Diakonia

(178 - kwiecień 2011)

Posługacz

ks. Tomasz Opaliński

Wielokrotnie doświadczyłem, że Bóg, gdy chce przeze mnie komuś pomóc, to o wiele chętniej posługuje się moimi słabościami, zranieniami, których doświadczyłem, niż tym, co wydawało mi się mocne

 

Przeglądając kiedyś spis wykonywanych zawodów spotykałem się z pozycją „konserwator powierzchni płaskich”. Wiecie, kto to jest? To proste: sprzątaczka… Tyle, że… „sprzątaczka” brzmi tak zwyczajnie, prozaicznie, a „konserwator powierzchni płaskich” – to już jest coś!

Lubimy czasem proste rzeczy nazwać jakoś tak bardziej wymyślnie – żeby brzmiało bardziej „magicznie”. To takie ludzkie – każdy chce być „kimś” i to najlepiej nie „byle kim”. Problem w tym, że czasem określenie, które ma lepiej oddawać to, o co nam chodzi, odrywa się od swoich korzeni i zaczyna żyć swoim życiem, i z czasem może nawet zaprzeczać pierwotnemu znaczeniu.

Posługacze

Wśród słów, których używamy w Ruchu Światło-Życie, takim magicznym słowem może stać się „diakonia”. Można niestety zauważyć, że stało się ono dla niektórych powodem do dumy, synonimem jakiegoś awansu, a nawet znakiem osiągnięcia jakiejś „władzy” nad innymi. Można to zaobserwować zarówno u świeżo upieczonych animatorów, jak i u tych, którzy włączają się w szeregi stowarzyszenia, mającego strzec charyzmatu Światło-Życie. Tymczasem jego geneza tkwi w słowie „diakonos” i jeszcze bardziej pokornym „dulos” – czyli niewolnik, najniższy sługa.

Może więc – aby bardziej realistycznie przedstawić, co ma dla nas znaczyć „diakonia” – warto sięgnąć do polskiego, bardziej prozaicznego odpowiednika tego słowa, którego też używamy w Ruchu i powiedzieć, że „diakonia” to po prostu „posługa”. Tych więc, którzy ją „pełnią” (tak, nawet tu mówimy, że „pełnimy posługę” zamiast po prostu „służyć”) najadekwatniej będzie nazwać „posługaczami”. Prawda, że „posługacz” i „posługaczka” brzmi równie prozaicznie jak „sprzątaczka”? I właśnie o to chodziło! Pierwszą bowiem cechą, charakteryzującą tego, kto służy, powinna być pokora. Nie chodzi tu o fałszywą pokorę, która każe mówić „ja nic nie potrafię”, ale o pokorę, która jest stawaniem w prawdzie.

Moc i słabość

Służący musi więc znać siebie (celowo używam tu słowa „służący” i to niekoniecznie w znaczeniu imiesłowowym, ale jako rzeczownika). Musi znać swoje mocne strony, i tu mówimy o „rozeznaniu charyzmatów”, czyli o poznaniu darów i uzdolnień, które Bóg mi dał po to, żebym służył innym: jeśli nie wiem, co robię dobrze, to zmarnuję dar Boży i nikt z niego nie skorzysta.

Służący musi również znać swoje słabości, przyznawać się do nich. Jeśli teraz mogę pisać o tym, jakie błędy może popełniać służący, to między innymi dlatego, że przez kilkadziesiąt lat służby popełniłem ich naprawdę sporo i teraz mam o czym mówić.

„Posługacz” musi znać swoje słabości nie tylko po to, aby uczyć się kompensować w jakiś sposób swoje braki. Wielokrotnie doświadczyłem bowiem, że Bóg, gdy chce przeze mnie komuś pomóc, to o wiele chętniej posługuje się moimi słabościami, zranieniami, których doświadczyłem, niż tym, co wydawało mi się mocne. Świadom swoich braków Paweł Apostoł ujął ten paradoks słowami, które usłyszał, gdy skarżył się na swoje braki: moc w słabości się doskonali (2 Kor 12, 9). Poznana i uznana słabość staje się miejscem spotkania Boga i pokornego otwarcia na Jego działanie. Nic wtedy już nie staje na przeszkodzie Jego mocy: właśnie wtedy, kiedy stajemy bezradni wobec własnej słabości czy zranień, możemy zaobserwować potężne Boże działanie. Musimy pamiętać, że Jezus czynił wiele cudów, ale największego dzieła dokonał właśnie wtedy, kiedy był najbardziej poraniony i bezradny, bo ręce i nogi miał przybite do krzyża…

Ożywiający trup?

