Dar Ruchu Światło-Życie

(198 - luty - marzec 2014)

z cyklu "Wieczernik dla Ciebie"

Projekt Adwent

z bloga

Kilka miesięcy temu gdzieś przeczytaliśmy o pewnej idei związanej z dbałością o czystość w relacji damsko-męskiej. Ktoś przytaczał radę spowiednika, który zalecił, by przez jakiś w miarę krótki czas (tydzień – dwa) zafundować sobie zupełną wstrzemięźliwość od wszelkiej bliskości fizycznej. Bez przytulania, bez pocałunków, bez trzymania się za ręce, siadania na kolanach, głaskania i tak dalej. Po prostu zero. Po co to? Po to, by nabrać pewnego dystansu do relacji, oczyścić ją z wszelkich podtekstów, zobaczyć jak funkcjonujemy bez cielesnej bliskości, w czym to pomaga, a jakie powoduje trudności… Ale przede wszystkim po to, by spróbować nauczyć się okazywać czułość w inny sposób. Wykrzesać z siebie odrobinę kreatywności i pomyśleć, jakie są inne możliwości okazania miłości, a jest ich z pewnością całe mnóstwo. I nie chodzi o to, że czułość w bliskości fizycznej jest zła – bo absolutnie nie jest, wręcz przeciwnie. Ale taka mała odskocznia, żeby przez chwilę popatrzeć na swoją relację z innej perspektywy, może okazać się owocną próbą dla związku.

Nie byliśmy do tego w stu procentach przekonani od samego początku. Nieśmiało zrodziła się myśl, żeby spróbować, ale pojawiło się też mnóstwo obaw i wątpliwości. Musiało to w nas dojrzeć. Taki mini sparing mieliśmy we Francji, gdzie prawie w ogóle nie mogliśmy być sam na sam, więc to jasne, że przy kimś to ewentualnie możemy potrzymać się za ręce czy objąć. Czasem ukradkiem jakiś buziak się przydarzył, albo przytulenie, nic więcej. Było to ciekawe doświadczenie i stwierdziliśmy, że w sumie można byłoby spróbować prawdziwego wyzwania.

Musieliśmy tylko dostosować zamysł do naszych realiów. Uznaliśmy, że tydzień czy dwa takiej „ascezy” tak ot, z dnia na dzień to taki średni pomysł. My do wszystkiego musimy się psychicznie przygotować i nastawić. :) Poza tym przez dwa tygodnie to my się widzimy średnio 4-5 razy na parę godzin, więc szału nie ma, zbytnio byśmy się nie popisali wytrwałością. Ale doszliśmy do wniosku, że Adwent będzie idealny na taką próbę. W tym roku to trzy i pół tygodnia, więc dla nas oznacza to może nawet z 8-9 randek – to już jest coś. Poza tym niebagatelne znaczenie ma też niezwykle sprzyjający klimat Adwentu – powściągliwość, wyciszenie, skupienie, a to wszystko w atmosferze radosnego oczekiwania. Nie chcemy się zapędzać w specjalne umartwienia, bo to nie chodzi o dokładanie sobie jakiegoś męczeństwa do i tak trudnej drogi czystości. Chodzi spojrzenie z innej perspektywy, nauczenie się czegoś nowego, wypracowanie jakichś nowych rozwiązań w dbaniu o naszą relację…

Ustaliliśmy sobie jasne warunki – co wolno, czego nie wolno. Tyle na początek – zobaczymy, co z tego wyniknie. Przypuszczam, że dość szybko pojawi się potrzeba dookreślenia naszych spotkań, wymyślania nowych aktywności, zastępowania niektórych naszych nawyków czymś innym… Chyba będzie ciekawie. :)

Projekt Adwent uważam za rozpoczęty. Sami jesteśmy bardzo ciekawi, co przyniesie ten czas, jak na nas wpłynie, jakie będą plusy dodatnie i plusy ujemne… Tymczasem – do dzieła!

sobota, 30 listopada 2013 r.

Jak nasze odczucia po pierwszej randce w ramach „Projektu Adwent”? Rewelacyjne. 

