Na wojnie

(177 - luty - marzec 2011)

Pomoc

Anna Janowska

Pieniądze, które przeznaczane są na pomoc i rozwój, nigdy lub prawie nigdy nie dochodzą tam, gdzie są najbardziej potrzebne – do zwykłych ludzi, którzy cierpią głód lub umierają na biegunkę z powodu odwodnienia

Pomoc humanitarna – chyba jedno z najbardziej popularnych haseł ostatnich kilku lat. Odmieniana przez wiele przypadków, odgrywana na różnych arenach, obecna w życiu politycznym, społecznym, religijnym. Wielu z dumą mówi o swoim zaangażowaniu w pomaganie, inni wyrzucają swoim przeciwnikom brak owego zaangażowania. Jakie zająć stanowisko? Gdzie lokować pieniądze? Czy chrześcijanin jest z natury rzeczy zobowiązany do pomocy humanitarnej?

Na początek proponuję przyjrzeć się kilku faktom. Zacznijmy od tego, co wyznacza prawo. Myślę, że pomoże nam to spojrzeć na pomoc humanitarną bardziej realnie, dając odpowiedni dystans i wyzwalając z naiwności.

Udzielanie pomocy humanitarnej przez Polskę reguluje Ministerstwo Spraw Zagranicznych (www.polskapomoc.gov.pl). Robi to w oparciu o wytyczne Unii Europejskiej i Organizacji Narodów Zjednoczonych. Pozwolę sobie więc zacytować definicję pomocy humanitarnej wprost z dokumentu, który stał się w Unii podstawą rozumienia pomocy. Dokument ten nosi nazwę „Konsensus europejski w sprawie pomocy humanitarnej”:

Celem pomocy humanitarnej UE jest zapewnienie działań w sytuacjach kryzysowych, działań, które będą oparte na potrzebach i których celem będzie ochrona życia, zapobieganie ludzkiemu cierpieniu i łagodzenie go, a także zachowanie godności ludzkiej zawsze, gdy pojawi się taka potrzeba, w sytuacjach, gdy rządy i podmioty lokalne są przeciążone, niezdolne lub niechętne do podjęcia działań. Pomoc humanitarna UE obejmuje działania w zakresie wsparcia, pomocy doraźnej i ochrony, których celem jest ratowanie i ochrona życia w sytuacji kryzysu humanitarnego lub bezpośrednio w ich następstwie, ale również działania służące ułatwianiu lub uzyskiwaniu dostępu do ludzi znajdujących się w potrzebie i służące swobodnemu przekazywaniu pomocy. Pomoc humanitarna UE jest dostarczana w odpowiedzi na sytuacje kryzysowe spowodowane przez człowieka (w tym złożone sytuacje kryzysowe) i na katastrofy naturalne, w zależności od potrzeb.

Definicja dość przejrzysta. Istotne z punktu widzenia przeciętnego Polaka, który chciałby jakoś pomóc, są następujące wnioski:

– przekonanie, że pomoc z zewnątrz jest udzielana tylko wtedy, gdy lokalne służby z jakiegoś powodu nie dają sobie same rady,

– nakierowanie na pomoc realnie cierpiącym osobom,

– pewność, że godność każdej ludzkiej istoty jest wartością priorytetową.

Myślę, że każdy z nas życzyłby sobie takiej właśnie pomocy w praktyce, nie tylko w zapisie odpowiednich jednostek rządowych. Ale o tym później.

Udzielaniu pomocy humanitarnej towarzyszą następujące zasady:

– humanitaryzmu – jednostkę ludzką należy traktować humanitarnie w każdych warunkach, czego przejawem jest ratowanie życia ludzkiego i niesienie ulgi w cierpieniu, przy jednoczesnym poszanowaniu jednostki;

– bezstronności – podstawą niesienia pomocy humanitarnej musi być wyłącznie zaistniała potrzeba, udzielanie pomocy humanitarnej nie może być uzależnione od narodowości, rasy, wyznania ani poglądów politycznych;

– neutralności – udzielanie pomocy humanitarnej nie łączy się ze wspieraniem jednej ze stron konfliktu zbrojnego lub innego sporu, w trakcie którego organizowana jest pomoc humanitarna;

– niezależności – oznaczająca autonomię celów humanitarnych oraz politycznych, gospodarczych i militarnych (za: www.polskapomoc.gov.pl).

