Bioetyka

(175 - listopad - grudzień 2010)

Pragnę dziecka

Anna Lipska

Pogodzenie się z brakiem dzieci biologicznych jest bardzo trudne, ale konieczne do tego, by małżeństwo mogło funkcjonować dalej, a także by dana osoba mogła na powrót odnaleźć się we własnym życiu

Różne są historie życia, problemy i emocje małżonków nie mogących doczekać się na potomstwo. Czasem są oni osieroceni – bo byli rodzicami, ale już nimi nie są z powodu śmierci dziecka w czasie ciąży lub po porodzie. Czasem są „jedynie” bezdzietni – bo teoretycznie płodni, choć z mniejszymi lub większymi ograniczeniami wyników badań, ale owocu płodności wciąż nie ma, nie wiadomo dlaczego. A czasem są po prostu bezpłodni i albo jednoznacznie nie mają szans na poczęcie dziecka biologicznego, albo szanse te są tak skromne i wymagają takich nakładów czasu, kosztów i badań, że ich realizacja zakrawa na cud. Zdarza się, że małżonkowie mający już w domu pociechę lub kilka, starają się o kolejną – i nic. Zaskoczenie, badania – i diagnoza wtórnej bezpłodności, bo to że urodziłem dziecko wcale nie znaczy, że kolejne też mi się uda urodzić.

Każda z tych sytuacji jest zranieniem i ciężarem, i różne osoby różnie się w nich odnajdują. Niektórzy zazdroszczą tym, którzy choć raz byli w ciąży i mogli poczuć się rodzicami choć przez chwilę, a inni tym, którzy nigdy nie drżeli o życie własnego dziecka i nie musieli później przeżywać jego odejścia. Dla jednych konkretna diagnoza wykluczająca dzietność (np. choroba genetyczna lub przedwczesna menopauza) jest ulgą i ustabilizowaniem sytuacji życiowej, a dla innych zamyka drogę do jakiejkolwiek nadziei. Niektórzy decydują się na diagnozę, żeby wiedzieć na czym stoją, ale nie decydują się na leczenie.

Faktem jest, że trudniej pogodzić się z tym, że mogę nigdy nie mieć dziecka biologicznego, jeśli przyczyna trudności jest nieznana, albo jeśli lekarze mamią, że wystarczy przecież jeden plemnik do zapłodnienia, a pan ma ich aż 5 sztuk na mililitr (najczęściej określana norma zaczyna się od 20 milionów/ml). Łatwiej wtedy wpaść w paniczną pogoń za nadzieją (lub bardzo często złudą), biegać od lekarzy do cudotwórców, zmieniać kliniki, brać kredyty na najnowsze leki eksperymentalne, wynajdować egzotyczne ziółka, myśleć i rozmawiać tylko o jednym, złapać się w pułapkę współżycia z zegarkiem w ręku i jedynie w celach prokreacji… I zorientować się po kilkunastu bezowocnych latach, że zapłaciliśmy zbyt wielką cenę za zrealizowanie własnych marzeń.

Chęć posiadania dziecka może stać się bożkiem, jedyną sprawą łączącą małżeństwo, jedynym zainteresowaniem kobiety/mężczyzny, pragnieniem któremu podporządkowane jest całe życie, realizowanym za wszelką cenę, nawet za cenę dobra dziecka (!), naszego zdrowia, czy życia wiecznego. Pragnienie rodzicielstwa może stać się ważniejsze niż samo dziecko – co widać m.in. wtedy, gdy para wbrew nauce Kościoła decyduje się na sztuczne metody prokreacji – inseminację lub in vitro – i (pomijając nawet skutki natury moralnej i psychologicznej) ryzykuje śmierć dziecka w lodówce lub narażenie go na nieznane skutki zdrowotne będące owocem nienaturalnego i niezbadanego jeszcze procesu.