Nie było czuć jakiegoś dystansu czy napięcia. Trzeba było się trochę hamować z przytulańcami, bo kurczę jakoś naturalnie przychodzi nam klejenie się do siebie. Ale trochę siły woli i udało nam się odnaleźć równowagę między tą małą „ascezą”, a niezbędnym minimum bliskości koniecznej do normalnego funkcjonowania. Ważny owoc: spokój i brak frustracji z powodu pojawiającego się podniecenia. Bo po prostu nie miało prawa się pojawić. :) 

Początek naprawdę obiecujący. Zobaczymy, jak będzie wyglądała realizacja wyzwania podczas wspólnego najbliższego weekendu… Może być ciekawie. :)

wtorek, 3 grudnia 2013 r.

Hm, nie do końca realizacja postanowienia adwentowego wygląda tak, jak to sobie założyliśmy. Z ograniczeniem całowania tylko do kilku buziaków podczas jednego spotkania jest OK. Owszem, zaczyna się już pojawiać tęsknota za takim porządnym, narzeczeńskim całusem, ale nie jest to jakieś silne parcie, żebyśmy się musieli nie wiadomo jak powstrzymywać. Ot, taka delikatna asceza, która, swoją drogą, jest całkiem urocza.

Z ograniczeniem przytulania… no, nie da się. To chyba nie dla nas. Owszem, staliśmy się bardziej ostrożni i czujni, żeby nie dopuszczać do takich uścisków, które kojarzą się jednoznacznie. Ale zwykłe przytulasy muszą być. Tak naturalnie nam to przychodzi, że chyba uschnęlibyśmy bez tego. Daliśmy sobie spokój, po prostu się tulimy. Szczególnie, że najpierw Karol był chory, a teraz mnie rozłożyło. Był taki moment, że nie miałam siły nic zrobić, nawet ruszyć normalnie głową. Po prostu leżałam w Jego ramionach, gdy On mnie głaskał i sprawdzał czoło, czy gorączka już powoli schodzi. I poza wszelkimi innymi formami czułości w tej chorobie (Karol przywiózł mi leki, napój, przygotowywał jedzenie, dostałam też piękną różę), właśnie tej bliskości potrzebowałam wtedy najbardziej. I uważam, że było to o wiele cenniejsze dla nas niż na siłę trzymanie się postanowienia.

Nie zmienia to jednak faktu, że pierwsze owoce projektu Adwent są i to bardzo pozytywne. Przede wszystkim troszkę inaczej spojrzeliśmy na naszą relację i bardzo nam się przydała ta inna perspektywa. Pogłębienie wrażliwości na dotyk (to, co wcześniej na co dzień było dla nas zupełnie OK, teraz zaczęliśmy postrzegać jako pewne zapędzanie się, które warto mieć pod kontrolą), większa czujność i konsekwencja, no i nowe pomysły, które wprowadziły niepowtarzalną atmosferę w tym Adwencie: liściki, przepiękna wirtualna kartka, kwiaty to akurat dostaję często, ale to zawsze ogromna frajda, spacer i obiad w restauracji też nam się wcześniej zdarzał, choć raczej rzadko. A na przykład upieczenie ciastek to już w ogóle nie przychodzi mi tak łatwo, a jednak się zmobilizowałam i w ramach czułości wręczyłam Narzeczonemu. Słowem – naprawdę uroczy czas.

Zobaczymy, co się będzie działo dalej. To już ostatnia prosta tego Adwentu! A jak to powiedział pewien rekolekcjonista (Karol mi przekazał :)): nie wiadomo, dla kogo z nas będzie to ostatni Adwent…

Nie no, miejmy nadzieję, że jeszcze co najmniej z 50 Adwentów przed nami, ale czuwać trzeba zawsze. :)

niedziela, 15 grudnia 2013 r.

W ostatnią niedzielę Adwentu doświadczyliśmy niemal fizycznie owoców Projektu. 

