Zaangażowanie społeczne

(129 - kwiecień 2004)

Przekroczyć granice

Marcin Staniewski

Pokusa „chrześcijańskiego getta” dotyczy każdej wspólnoty wierzących — od całego Kościoła po małą grupę formacyjną

Chrześcijaństwo to religia, która wyrosła z judaizmu. Z naszymi starszymi braćmi w wierze łączy nas wiara w tego samego jedynego Boga, który objawił się w historii zbawienia. Mamy wspólny podstawowy „kodeks postępowania” — dziesięć przykazań. Również pod względem organizacji życia wspólnoty Kościół zaczerpnął wiele z judaizmu. Apostołowie po zmartwychwstaniu Pana i otrzymaniu Ducha Świętego głosili Ewangelię najpierw Żydom, dopiero później szli do pogan. Powstające gminy chrześcijańskie początkowo z zewnątrz bardzo niewiele różniły się od wspólnot żydowskich żyjących w rozproszeniu. Obie wspólnoty religijne bardzo zasadniczo odcinały się od pogańskiego świata, spotykały się na słuchaniu słów wszechmogącego, niewidzialnego Boga, który był nieskończenie większy niż czynione przez ludzi posągi.
Jednocześnie jednak tym, co zdecydowanie odróżniało uczniów Jezusa od Żydów było otwarcie ich wspólnoty na wszystkich ludzi. Do synagogi przychodzili przede wszystkim ludzie, którzy urodzili się i wyrośli w narodzie wybranym. Nawet jeśli ktoś z pogan zafascynował się religią mojżeszową, to mógł być co najwyżej prozelitą, sympatykiem wspólnoty, do której należało się z urodzenia, a nie z deklaracji. Zupełnie inaczej było w pierwotnym Kościele. Jezus posłał apostołów by „czynili uczniów ze wszystkich narodów”.
Dzieje Apostolskie pokazują początki procesu wyjścia Kościoła z Synagogi. Najpierw był chrzest pojedynczych pogan: dworzanina etiopskiego na drodze do Gazy, setnika Korneliusza w Cezarei. Później cała działalność św. Pawła, który wybrany został, by zanieść ewangelię poganom i szedł najpierw do miast Azji Mniejszej, później do Grecji, gdzie głosił prawdę o zmartwychwstaniu na ateńskim Areopagu i w portowych dzielnicach Koryntu; wreszcie zakończona męczeńską śmiercią podróż do Rzymu. Duch Święty prowadził uczniów Chrystusa nie tylko przez granice krajów i kontynentów, ale również pozwalał im skutecznie łamać granice kulturowe.
W kolejnych wiekach dobra nowina o zbawieniu docierała do ludów z coraz to nowych kręgów kulturowych: plemion germańskich, celtyckich, słowiańskich i bałtyckich w Europie, do ludów Ameryki, Afryki i Azji. Prawdą jest, że z różnych względów wielokrotnie księdze Ewangelii towarzyszył miecz i ludzka krzywda, za co Jan Paweł II przepraszał przy okazji ostatniego Jubileuszu. Prawdą jest również to, że nie wszędzie misje zakończyły się sukcesem — już św. Paweł poniósł porażkę w Atenach. Jednak przez 2000 lat chrześcijaństwa Kościół pozostał otwarty na ludzi spoza Kościoła — prowadzony przez Ducha Świętego wychodzi z ofertą zbawienia do wszystkich narodów.
