Na wojnie

(177 - luty - marzec 2011)

z cyklu "Ze wszystkich narodów"

Podróż sentymentalna

Wiola Szepietowska

Na wzgórzu Radobyl stoi wielki, metalowy krzyż. To najwyższe wzniesienie w pobliżu Litomierzyc. Widać z niego panoramę miasta, wstążkę Łaby, daleką autostradę łączącą Pragę z Dreznem i odległe wierzchołki Czeskiej Szwajcarii.

W tegoroczne wakacje (2010 r.) w Litomierzycach odbyły się Misje, tradycyjnie co roku organizowane przez Kazatelske středisko Dominikánů, w  których uczestniczyli dominikańscy tercjarze, kapłani oraz oazowicze. Była to tygodniowa akcja ewangelizacyjna na ulicach i w kościołach tego niezwykle urokliwego miasteczka w północnych Czechach. Na jednym ze zdjęć z relacji pisanej przez ojca Jana Rajlicha, moderatora krajowego, na katolickim blogu Duše a Hvězdy, widać stojącą na Radobylu część zespołu ewangelizacyjnego. Na innych zdjęciach znane twarze na równie dobrze nam znanych ulicach Litomierzyc. Ta relacja jest niczym magdalenka zanurzona w herbacie początkiem podróży w poszukiwaniu „straconego” czasu.

Cienie nad miastem

Droga z Ustka wiedzie wzdłuż plantacji chmielu, winnic, sadów. Nad miastem górują katedra św. Stefana i położony w pobliżu niej pałac biskupi. Wśród kolorów dominują biel i malinowa czerwień. Wieże i kunsztownie zdobione wieżyczki. Wąskie uliczki wzdłuż wzgórza katedralnego. Tarasowe ogrody. Na wieży domu U Kalicha – w kształcie kielicha, od czego pochodzi nazwa budynku – spotykali się rajcy miejscy, by pijąc wino omawiać ważne dla miasta sprawy. Wieża na Dómské náměstí zbudowana jest nietypowo obok katedry. Pamiętam, jak z grupą młodych Czechów wbiegaliśmy na nią w noworoczną noc, by popatrzeć na fajerwerki. Zaraz po Mszy, w czasie której zaproszono do służenia naszego trzynastolatka. Dostał nawet dzwonki i wrócił radosny z informacją, że dzwonią tutaj inaczej niż u nas. Do dziś nie wiem, w jaki sposób porozumiał się z kościelnym.

Na placu Katedralnym jest dom nazywany Trojką – od numeru. To było miejsce, w którym odbywały się spotkania Ain Karim, Oazy w północnych Czechach. Na ponad rok było dla nas jak dom: mogliśmy tu przyjechać, kiedy chcieliśmy, i przyjmowano nas jak swoich. Teraz mieszka tam ksiądz pracujący w katedrze. To była jedna ze zmian dokonanych przez obecnego biskupa, która wprowadziła większą regularność w życie liturgiczne i sakramentalne parafii. Do tej pory bowiem to, że msza miała się zacząć o 18.00, wcale nie znaczyło, że nie może się zacząć o 18.20, bo ksiądz musiał jeszcze zdążyć skądś dojechać. Staliśmy się „bezdomni”, co zmusiło nas do dokonania kolejnego odkrycia – klasztoru w Doksanach.

Zauroczyliśmy się Litomierzycami od pierwszej chwili. Może dlatego, że był maj, piękny, słoneczny, pachnący kwiatami. Podobało nam się wszystko, nawet to, co niekoniecznie musiało się podobać. Zresztą nie widzieliśmy wad.

Ten rejon Czech nazywa się często „kamieniołomem Pana”. Czasem ziemią przeklętą. W czasie II wojny światowej znajdował się tu jeden z podobozów KL Flossenbürg. KL Leitmeritz był przystankiem na drodze więźniów ewakuowanych z Gross Rosen, Auschwitz-Birkenau czy samego Flossenbürga. Podobno odwet wzięty przez Czechów na Niemcach po wyzwoleniu przez armię amerykańską był krwawy i brutalny. Zaledwie trzy kilometry dalej leży Terezin, znane getto żydowskie z czasów II wojny światowej. Na tamtejszym cmentarzu, znajdującym się obok Małej twierdzy, zobaczyliśmy coś, co nas zadziwiło w kontekście powracających problemów z Auschwitz-Birkenau: wielka gwiazda Dawida stoi obok równie znacznego krzyża nie budząc żadnych negatywnych emocji i protestów.

Powojenna migracja sprawiła, że zamieszkali tu ludzie oderwani od swoich korzeni, którym planowo przeszkadzano w zakorzenianiu się w niekomunistycznej tradycji. Jednak zdaniem ojca Jana Rajlicha powtarzana nawet przez samych mieszkańców opinia o duchowej nieurodzajności i kamienistości tej diecezji nie jest do końca prawdziwa. Misje pokazały, że mieszkańcy Litomierzyc nie mają specjalnych uprzedzeń wobec Kościoła katolickiego. Jeśli już używać kopalnianych porównań, to raczej hałda świeżo wydobytej ziemi, na której obecnie zakorzenia się nowe życie.

