Krucjata Wyzwolenia Człowieka

(114 - luty 2002)

Prosty wybór

Jan

W ciągu pół godziny podjąłem ważną decyzję, która do dziś ma ogromne znaczenie dla mojego życia.

Nie należę do ludzi, którzy łatwo akceptują wszystko, co im się podsunie - każdą ważną decyzję muszę długo przemyśleć, uważnie obejrzeć ze wszystkich stron, przekonać się, że to jest rzeczywiście to, czego chcę. Tak było również z moim wejściem w Ruch Światło-Życie - przez niemal dwa lata przychodziłem na wspólnotowe spotkania, wszyscy uznawali mnie za członka wspólnoty Ruchu, a ja \"ukrywałem się\" na tyle sprytnie, że nikt nie zauważył mojej nieobecności w żadnej z grup formacyjnych. Dopiero po tym czasie, kiedy zdecydowałem, że to rzeczywiście jest moje miejsce, zacząłem formację preoazową i - rok później - pojechałem na swoją pierwszą oazę - ONŻ podstawowego stopnia. Był rok 1986, miałem wtedy szesnaście lat.

I właśnie w czasie tych rekolekcji, pierwszy - i chyba jak dotąd jedyny - raz w życiu zdarzyło mi się w ciągu pół godziny podjąć ważną decyzję, która do dziś ma ogromne znaczenie dla mojego życia. Tą decyzją było członkostwo w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka.

Już przed rekolekcjami słyszałem co nieco o KWC. Na szczęście nikt z animatorów w mojej macierzystej wspólnocie nie usiłował mnie zbyt wcześnie przekonywać, namawiać, uświadamiać. Także na oazie moderator pokazał nam KWC jako możliwość wyboru pewnej drogi. Powiedział, że w czasie Dnia Wspólnoty będzie możliwość złożenia deklaracji, że osoby, które nie ukończyły jeszcze osiemnastu lat mogą składać deklaracje tylko czasowe, że mamy kilka dni na zastanowienie się nad taką decyzją.

Kilka dni? Na tak poważną decyzję? Wychodząc z konferencji byłem pewien, że nic z tego - za mało czasu do namysłu, może za rok... Pół godziny później wiedziałem już, że decyzję podjąłem.

Droga, którą do tej decyzji doszedłem, do dziś mnie dziwi. Mając bardzo negatywne doświadczenia wpływu alkoholu na rodzinę w moim własnym domu, uświadomiłem sobie nagle, że ja także kiedyś będę miał rodzinę. Będę miał dzieci. I że nie chcę, absolutnie nie chcę, żeby moje dzieci widziały i przeżywały to, co ja przeżyłem. I wtedy gdzieś we mnie zrodziła się myśl - dziwnie radykalna jak na szesnastolatka. Pomyślałem, że mam przed sobą prosty wybór - nigdy nie mieć rodziny i dzieci, albo nigdy nie pić alkoholu. Wybór był prosty...

Może to śmiesznie brzmi, ale ta decyzja zaowocowała moim przyłączeniem się do KWC - najpierw jako kandydata, później jako członka. Od tego czasu minęło już pełne piętnaście lat i nic tej decyzji nie zmieniło. W dodatku - choć generalnie nie jestem człowiekiem \"żelaznej woli\" i często postępuję w życiu niekonsekwentnie - w tej akurat sprawie nigdy żadnej niekonsekwencji nie popełniłem. Tak - od szesnastego roku życia nie wziąłem do ust alkoholu. I nigdy tego nie żałowałem.

Oczywiście, podjęcie decyzji to dopiero początek zmagań. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Kiedy po powrocie do domu oznajmiłem to mojej mamie, początkowo wzięła to chyba za jakąś młodzieńczą fantazję. - Przejdzie ci - mówiła. Potem, z biegiem lat, dziwiła się coraz bardziej. Koledzy w klasie pukali się w czoło, próbowali ze mnie kpić - średnio im to wychodziło, jako że język miałem cięty i trudno mnie było przegadać. Prawdziwe \"schody\" zaczęły się jednak dopiero wtedy, kiedy - przy różnych okazjach - zaczęto mi proponować alkohol.