To przekraczanie granic kulturowych od samego początku nie było sprawą oczywistą. Przeciwnie, napotykało na opór we wspólnocie wierzących. Już na początku działalności św. Pawła doszło do poważnego sporu o konieczność obrzezania nawróconych pogan. Dopiero autorytet apostołów Piotra i Jakuba rozstrzygnął, że pogan nie należy obrzezywać. Również w późniejszych wiekach wielokrotnie trudnością dla Kościoła było przekroczenie własnych granic kulturowych. Dla misji skierowanej do Indian w Ameryce Łacińskiej większą chyba trudnością niż ich pogańska religia było nastawienie sporej części przybyszów z Europy i ich władców, traktujących ludzi z innej kultury „z góry”, co niweczyło wysiłki jezuickich, dominikańskich i franciszkańskich misjonarzy. Mało znanym faktem historycznym jest próba „przetłumaczenia” chrześcijaństwa na język kultury i filozofii Chin podjęta w XVII w. przez jezuitów. Ich pracy nie przerwała zbrojna interwencja reakcyjnych sił pogańskich, tylko nakaz powrotu wydany przez papieża na skutek różnych politycznych intryg w Europie. Przywiązanie do tradycji przez małe „t” bywa również i dziś przeszkodą w dotarciu z orędziem Chrystusa do wielu miejsc.
Można powiedzieć, że ów opór przed przekroczeniem granic własnej kultury jest czymś naturalnym. Człowiek lubi być ze „swoimi”, najwyżej z tymi, którzy tylko nieznacznie się od niego różnią. Stąd bardzo silna jest pokusa zamknięcia się we własnej wspólnocie religijnej i stworzenia z niej elitarnej grupy, do której obcym jest bardzo trudno wejść. Pokusa takiego „chrześcijańskiego getta” dotyczy każdej wspólnoty wierzących — od całego Kościoła po małą grupę formacyjną. Najpiękniejsza liturgia, wspaniałe spotkania modlitewne czy bardzo mądre wykłady o religijnej tematyce nie mają jednak sensu, jeśli prowadzą jedynie do stwierdzenia własnej doskonałości we wierze i w żaden sposób nie są otwarte na innych ludzi.
Pokusa zamknięcia się w zakrystii dotyczy oczywiście nie tylko miejsc, w których chrześcijanie spotykają się z innymi kulturami. Nawet w bardzo przychylnym otoczeniu, gdy wszyscy wokoło są wierzący lub co najwyżej neutralnie obojętni, można swoją wiarę głęboko schować. Człowiek jest wówczas chrześcijaninem przez jedną godzinę w tygodniu, czasem kilka godzin, a przez pozostały czas Bóg jest tak głęboko w sercu, że się o Nim często samemu zapomina.
Tymczasem świat potrzebuje świadectwa wierzących chrześcijan. Niekoniecznie krzykliwego afiszowania się swoimi przekonaniami, ale zwykłego uśmiechu w trudnej chwili, wspomnienia o jakimś religijnym wydarzeniu z codziennego życia, nawiązania do Bożego słowa w rozmowie dotyczącej całkiem przyziemnych spraw. Bo Bóg jest obecny w naszym życiu przez cały czas i potrzebujemy go nie tylko wtedy, gdy idziemy na mszę do kościoła czy na spotkanie formacyjne. Bóg jest z nami w pracy, w tramwaju i autobusie, w fotelu przed telewizorem, przy posiłku, na działce, także gdy śpimy. I co najważniejsze, Boga potrzebuje każdy: wierzący chrześcijanin, ale także ten, kto przeżył bierzmowanie jako sakrament pożegnania z Kościołem, kto z lenistwa lub z powodu zgorszenia przestał uważać się za Boże dziecko.
Przekroczenie granicy własnej wiary bywa często bardzo trudne. Nawet świętym potrzebny jest nieraz silny bodziec. Św. Piotr nim ochrzcił Korneliusza miał trzykrotnie widzenie od Pana w czasie modlitwy. Podobnie św. Paweł nic nie widział przez trzy dni, nim stał się apostołem pogan. Dlatego potrzeba, aby wspólnotą na pierwszym miejscu kierował Duch Święty, a nie upodobania i sympatie jej członków. Bo jak uczą 2000 lat historii Kościoła, to właśnie Duch Święty pozwalał chrześcijanom przechodzić przez wiele granic i docierać z Ewangelią Chrystusa „aż po krańce ziemi”.