Nieugięty do końca

W czasach komunistycznych każdy ksiądz, który mógł pracować w parafii, podlegał władzy sekretarza partyjnego, bez wiedzy którego nie mógł nic robić poza parafią. Tych, którzy zbyt aktywnie pracowali wśród ludzi, przenoszono do martwych parafii. Sekretarz partyjny był obecny na każdym zjeździe dekanatu. Zlikwidowano klasztory męskie i żeńskie. Później, po okresie „odwilży”, pozwolono zatrudnić siostry zakonne w szpitalach dla umysłowo chorych i domach starców, motywując to tym, że: „starców i debili nie da się zepsuć religią”. [1]

W społeczeństwie, które w 90% jest za aborcją, mniej więcej tyle samo za eutanazją, w hierarchii prestiżu społecznego ksiądz jest w piątej kolejności od dołu (najniżej jest sprzątaczka).

W szare, grudniowe popołudnie odszukujemy na litomierzyckim cmentarzu grób kardynała Stefana Trochty. Niezwykła postać i ważna dla czeskiego Kościoła. Salezjanin, więzień obozów Mauthausen i Dachau. 28 września 1947 r. został biskupem Litomierzyc, ale już w 1949 r. władze zabroniły mu wykonywania funkcji biskupich. W 1953 r. uwięziono go – po wyroku skazującym przebywał w sześciu najsłynniejszych czeskich więzieniach. W 1960 r. został zwolniony „pod warunkiem, że włączy się w proces produkcyjny narodu”. Musiał podjąć pracę jako zwykły robotnik murarski i cieśla w Pradze. Do swojej diecezji wrócił na krótko w czasie Praskiej Wiosny. Kiedyś oglądałam galerię zdjęć kardynała z tego okresu. Witany radośnie przez przedstawicieli diecezji, kwiaty, młodzież, autografy rozdawane na dachu auta. Zdjęcie z Karlem Gottem. Zmęczona twarz, w której krył się smutek, o grubych rysach i wydatnym nosie.

W 1969 r. papież Paweł VI mianował go kardynałem „in petto”, a 5 marca 1973 r. nominacja ta została ujawniona. Choć otrzymał pozwolenie na wyjazd do Rzymu, kard. Trochta wiedział, że władze nie wybaczą mu tej godności. Nie został arcybiskupem Pragi. Nie pozwolono odczytać jego listu pasterskiego ani też odprawić mszy św. przy grobie błogosławionej Zdzisławy. Zaczął też chorować. Zmarł 6 kwietnia 1974 r.

„Ani radio, ani telewizja czechosłowacka nie wspomniała o śmierci Kardynała. W dniu pogrzebu miasto było zamknięte dla świata. Nie wolno było odprawiać mszy żałobnych ani wywieszać czarnych flag. Obecni na pogrzebie kardynałowie, wśród nich kardynał Kónig z Wiednia i kardynał Wojtyła z Krakowa, nie mogli koncelebrować, a Prymas Polski, kardynał Wyszyński, nie dostał pozwolenia na przyjazd na pogrzeb. Kardynał Bengsch z Berlina Wschodniego powiedział wówczas: Żyję już 20 lat w komunizmie, ale dopiero teraz czuję, czym jest komunizm. Partia musi czuć się rzeczywiście słaba, skoro nawet prywatnie nie pozwolono nam odprawić mszy świętej. Kardynałom pozwolono jedynie przystąpić do Komunii św.”. [1]

Po śmierci Trochty do 1989 roku nie ustanowiono nowego biskupa. Nie wiem, na ile ta postać istnieje w świadomości mieszkańców Litomierzyc, ale trudno uwierzyć, aby jego ofiara nie miała przynieść żadnych owoców.

W budynku nazwanym obecnie imieniem kardynała (Domu Trochty) znajdowało się jedyne przed Aksamitną Rewolucją Seminarium duchowne w Czechosłowacji. Likwidacja seminariów diecezjalnych była elementem planu całkowitej izolacji Kościoła od reszty społeczeństwa. Można tu było przyjąć tylko tych, którzy odbyli wcześniej rozmowę w partii, a początkowo na pierwszy rok nie więcej niż 25 kandydatów z terenu całego kraju. Dlatego do tej pory w Czechach jest ogromny niedobór kapłanów. Wielu tu Polaków, ale nie wszyscy umieją się odnaleźć w tych mocno ascetycznych realiach. Czasem któryś stwierdza, że nie opłaca mu się przygotowywać do chrztu jednego człowieka, nie biorąc pod uwagę, że drugiego może się nie doczekać. Mocno też rani lekceważenie okazywane przez zwolenników masowego duszpasterstwa, którzy nie bardzo mogą tu rozwinąć skrzydła.

