludzkie zabezpieczenia. Doświadcza się własnego dna, własnej i ludzkiej podłości, dramatycznej prawdy o sobie. Wtedy pęka zaskorupiały światek, żeby mogła wedrzeć się do środka smuga Światła, żeby można było odkryć, jak bardzo jest się kochanym i cennym w oczach Boga. Jak mówi Ania z Galway: „Tutaj mam Chrystusa. To mój najlepszy zarobek”.