Tyle Unia Europejska. Udzielaniem pomocy humanitarnej w ramach systemu Narodów Zjednoczonych zajmuje się Biuro Narodów Zjednoczonych ds. Koordynacji Pomocy Humanitarnej – OCHA (ang. United Nation Office for the Coordination of Humanitarian Affairs). Działalność OCHA dotyczy reagowania i niesienia pomocy w sytuacjach powstałych w wyniku klęsk naturalnych oraz działalności wywołanej przez człowieka (pomoc dla ofiar konfliktów zbrojnych itp.). OCHA pełni istotną rolę w monitorowaniu sytuacji na świecie oraz dostarczaniu pomocy technicznej i wsparcia politycznego w czasie kryzysów, a często również nawet zanim kryzys humanitarny się zacznie. OCHA stara się przewidywać i w miarę możliwości zapobiegać kryzysom humanitarnym jednocześnie dbając, aby programy pomocowe przyczyniały się do realizacji szerszych celi zmierzających do zapewnienia zrównoważonego rozwoju i pokoju (za: www.poznajmyonz.pl).

Te podstawy teoretyczne powinny regulować nasze myślenie o możliwości udzielania pomocy humanitarnej. Sprawa wydaje się prosta. Istnieją właściwe jednostki, które dbają o to, by właściwa pomoc była kierowane we właściwym kierunku. Skąd więc wątpliwości dotyczące udzielania pomocy humanitarnej? Dlaczego ostatnio tak często można usłyszeć zarzuty, że pomoc przynosi więcej szkody, niż pożytku, że na pomocy najlepiej się zarabia, że przelewane środki rozpływają się, a ludzie dalej cierpią? W ostatnich latach mnożą się organizacje pomocowe, tzw. NGO’sy (organizacje pozarządowe – non-governmental organization). Coraz więcej jest także organizacji kościelnych, z Caritasem na czele. Bez wątpienia jest to dobro naszych czasów. Warto jednak pamiętać, że w tych organizacjach… działają ludzie. Różni ludzie. Ze swoimi wartościami, światopoglądem, cechami osobowościowymi i stosunkiem do pieniędzy. Jeśli chcemy poważnie i odpowiedzialnie myśleć o własnym zaangażowaniu w działalność pomocową, należałoby się przyjrzeć tym organizacjom także pod tym kątem.

Żeby zachęcić Czytelnika do myślenia podam trzy przykłady. Celowo nie będę tu wspominać o polskiej rzeczywistości, odwołam się do sytuacji mających miejsce gdzie indziej.

W 2010 roku areną międzynarodową wstrząsnęły dwie olbrzymie tragedie. Trzęsienie ziemi na Haiti z późniejszą epidemią cholery i wielka powódź w Pakistanie. Nie mam żadnych wątpliwości, że obu krajom została udzielona ogromna pomoc, że wielu ludzi, wolontariuszy, lekarzy zaangażowało się ofiarnie w bezpośrednią pomoc. Mam jednak przekonanie, że nie można zostać obojętnym wobec tzw. drugiej strony medalu. Czy ktoś na przykład zastanawiał się, jak w miejsca tragedii dostawali się „pomagacze”, kto płacił za ich podróż, gdzie mieszkali, skoro wszystko było zniszczone, jak byli odbierani przez miejscową ludność? Zapytałam mojego znajomego oblata (zgromadzenie misyjne – Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej), jaka jest opinia jego współbraci, Haitańczyków, o pomocy humanitarnej udzielanej ich rodakom. Zaskoczyło mnie, że w ich odpowiedzi pojawił się wątek, uznawany wcześniej przeze mnie za szumne medialnie oskarżenie: nepalscy żołnierze ONZ przyczynili się do wybuchu cholery na Haiti (taki wniosek podał do wiadomości publicznej francuski MSZ); po głośno zorganizowanej pomocy tuż po trzęsieniu ziemi świat zapomniał o Haiti. Trudne wnioski. Ale usłyszałam coś jeszcze: w kraju zwiększa się niechęć mieszkańców do NGO. W ich ocenie tylko ok. 30% środków przekazywana jest na realną pomoc. Reszta to tzw. koszty manipulacyjne. Oznaczałoby to, że ok. 70% zebranych środków idzie na opłacenie hoteli, przelotu, wyżywienia członków NGO. Ciekawe, że pieniądze nie są przekazywane wprost do rządu. Podkreślam, że jest to opinia mieszkańców, a nie fakt obiektywnie potwierdzony.