Znajome opowiadały nam o przeżyciach Exodusu w czasie litomierzyckiej dwójki w 2007 roku. Na Eucharystię dotarli w środku nocy, ze skrępowaniem myśląc o obudzeniu gospodarza, księdza podeszłego wiekiem. Ten jednak przywitał ich w przygotowanym do Mszy kościele, jasno oświetlonym – to światło było widoczne z daleka – dziękując im za to przeżycie. Jedna z dziewczyn podsumowała, że gdyby to był młody ksiądz, to by nie tylko nie podziękował, ale się nie zgodził na taką niewygodę.

Księża w Czechach często posługują na kilku parafiach. Często nie mają w ogóle poczucia sensowności swojej pracy. Moderator z Litomierzyc, ks. Martin Davidek, był sekretarzem biskupa. Pracował sześć lat od ósmej rano do drugiej nad ranem. Codziennie. Mówił, że zostaje tylko on i Pan Jezus. Wie, że dla Niego żyje, i nic więcej.

Mistyka smutku

Niedaleko katedry znajduje się hospicjum. Na Msze w małej kaplicy bardzo często przychodzą ludzie z miasta, jak do parafialnego kościoła. Z tym miejscem wiąże się osoba Marii Svatošovej, lekarki, założycielki czeskiego ruchu hospicyjnego.

Ostatnia niedziela października – w Czechach dzień dziękczynienia za plony (głównie sadów i winnic, o czym świadczyły efektownie ułożone na tacy winogrona i jabłka). Byliśmy wtedy w Doksanach, w klasztorze norbertanek. W czasie Eucharystii czytano list biskupów Czech i Moraw, podsumowujący wrześniową wizytę Benedykta XVI.

Biskupi napisali, że była ona wyzwaniem, domagającym się przemyślenia i odpowiedzi. „Nasz Kościół cierpi z powodu poczucia jakiejś niemocy, przygnębienia i niższości, niektórzy wierzący również osamotnienia. Czasami sami się do tego przyczyniamy, bo nie wiemy, że jesteśmy dla siebie stworzeni, i co mamy wnieść do życia innych. (…) Poczuliśmy jedność i widzieliśmy, że nie jest nas mało, nie jesteśmy nieważną garstką ludzi, a przede wszystkim dostrzegliśmy, że mamy niepokonaną siłę: Bożą miłość”.

Maria Svatošova napisała książkę pt. „Normalne je veřit”. W przedmowie zwraca uwagę na pokolenie młodych ludzi, nieskażone socjalistyczną szkołą czy nieuzasadnionymi uprzedzeniami. Wielu przejawia zadziwiające przekonanie, że wiara jest czymś normalnym. Ci, którzy spotkali żywego Boga, próbują ukierunkować swoje życie, odnaleźć się w nim i zakotwiczyć. Mają pełne prawo oczekiwać pomocy od chrześcijan ze swego otoczenia, nie zawsze ją jednak znajdują.

Poczucie osamotnienia na pewno towarzyszyło i jeszcze towarzyszy w Czechach osobom wierzącym. Kiedy jednak patrzę na młodych oazowiczów, widzę pokolenie, które idzie przez życie z podniesioną głową. Niezwykłe były też chwile, kiedy ludzie zaczynali się otwierać. Czesi nie są wylewni i fakt, że ktoś postanowił nas wyściskać w kościele przed Mszą, ma swoje znaczenie. Niekiedy poruszaliśmy się w tej rzeczywistości z wdziękiem słonia, ale wewnętrznie, duchowo, chyba nie było takiego momentu, kiedy – w końcu obcy – czulibyśmy się nieswojo. Może nie wszystko rozumieliśmy, ale z drugiej strony: czy trzeba, czy da się wszystko zrozumieć?

Pan Bóg mówił tu do nas wyraźniej, jakby wyłączone zostały wszystkie zewnętrzne bodźce. Pozostała tylko czysta mistyka, unosząca się niczym dym z kadzielnicy w ostrym świetle zimowego słońca przedzierającego się przez witraże w katedrze, i głęboka świadomość, że – cytując Marię Svatošovą – „kto nic nie ma, nie może drugiemu nic dać. Chrześcijanin, który nie żyje Słowem Bożym, sam zaczyna tracić wiarę, a na koniec nie zostanie po niej żaden ślad. Może jeszcze mechanicznie recytować Credo, z przyzwyczajenia pójdzie w niedzielę do kościoła, ale nie będzie już w stanie przekazywać innym Dobrej Nowiny. Trzeba starać się dobrze poznać Słowo Boże, przyjąć je, żyć nim w codzienności i z wielkodusznością Siewcy rozsiewać je wokół siebie”.

W Czechach umierał mój aktywizm. Tylko tyle mogliśmy zrobić – nie być pustym i siać.

 

Wiola Szepietowska