Dzień mieliśmy intensywny i wypełniony po brzegi jak nigdy – spotkanie ze znajomymi, wizyta i Msza święta w Centrum Jana Pawła II (wątpliwa przyjemność, ale Karol bardzo był ciekaw jak tam jest), kolacja, później pakowanie wspólnych prezentów, z którym trochę nam zeszło, a na koniec rozmowa na temat ostatniego rozdziału książki „Nas dwoje” (ale o tym kiedy indziej, bo klimaty ślubne z bożonarodzeniowymi trochę się gryzą). Zostało nam pół godzinki na pożegnalne przytulenie się. Czyli – jak na nas – bardzo niewiele.

Tak się tulimy, tu buziak, tam buziak (taki zwykły oczywiście, choć wczoraj już naprawdę ciężko było się obejść bez normalnego całusa). Czułość w najczystszej postaci. Nie robiliśmy absolutnie nic więcej, co mogłoby wywołać wiadome zamieszanie. I nagle, nie wiadomo skąd, pojawia się między nami takie podniecenie, że ciężko się ogarnąć! Czujemy to oboje i zadziwieni jesteśmy, bo jak to? Skąd to? O co chodzi? Tak po prostu?!

Do tej pory zdążyliśmy się nauczyć, że zazwyczaj sami, mniej lub bardziej świadomie, pozwalamy na to, by ten ogień zaczął wkraczać. Pozwalamy, by niepostrzeżenie się rozrastał przez jakieś naprawdę drobne gesty, pocałunki… Zwykle z każdą chwilą to wszystko samo zaczyna się tak rozpędzać, że coraz trudniej wyhamować, ale zawsze potrafilibyśmy znaleźć punkt, od którego się zaczęło. Punkt, w którym daliśmy jakieś (nawet nieme) przyzwolenie.

Tym razem było inaczej. Ten „ogień” przyszedł sam sobie i rozgościł się w najlepsze, choć nawet nie zdążyliśmy otworzyć drzwi. I co ciekawe – mimo to odczuliśmy jakąś niebywałą siłę, by wyprosić je bez tej strasznej szarpaniny ze sobą, która towarzyszyła nam dotąd zwykle w takich sytuacjach. Nie mówię, że przyszło nam to zupełnie jak po maśle. Było trudno, ale to było zupełnie inne zmaganie się niż dotąd. Zupełnie inne. Nie potrafię nawet do końca wyjaśnić, na czym ta różnica polegała. Ale wiem, jestem przekonana, że to dzięki doświadczeniom tego Adwentu. Że dzięki temu skromnemu ćwiczeniu adwentowemu chyba wskoczyliśmy na jakiś wyższy level w radzeniu sobie z utrzymaniem równowagi między czułością, a pożądaniem. Że to owoc tych wszystkich chwil wyrzeczenia, bardzo ostrożnego dawkowania sobie bliskości i nabierania dystansu do siebie, do nas… Owoc działania Bożej łaski, która może nieco głębiej zakorzeniła się w nas przez nasze decyzje i działania, pragnienia i trudności… 

Nie mam pojęcia, co będzie dalej. Może tych „schodków” przed nami jeszcze tysiąc, a to wczorajsze doświadczenie było tylko jakimś zachłyśnięciem się tym małym „sukcesem”… Nie wiem. Ale czuję, że jeśli te owoce Projektu, których doświadczyliśmy do tej pory, będziemy pielęgnować, rozwijać i wciąż na nowo do nich powracać, to jest duża szansa, że to dopiero początek czegoś wspaniałego. Że może przez to Pan Bóg chce nas zaprosić do jakiegoś nowego wymiaru naszej bliskości, o którego istnieniu dotąd nie mieliśmy nawet pojęcia, a który pozwoli nam pełniej, dojrzalej i piękniej przeżywać naszą Miłość…

Obyśmy nie zmarnowali tej szansy. 

***

To wszystko, czym dzielimy się z Wami, a także Was, wszystkie Wasze sprawy, troski, marzenia, decyzje, trudności i pragnienia zostawiamy przy Jezusowym żłóbku, z modlitwą. On Jest i kocha. A Wy wyciśnijcie z tych Świąt jak najwięcej tej Obecności i Miłości. Radosnego Bożego Narodzenia!

poniedziałek, 23 grudnia 2013