Blisko stąd do kolejnej cechy, o której chciałbym powiedzieć mówiąc o „posługaczach”. Jest nią bliski kontakt z Bogiem. Jezus mówi do swoich uczniów, że mają być „światłością świata”. Jeśli mam nieść innym światło, to ono musi we mnie być. Co komu da zgaszona latarnia? Chcąc dać światło innym muszę najpierw sam dbać o to, by świeciło ono w moim wnętrzu. O posługującym mówimy także „animator”, a więc ten, kto „animuje”. Przy filmach animowanych rola tego, kto je „animuje” polega na tchnięciu ruchu, życia w narysowane figury. Życie zaś może przekazać tylko ten, kto żyje. Znam wiele przykładów, kiedy żywy Jezus wskrzesił umarłego, ale nie znam ani jednego, kiedy ktoś zostaje ożywiony przez trupa… Sługa Boży Ksiądz Franciszek Blachnicki ujął to prostym zdaniem: „życie rodzi się z życia”.

Chcąc przekazywać życie, ożywiać, animować mam więc najpierw sam żyć coraz głębszym życiem duchowym: przystępować jak najczęściej do sakramentów i codziennie spotykać się z Bogiem w modlitwie, najlepiej słuchając Jego słowa, rozważając je (nie chodzi bowiem o to, by Boga „zagadać” swoimi problemami i „zmusić” Go do spełnienia moich, choćby najsłuszniejszych próśb – przecież to nie On ma być moim sługą, ale ja Jego…).

Wiara czy aktywizm?

Stąd już bardzo blisko do kolejnej cechy służącego, o której chciałbym powiedzieć: „posługacz” to człowiek wierzący, to znaczy liczący nie tylko na własne siły. Nowe polskie przysłowie powiada: „umiesz liczyć – licz na siebie”. Weszło nam już ono mocno w krew. Kiedy zaczynamy pracę – liczymy przede wszystkim na siebie, na to, co jesteśmy w stanie zrobić. Zgodnie z ewangeliczną przypowieścią o budowniczym wieży liczymy wszystkie koszty, obliczamy własne siły… Ale czy to wszystko? Czy nie zapominamy, że dzieło, które budujemy, to dzieło Boże, i że On też chciałby w jego budowaniu mieć swój udział? Czy przy obliczaniu sił nie pomijamy Tego, od którego zależy najwięcej?

Być może z tego bierze się coś, co bardzo często zagraża podejmującym posługę: aktywizm. Chcemy jak najwięcej zrobić – bo to przecież wszystko dla Boga. Tylko… Jezus swoim uczniom, którzy mieli tyle pracy, że nawet na posiłek nie mieli czasu, powiedział wprost: idźcie sami na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco (Mk 6, 31). Służenie Bogu przez służbę ludziom jest sensem naszego życia. Jednak żeby służyć, trzeba najpierw być.

Jaki jest najskuteczniejszy sposób zgaszenia świecy tak, żeby nawet nie zadymiła? Wystarczy zanurzyć cały jej płonący knot w wosku… Jeśli knot wystaje nad wosk – płomień jest jasny i karmi się woskiem. Kiedy wosku będzie za dużo – płomień zniknie, nie zostawiając po sobie nawet dymu… Jeśli nadmiar obowiązków spowoduje, że mój płomień zgaśnie, jak knot świecy zalany strugami wosku, to jaki będzie z tego pożytek?

Charyzmat czy wierność?