Dalej – Pakistan. Przeczytałam kiedyś bardzo interesujący artykuł na stronach TVP.info. Autor cytował Papieża Benedykta XVI wzywającego do pomocy, a zaraz potem wypowiedź unijnej komisarz odpowiedzialnej za współpracę międzynarodową, pomoc humanitarną i reagowanie kryzysowe. Pani Kristalina Georgiewa wspomniała o problemach z udzielaniem pomocy, w tym m.in. o bezpieczeństwie ratowników i pracowników organizacji humanitarnych, a także o widoczności unijnej pomocy. Jak powiedziała, „z bólem serca” czyta prasowe doniesienia o sytuacji w Pakistanie, nie znajdując tam informacji, że to UE jest największym darczyńcą pomocy humanitarnej w tym kraju. Tymczasem USA czy Międzynarodowy Czerwony Krzyż dbają przy okazji niesienia wsparcia o sprawną autopromocję. „Jestem zdeterminowana, by zająć się tym problemem”. Zapewne to nie jedyny głos w tej sprawie w podobnym tonie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że pomoc humanitarna to jakiś efekt uboczny starania wspólnot międzynarodowych o uznanie i udowadnianie swojej potęgi…

Trzeci przykład, a właściwie pytanie. Czy zastanawialiście się kiedyś, co w praktyce oznacza proponowana przez ONZ deklaracja o dostępie do „zdrowia reprodukcyjnego łącznie z dostępem do metod planowania rodziny”? ONZ uznało, że kobiety w Afryce, niektórych krajach azjatyckich i Ameryki Południowej zbyt często umierają z powodu poronień lub w czasie porodu czy połogu. Dlatego oprócz klinik położniczych należałoby im zapewnić dostęp do… „bezpiecznej aborcji” i antykoncepcji. W czasie głosowania nad przyjęciem deklaracji w lipcu 2009 roku tylko Polska była przeciw. Pozwolę sobie pozostawić ten fakt z podaniem jedynie takiego komentarza: organizacje pro life w Afryce zaczynają wychodzić z cienia.

Gdy czytamy o takich faktach, rodzi się pokusa zwątpienia, uznania, że pomoc humanitarna może bardziej szkodzić, niż pomagać. Nic bardziej mylnego. Uważam jednak, że przeciętny Polak, katolik, zanim zechce zrobić coś dla pomocy humanitarnej, musi się najpierw dobrze zastanowić. Dla mnie samej sprawa pomocy wydawała się bardzo prosta. Dopóki nie wyjechałam na wolontariat do małej wioski w zambijskim buszu, Chingombe. Dzięki własnej obserwacji i opiece misjonarzy od lat zaangażowanych w pomoc lokalnej ludności odkryłam jedną ważną rzecz. To, co myślimy o pomocy humanitarnej tzw. krajom rozwijającym się, nijak się ma do rzeczywistości. My myślimy: wyposażenie szpitali, oni mają problem z podstawową higieną. My myślimy: edukacja seksualna, oni cieszą się każdym kolejnym dzieckiem, bo jest największym skarbem rodziny, najlepszą inwestycją. Być może to zbyt śmiały wniosek, ale mam wrażenie, że tylko ktoś, kto pożyje z ludźmi, którym ma pomagać, może mieć świadomość tego, jakiego rodzaju pomocy potrzebują. Oczywiście, nie każdy z nas ma taką możliwość. Dlatego może warto uważnie słuchać tych, którzy mają osobiste doświadczenie owych potrzeb. Pani Małgorzata Kałun, prezes młodego polskiego stowarzyszenia Serce dla Afryki mówi mi tak:

Są na świecie społeczeństwa, które potrzebują pomocy z zewnątrz. Nie chodzi o europeizowanie, zmienianie ludzi czy o jakąkolwiek inną ingerencję. Ta pomoc musi być przemyślana, aby nie uzależniać od niej innych, a tylko dać im narzędzia, które ich usamodzielnią. Te narzędzia to edukacja, nauka zawodu, wszelkiego rodzaju warsztaty umiejętności, które mogą znacząco wpłynąć na jakość życia. Wiedza i umiejętności to przysłowiowa wędka, którą każdy człowiek – Europejczyk, Amerykanin, czy Afrykańczyk powinien posiadać.

Dla mnie to sedno pomocy. Jako psycholog pracuję między innymi w Gminnych Ośrodkach Pomocy Społecznej. W czasie pracy mogę zaobserwować, jak dużymi umiejętnościami muszą się wykazać pracownicy GOPSów, by nie związać ze sobą swoich beneficjentów. By niejako zmusić ich do stanięcia na własnych nogach. Kilka lat temu przetoczyła się przez Polskę dyskusja o systemie pomocy społecznej, w której mówiono właśnie o ofiarach systemu – osobach bezwolnych, niesamodzielnych, niezaradnych. Warto pamiętać o tej dyskusji i jej wynikach w myśleniu o pomocy humanitarnej. Pani Małgosia mówi dalej:

Niestety duża część pieniędzy, które trafiają do rządów Krajów Globalnego Południa, znika niczym kamfora. Korupcja była, jest i pewnie będzie zawsze i wszędzie. Sytuację pogarsza fakt, że kraje afrykańskie były jeszcze stosunkowo niedawno koloniami europejskich państw i zostały pozostawione same sobie bez większego przygotowania do przejęcia na własne barki tak dużej odpowiedzialności, jaką jest rządzenie własnym krajem. Dlatego pieniądze, które przeznaczane są na pomoc i rozwój tych krajów, nigdy lub prawie nigdy nie dochodzą tam, gdzie są najbardziej potrzebne – do zwykłych ludzi, którzy cierpią głód lub umierają na biegunkę z powodu odwodnienia. Ogromnym problemem jest też ograniczony dostęp do edukacji, a sama edukacja jest na niskim poziomie. Niewyedukowane społeczeństwo nie będzie w stanie przerwać błędnego koła biedy. Dopiero edukacja pozwoli kolejnym pokoleniom na wprowadzenie zmian w sposób mądry i zgodny z kulturą danego kraju, co pozwoli zachować tym ludziom swoją tożsamość, a jednocześnie godnie żyć.

„Serce dla Afryki” to stowarzyszenie, które w swojej działalności kładzie nacisk na edukację. Dzięki zebranym pieniądzom finansują edukację afrykańskich dzieci i młodych studentów, zwłaszcza tych, którzy angażują się w wolontariacką pracę na misjach. W razie potrzeby zapewniają im pomoc w dostępie do żywności i pomocy medycznej. Zdaje się, że jest to tym, czego dziś najbardziej potrzeba krajom rozwijającym się i na szczęście coraz więcej organizacji kieruje się tą ideą. Edem Kodjo, były premier Togo pisze w wakacyjnym numerze magazynu „New People”, że Afryka jeszcze wciąż jest niepiśmienna, ale ma ogromny potencjał ludzi, którzy się uczą, więc nie można myśleć, że będzie zawsze „the last” – ostatnia. Afrykanie nie są dziećmi i wiedzą, co jest dla nich dobre. Muszą mieć przy tym odwagę do bronienia się przed wpływami narodowości, które chcą pomagać, bo mają w tym interes- na przykład wydobycie dóbr naturalnych. Te słowa mogą uczyć nas pokory wobec pomagania.

Pomoc humanitarna? Zdecydowanie tak, mimo pokusy rezygnacji w obliczu wszystkich jej słabości. Gdybym miała zachęcać do jakiegoś praktycznego pomagania, powiedziałabym tak – jeśli możesz, pojedź na wolontariat, przekonaj się, jak to jest na miejscu, potem o tym opowiesz i przekonasz innych. Jeśli nie możesz pojechać – pomyśl o pomocy finansowej. Ale zanim to zrobisz, sprawdź kilka faktów. Po pierwsze: kto jest przedstawicielem danej organizacji, czy ma jakieś osobiste doświadczenie. Po drugie: sprawdź w sprawozdaniu rocznym, jaki procent środków zbieranych przez organizację przeznaczanych jest na tzw. koszty manipulacyjne, administrację. Moim ideałem jest tutaj ruch międzynarodowy Mary’s Meals. Ich koszty administracyjne to 6% środków! Warto przyjrzeć się tej organizacji, bo mają, moim zdaniem, bardzo trafione widzenie sposobów realizacji pomocy, warto się od nich uczyć. Po trzecie: kto realnie pomaga i czy zaangażowana jest w to ludność miejscowa. Po czwarte wreszcie: w jakich miejscach organizacja robi swoje spotkania, konferencje itp. Ja osobiście uważam, że warto jest nawiązywać kontakty z osobami pomagającymi bezpośrednio na miejscu. Zachęcam przy tym do wspierania konkretnych misji. Misjonarze naprawdę dobrze wiedzą, jaki rodzaj pomocy jest potrzebny, nieraz przecież żyją najbliżej ludzi potrzebujących. Dalej, jeśli i pomoc finansowa jest niemożliwa – warto zaangażować się wolontariacko we współpracę w wybraną organizacją. A jeżeli i tego nie możesz robić – módl się za tych, którzy stoją na pierwszej linii frontu pomocy.

 

A na koniec historia z morałem, zasłyszana od misjonarzy oblatów. W pewnym mieście rzeka przyniosła ciało zmarłego starca. Zatroskani obywatele wyłowili ciało i pochowali zmarłego. Następnie rzeka przyniosła chorego. Mieszkańcy oczywiście zaprowadzili go do szpitala, by mógł odzyskać zdrowie. Ale rzeka znowu kogoś przyniosła- bezbronne dziecko. Nie pozostało nic innego, jak oddać dziecko do szkoły, by mogło się rozwijać. Historia powtarzała się codziennie. Rzeka każdego dnia przynosiła trzy osoby. Czy ktoś poszedł w górę rzeki? No właśnie, myśląc o sensownej pomocy humanitarnej, trzeba pójść pod prąd, w górę rzeki, sprawdzić, jaka jest przyczyna problemu, a nie tylko leczyć objawy…