Pamiętam, że o mało nie wyszedłem z osiemnastych urodzin koleżanki z klasy - do szału doprowadziła mnie piętnastominutowa perswazja, że \"w zasadzie szampan to nie alkohol\" i argumenty typu \"nie wypijesz mojego zdrowia?\". Każdy, kto to przeżył, wie, o czym mówię. Ogromnym wsparciem była dla mnie świadomość istnienia mojej wspólnoty - to dawało psychiczny komfort. W skrajnej sytuacji mogłem przecież rzeczywiście wyjść - bo miałem dokąd. Takie sytuacje powtarzały się setki razy - jednak zamiast zniechęcać mnie i powodować wątpliwości, umacniały tylko moją decyzję. Wychodził tu na jaw mój złośliwy, przekorny charakter - im bardziej mnie namawiano, tym bardziej trwałem przy swoim.

Bolesnym doświadczeniem było porównanie sytuacji w naszej ojczyźnie z tak zwanym \"zachodem\". Kiedy pierwszy raz byłem w Niemczech - w Berlinie, który był wtedy jeszcze Berlinem Zachodnim, oddzielonym ponurym murem od Wschodniego - mieszkałem u znajomej rodziny Francuzów. Obiad we francuskim domu - wiadomo, wino do obiadu. Pili je wszyscy, nawet dwunastoletnia córka gospodarzy. Już czekałem na kolejną porcję zdziwionych spojrzeń, namawiania, komentarzy... A tu nic. \"Nie pijesz wina? OK, to na co masz ochotę? Sok pomarańczowy? Cola?\" Żadnego zdziwienia, żadnych perswazji... Później zresztą wielokrotnie tego doświadczyłem, że tylko w Polsce istnieje koszmarny zwyczaj uszczęśliwiania na siłę przez wmuszanie alkoholu. \"No co, ZE MNĄ nie wypijesz?..\" To jeszcze bardziej uświadomiło mi głęboki sens Krucjaty, prowadzonej właśnie tu i teraz.

Kolejny etap krucjatowych zmagań był mniej męczący - można by go wręcz nazwać zabawnym, gdyby nie to, że w gruncie rzeczy obrazował tragiczną rzeczywistość. Kiedy - przez pięć lat - pracowałem jako katecheta, wielokrotnie zdarzało mi się rozmawiać na ten temat z uczniami. Nie starałem się ich do niczego namawiać, ale kiedy pojawiał się temat alkoholu pokazywałem, że \"można inaczej\". Nigdy nie zapomnę tego bezbrzeżnego zdumienia w niektórych oczach. \"Pan nie pije? Ale jak to, tak w ogóle? Nawet wina? Nawet szklanki piwa? NAWET SZAMPANA NA SYLWESTRA?!\" Ten sylwestrowy szampan zawsze przeważał szalę, wywołując falę ostrej dyskusji. Podejrzewam, że niektórzy z moich byłych uczniów do dziś mi nie wierzą.

Ostatnie - jak dotąd - poważniejsze zderzenie z rzeczywistością odbyło się w czasie przygotowań do naszego ślubu. Moja żona, Marzena, też jest członkiem KWC, więc na temat alkoholu nie musieliśmy nawet specjalnie dyskutować. Nie będzie go i już. Co prawda już bardzo dawno oznajmiłem mojej mamie, że na moim weselu alkoholu nie będzie, ale chyba nie brała tego do końca poważnie. Pół roku przed ślubem, kiedy zaczęły się już konkretne przygotowania, zorientowała się, że zamierzamy wprowadzić te zapewnienia w życie. No i zaczęło się - nawet nie namowy czy przekonywanie, ale subtelne próby wpłynięcia na naszą decyzję. Argumenty - że rodzina, że zwyczaje, że nie powinniśmy narzucać innym naszego podejścia do życia... Wesele odbyło się jednak - rzecz prosta - tak, jak my je zaplanowaliśmy. Bardzo pomogli nam członkowie naszych wspólnot - przygotowali wszystko tak, że goście nie mieli specjalnie okazji zauważyć, że im czegoś brakuje...

Przez piętnaście lat członkostwa w KWC wiele się zmieniło w moim życiu. Przekonałem się jednak, że bez alkoholu można żyć i że - wbrew obiegowym opiniom - nie jest to znowu takie trudne. Jestem wolnym człowiekiem. Mogę podać rękę innym, którzy ze swoją wolnością mają problemy. I wiem, że moje dziecko - które ma się urodzić już w marcu! - nigdy nie zobaczy swoich rodziców pijanych. To bardzo krzepiąca świadomość.