Rodzice i dzieci

(203 - styczeń - luty 2015)

z cyklu "To lubię"

Pod żaglami

Paweł Rosochowicz

Moje zainteresowanie żeglarstwem rozpoczęło się zaraz na początku średniej szkoły, oczywiście przez przypadek (chociaż przypadki są tylko w gramatyce). W zasadzie ten sport mnie nie pasjonował, raczej wolałem grać w piłkę albo w siatkę. „Przypadek” polegał na tym, że chcąc kontynuować przynależność do harcerstwa w naszym liceum, można było zapisać się tylko do drużyny wodnej. 

Zaraz się zgłosiłem, rodzice kupili mi taki specjalny mundurek (bardzo podobny do munduru prawdziwego matrosa) i zacząłem jeździć na przystań Harcerskiego Klubu Żeglarskiego. Oczywiście na początek dostawaliśmy miotły i zamiataliśmy hangary, ale to właśnie tam spot-kałem się pierwszy raz z prawdziwymi jachtami. Wówczas były to drewniane omegi, a jedyny plastikowy jacht typu Karina był kabinowym cacuszkiem.

Jeszcze zimą rozpoczął się kurs na pierwszy stopień wtajemniczenia żeglarskiego i po zdaniu egzaminów: praktycznego i teoretycznego dostałem patent żeglarza jachtowego. Jakże wtedy byłem dumny! Dokument wyda-ny przez Polski Związek Żeglarski z bardzo ważnymi pieczątkami i moim nazwiskiem! 

Tego samego lata pojechałem na obóz żeglarski na Mazury (jakże inne niż teraz). Pamiętam pogoda nas nie rozpieszczała a na rękach od wybierania szotów (czyli trzymania lin) powstawały bąble… I to właśnie wtedy naprawdę zaczęło się moje żeglarstwo.

Potem były różne obozy żeglarskie, spływ Wisłą z Płocka do Gdańska, znowu Mazury, obozy letnie w Kiekrzu.

W roku 1982 zapisałem się na kurs sternika jachtowego (to następny stopień umożliwiający samodzielne prowadzenie większych jachtów) i latem 83 roku po zdaniu egzaminów teoretycznych (m.in. z nawigacji, teorii żeglowania czy meteorologii) i praktycznych na jachcie z dwoma masztami (niezła jazda!) zostałem członkiem Poznańskiego Klubu Morskiego. Już wtedy byłem szczęśliwym tatą i tylko dzięki wielkiej wyrozumiałości żony mogłem dalej oddawać się mojej pasji. 

Przez następne 16 lat szkoliłem adeptów żeglarstwa stawiających „pierwsze kroki na wodzie”. Były wtedy również moje pierwsze rejsy morskie po Bałtyku. 

W międzyczasie dochowaliśmy się czwórki dzieci i na parę lat zawiesiłem moje „praktyczne żeglarstwo” zamieniając na czytanie książek i czasopism o żeglarskiej tematyce.

Długo tak nie wytrzymałem i moja żona to zauważyła. W zasadzie to ona mnie namówiła i kilkanaście lat temu pojechałem z przyjaciółmi na pierwszy rejs po Adriatyku. I od tamtej pory wyjeżdżamy co roku. W chorwackiej części Adriatyku wybrzeże jest tak urozmaicone, że w zasadzie można za każdym razem być gdzie indziej.

Żeglarstwo to jest pasja, która uczy praktycznie wszystkiego, co w życiu jest niezbędne. A nawet dla niektórych jest sposobem na życie. Tutaj człowiek uczy się wspaniałej współpracy, odpowiedzialności za siebie i innych, i przede wszystkim pokory wobec natury. Podczas wypraw żeglarskich rodzą się znajomości na całe życie i na ludziach tych można z cała pewnością polegać w każdej sytuacji życiowej.

Chciałbym jeszcze przepłynąć Atlantyk, a ponieważ jestem raczej „ciepłolubny”, to dokonać tego w pasatach. Gdy czytałem wiele książek żeglarskich, zawsze podobały mi się opisy żeglugi pasatowej – stałe, ciepłe wiatry i wspaniałe, długie oceaniczne fale. 

I pamiętajcie: NAVIGARE NECESSE EST, VIVERE NON EST NECESSE.