Małżonkowie nie mogący doczekać się dziecka początkowo sami nie wiedzą, czego chcą i czego się boją. Boją się przebadać „żeby się nie okazało, że to moja wina”. Dużo osób słyszało już o naprotechnologii, ale część nadal zna jedynie metody nie szanujące zdrowia małżonków i naturalnych procesów organizmu, więc boją się dotykać tematu płodności, żeby nie narażać się na stres i poniżenie. Przeżywają konflikty związku, często kryzysy więzi, problemy emocjonalne i w sferze komunikacji małżeńskiej – bezdzietność bardzo mocno obnaża słabości związku i w zależności od podejścia małżonków i ich miłości może być zarówno przyczyną rozpadu relacji, jak i wzmocnienia jej siły i dojrzałości. Często przeżywają poczucie winy z powodu obciążenia współmałżonka niemożnością posiadania dzieci, własną bezwartościowość, poczucie niepełnej męskości/kobiecości i pewien wstyd wobec najbliższych. W niektórych środowiskach posiadanie dzieci jest traktowane jak obowiązek społeczny, a bezdzietni małżonkowie postrzegani są jako egoiści i osoby niedojrzałe, co nie pomaga w spokojnym przepracowaniu swojego zranienia.

Czasem nacisk otoczenia lub własne emocjonalne problemy sugerują, że bezpłodni wprost powinni „poświęcić się” i bez względu na własną gotowość adoptować dziecko. Przysposobienie „biednej małej sierotki” jawi się wtedy jako moralny obowiązek – co jest podejściem z gruntu fałszywym. Adopcja, choć głęboko dobra, nie jest dla wszystkich, a na pewno nie ma być rozwiązaniem emocjonalnych problemów miotających się i cierpiących małżonków, ani swoistym okupem dla Boga, który mógłby „odwdzięczyć się” poczęciem dziecka biologicznego. Powinna być radosnym darem zdrowego serca, a nie powinnością. I póki się jej nie pragnie, póty oznacza to, że potrzeba jeszcze czasu by ta decyzja dojrzała, albo że to nie ta droga i że gdzie indziej należy szukać formy spełnienia własnego powołania do rodzicielstwa.

Pogodzenie się z brakiem dzieci biologicznych jest bardzo trudne, ale konieczne do tego, by małżeństwo mogło funkcjonować dalej, a także by dana osoba mogła na powrót odnaleźć się we własnym życiu i znów być szczęśliwa, mimo wszystko. Co więcej paradoksalnie jest też konieczne do tego, by być dobrymi rodzicami dla dziecka, które mogłoby się pojawić w rodzinie, czy na drodze adopcji, czy na drodze poczęcia w przyszłości, mimo obiektywnych trudności.

Rodzice nie akceptujący tego, że mogą żyć bez dzieci, będą potem w relacji z nimi drażliwi, nerwowi, często nadmiernie się na nich koncentrujący, nadopiekuńczy lub zbyt wymagający i umiejscawiający w nich wszystkie swoje ambicje i tęsknoty życiowe. Podświadomie mogą nabrać dystansu emocjonalnego do dzieci, bojąc się nawiązania bliskości emocjonalnej, której zerwanie byłoby dodatkową traumą.

Jak więc przejść tę drogę zdrowienia z rany niezrealizowanego rodzicielstwa? Nie można przecież pozostawić rany w sercu odłogiem, udawać że jej nie ma, aby ropiała i zakaziła się rozpaczą, cynizmem, nieopanowaną frustracją, poczuciem niespełnienia i bycia nieszczęśliwym. Konieczne jest zagojenie się – czyli przeżycie procesu żałoby, zgodnego z naturalnymi, psychologicznymi potrzebami człowieka i jego dynamiką emocjonalną. Etapy przeżywania żałoby po rzeczywistości utęsknionej ale niespełnionej (np. ze względu na staropanieństwo czy bezdzietność) są takie same, jak po utracie czegoś czego się doświadczało, np. po śmierci bliskiej osoby.