Kard. Lustiger pytany o tradycję i innowacje stwierdził kiedyś, że on bardzo lubi tradycje. Tak bardzo je lubi, że uwielbia tworzyć nowe. Przed podejmującymi posługę może czasem stawać pytanie za czym pójść: innowacjami czy tradycją. Jedni bojąc się skostnienia w martwej formie mówią, że trzeba żyć z duchem czasu i wprowadzać kolejne innowacje; inni bojąc się odejścia od tożsamości wspólnoty, nie wychodzą poza zatwierdzone materiały źródłowe, koncentrując się na wiernym ich przekazywaniu. Jak ma się zachować podejmujący posługę? Cóż, w tym przypadku opozycja „charyzmat czy wierność” jest fałszywa. Właściwsze będzie postawienie między tymi dwoma rzeczownikami spójnika „i”. Żeby jednak być wiernym charyzmatowi, trzeba najpierw go dobrze znać.

Zanim spróbujemy – w imię pójścia „z duchem czasu” – zmieniać to, co wydaje nam się niezrozumiałe, trzeba najpierw sięgnąć do źródeł, do pierwotnej myśli ks. Blachnickiego i najpierw zobaczyć trzy wizje, które Ojciec przedstawiał, zanim wskazał konkretne działania. Są to kolejno: wizja celu, wizja drogi i wizja metody. Kolejność jest tu ważna, bo najpierw trzeba zobaczyć cel, do którego mam kogoś prowadzić, potem – drogę, którą mamy razem do przejścia, a potem dopiero zastanawiać się nad najodpowiedniejszymi do tego środkami lokomocji. Inaczej grozi mi, że będę przypominał gondoliera na pustyni, nie biorącego pod uwagę, że dla dążącego do celu przez pustynię gondola będzie nie tyle pomocą, co morderczym balastem…

Bóg daje wzrost

Ostatni błąd często przez nas popełniany, o którym chciałem napisać, to nasza niecierpliwość i próba przykrawania bogatej i żywej rzeczywistości, z jaką się spotykamy, do jednego, zobaczonego gdzieś modelu. Próbujemy wtłoczyć w ramki tych, którym służymy, nie dostrzegając nawet, że nasze ramki mogą stać się dla nich klatką. Nasza niecierpliwość i brak zaufania Bogu przejawia się także w tym, że chcielibyśmy jak najszybciej zobaczyć efekty. Tymczasem życie jest bogatsze niż nasze schematy, a do tego, by urosła roślina, którą pielęgnujemy, potrzebny jest czas. Nie można wymagać, aby zaraz po zasianiu z ziarna wyrosła dojrzała roślina. Nie można też na siłę pociągać jej za listki, aby szybciej rosła. Takie pociąganie wręcz zaszkodzi, a nie pomoże. I znów dochodzimy tu do podstawowego wyposażenia „posługacza”, jakim jest pokora. Św. Paweł mówiąc o swojej służbie i dokonaniach, powiedział: Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost (1 Kor 3, 6).

Z pokorą wiąże się jeszcze jedno: budowanie jedności. W homilii podczas błogosławieństwa animatorów na COM-ie w 1983 r. ks. Wojciech Danielski powiedział, że „animator jest to człowiek jedności. Jest to człowiek, który scala, a nie rozbija”. Jeśli brakuje mi pokory, to będę chciał budować coś dla siebie; ważne będzie to, żeby budować według mojego pomysłu, a stąd już tylko krok do niezdrowej rywalizacji, która również w pierwotnym Kościele doprowadziła do postawy, przed którą ostrzegał św. Paweł, mówiąc: Skoro jeden mówi: Ja jestem Pawła, a drugi: Ja jestem Apollosa, to czyż nie postępujecie tylko po ludzku? (1 Kor 3, 4).

Pasterz, a może… baran?

Patrząc na ten i tak niepełny katalog błędów, które często popełniamy podejmując posługę, można się przestraszyć: jakie to wszystko trudne i skomplikowane! Na ile rzeczy trzeba uważać, o ilu pamiętać, ilu unikać… Ale tak naprawdę to… z tych wszystkich lat podejmowania różnych posług wyniosłem jedno, proste przekonanie, które z oporem, ale i uporem usiłuję wprowadzać w życie: to przekonanie, że to nie ja jestem pasterzem i nie do mnie należy wytyczanie nowych tras. Ja jestem tylko… baranem przewodnikiem. A zadanie barana przewodnika sprowadza się jedynie do dwóch najprostszych rzeczy: ma znać głos pasterza i słuchać go. Nic więcej. Jeśli to nam się uda, wtedy pisanie o błędach będzie już niepotrzebne…