Pierwszą, zupełnie odruchową reakcją, a zarazem wejściem na drogę pogodzenia się z rzeczywistością straty paradoksalnie jest zaprzeczanie – człowiek nie dopuszcza do siebie myśli i/lub emocji o stracie. Pojawiają się myśli „To nieprawda, to nie mogło mi się zdarzyć, na pewno to pomyłka, okaże się że to nic takiego, że kolejne wyniki będą już dobre.”, „Niemożliwe, żebym nie mogła mieć dziecka. Przecież moja mama i siostry nie mają z tym problemu.” A nawet maskujące ból: „Oj, to tylko dziecko, nie obchodzi mnie to i wcale nie zaboli, jeśli się okaże, że się nie pojawi”.

Gdy zaczynamy uświadamiać sobie naszą stratę pojawia się drugi etap – gniewu, dynamicznego buntu, który wcale nie musi być logiczny, ale domaga się wykrzyczenia i sprzeciwu wobec rzeczywistości postrzeganej jako skrajna niesprawiedliwość i krzywda. Złość na Boga („Jak mógł mi to zrobić!”), na męża („Wcale mu nie zależy, nie stara się, nie przejmuje”), na lekarzy („Tylko obiecują, a na niczym się nie znają, nie potrafią podać diagnozy, na pewno są niedouczeni”), na siebie samą („Mogłam bardziej dbać o zdrowie jako nastolatka, sama się do tego doprowadziłam!”). A także na kobiety w ciąży i zadowolone młode mamy, na szczęście których nie mogę patrzeć, tak mnie ono boli i złości („Jakim prawem one mogą, a ja nie?”). U osoby nie radzącej sobie z własną złością zdarzają się tu prócz gniewnych myśli także szorstkie słowa, agresywne zachowania, czasem reakcje autodestrukcyjne, np. uciekanie w nałogi.

Trzeci, najbardziej nieuchwytny etap żałoby, to targowanie się – jeśli zrobię to i to, to na pewno pojawi się dziecko. Zaczyna się szukanie nowych metod i technik, zmienianie lekarzy, emocjonalny handel z Panem Bogiem („będę pościł tyle i tyle, aż mi dasz dziecko; jeśli mnie kochasz to tym razem poczęcie się uda; może jak adoptuję, to się odblokuję i urodzę też własne”), czasem nawet myślenie magiczne i zabobony.

Wobec niepowodzeń metod stosowanych na trzecim etapie pojawia się faza czwarta – smutek, dołki emocjonalne, bierność, czasem nawet lekkie stany lękowe. To etap, w którym należy pozwolić sobie na bezradność i bezsilność, wypłakać swój ból, wyżalić się, doświadczyć smutku i przejść go, żeby móc powoli, stopniowo z niego wychodzić, osiągając piąty, ostatni etap zdrowienia – akceptację.

W procesie przeżywania żałoby pięć wymienionych etapów w naturalny, ale nie zawsze uświadomiony sposób następuje w podanej wyżej kolejności. Czasem wyjście z emocji złości lub z fazy smutku jest trudne, człowiek zapętla się, zwłaszcza gdy nie daje sobie prawa do przeżycia tych „nieakceptowanych” stanów, a przez to nie umie się wyzłościć, czy wypłakać do końca. Etapy te są bardziej bądź mniej wyraźne, mają różną intensywność i czas trwania, ale są niezbędne w procesie zdrowienia emocjonalnego (czyli przeżycia żałoby, żalu po stracie). Bez zaprzeczania, buntu, targowania się i smutku nie ma osiągnięcia prawdziwej akceptacji. Akceptacja nie oznacza, że cieszy nas zaistniała sytuacja, ale że przyjmujemy ją do wiadomości mimo jej bolesności i nie pozwalamy na to, by rządziła ona naszym życiem. Akceptacja pozwala zostawić stratę w przeszłości, pamiętać ją ale jej nie rozpamiętywać, i ułożyć sobie życie na nowo, także w satysfakcjonujący sposób.

Ważne, żeby pamiętać, że rodzicielstwo nie jest jedyną realizacją wartości życia chrześcijanina i celem samym w sobie, ale tylko (aż) drogą do celu - do zbawienia. Jedną z równorzędnych dróg. Żeby nie okazało się, że w pogoni za dzieckiem zgubiliśmy nasze małżeństwo i nas samych, albo że chcąc być rodzicami przestaliśmy dbać o to, by być dziećmi Boga.