Słowo Boże

(155 - styczeń 2008)

Przepełnieni Słowem

Henryk Król

Po kolacji, jeszcze wokół stołu, sięgaliśmy wszyscy po Biblie – każdy miał swoją – i czytaliśmy dookoła, by potem rozmawiać na temat przeczytanych fragmentów

Trudno przecenić znaczenie wspólnego czytania Pisma Świętego wraz z całą rodziną w swoich domach. Gotów jestem zaryzykować stwierdzenie, że jest to najważniejsza rzecz, jaką rodzice mogą robić dla utrzymania całej rodziny w prawdziwym, głębokim SZCZĘŚCIU i harmonii!

Dlaczego o tym piszę? Bo właśnie tak było w moim domu rodzinnym i mimo nieporównywalnie trudniejszych czasów - byliśmy naprawdę szczęśliwi! Tak, było wiele ataków „z zewnątrz”, na pozycję zawodową ojca, także choroby (matka przez wiele lat była w wózku inwalidzkim), otwarte przyznawanie się do wiary uchodziło za ryzykowne a ojciec w tej sprawie był bezkompromisowy - ale czuliśmy się jak w „obozie który jest chroniony przez anioła Pańskiego”

Rano, jeszcze w ramach śniadania - czytaliśmy codzienne krótkie, 19-wieczne rozmyślania biblijne Charlesa Spurgeona „Klejnoty obietnic Bożych” - co roku te same (!) bo tak nam wszystkim się podobały, a wyboru wtedy nie było... Pewne fragmenty znaliśmy na pamięć, co nam, dzieciom sprawiało wielką przyjemność...

Wieczorem, po kolacji, jeszcze wokół stołu, sięgaliśmy wszyscy po Biblie - każdy miał swoją - i czytaliśmy dookoła, by potem rozmawiać na temat przeczytanych fragmentów. Już od pierwszej klasy byliśmy w to wciągani - pamiętam sylabizowanie skomplikowanych słów starego tłumaczenia...

A gdy przychodzili goście, często ludzie obojętni religijnie? Zawsze po kolacji ojciec mówił do mnie, najmłodszego: „Henio, przynieś wszystkim Biblie” (tego momentu bardzo nie lubiłem!) i gościom tłumaczył: „chcemy podzielić się tym wszystkim, co mamy najlepszego w domu”. Czasami atmosfera się mroziła, ale w większości przypadków - pojawiało się prawdziwe zainteresowanie, większość nie miała dostępu do Pisma Świętego...

A wszystko polega na tym, że przykład znacznie silniej oddziałuje niż cokolwiek innego. Dzieci z natury rzeczy, od wczesnych lat - kopiują zachowania rodziców, oni są dla nich punktem odniesienia, to rodzice ustalają ich „standard normalności” Dzieci najlepiej wyczują co jest prawdziwą pasją, a co jedynie moralizowaniem... w pewnym wieku są najbystrzejszymi krytykami wyłapującymi nawet śladowe ilości hipokryzji.. Społeczność wokół czytania Słowa Bożego jest naturalną okazją by potwierdzić, że wszyscy - i rodzice i dzieci są ułomni i razem muszą się upokorzyć przed Bogiem i jego Słowem, zaprosić Jezusa do swojego życia jako Zbawiciela i Pana. Słowo jest największym autorytetem, także dla rodziców. To ono ustala, co jest dobre, a co złe.

Słowo Boże jest głosem samego Boga, naszego Stwórcy i Zbawiciela. To powinno być platformą porozumienia ludzi z różnych Kościołów i wspólnot. I nie mówmy, że każdy tłumaczy po swojemu - na ogół bibliści są zgodni między sobą... To ignoranci i ludzie uprzedzeni często tworzą problemy...

     Tak, Pismo Święte na przykład wylicza grzechy (choć tak naprawdę to przestępowanie pierwszego przykazania pociąga za sobą wszystkie kolejne, „przyziemne” grzechy). Gdybyśmy te biblijne wylistowania przyjmowali do świadomości - to skończyłyby się dyskusje o homoseksualizmie, aborcji czy eutanazji...

     Ale człowiek ma wolną wolę i niestety, w swojej skażonej naturze w większości przypadków dokonuje błędnych wyborów... No bo ulegamy naszym zmysłom, środowisku, kulturze, upodabniamy się do innych. „Z kim przestajesz, takim się stajesz”. Czytając regularnie w rodzinie Biblię - poddajemy się jej wpływowi, żyjemy jej standardami i łatwiej podejmować właściwe decyzje...

Czy oglądałeś filtr czyszczący wodę w akwarium? W szklanym naczyniu jest od dołu umieszczony piasek, kamyczki, na górze większe kamienie... Brudna woda wlewana z góry przepływając przez kolejne warstwy się oczyszcza by na końcu być całkiem przeźroczysta... Tak sobie wyobrażam działanie Słowa w naszych głowach. Gdy głowa jest pełna Bożych praw - to myśli są oczyszczane, a to oddziałuje na nasze czyny... Oj, jest wiele tekstów które to potwierdzają: poczytaj sobie chociażby Księgę Przysłów Salomona albo Psalm 119...

Kolejną dobrą sprawą jest uczenie się z dziećmi słowa na pamięć. Jeden z moich przyjaciół, uznany prawnik amerykański, zna cały Nowy Testament na pamięć, a także kilka ksiąg Starego... Razem z nim uczyłem się kiedyś listów Jakuba, Piotra... Teraz już zapomniałem, ale on i jego dzieci (a ma ich siedmioro)  znają niesamowicie dużo... Ktoś powie, że to przesada - ale aktorzy teatralni też „wkuwają” całe książki, role i nikt się temu nie dziwi...

Nasze dzieci uczyły się po sto wersetów - i był taki dzień, gdy na „egzaminie domowym” potrafiły je wszystkie przytoczyć, z odnośnikami...

Gdy jesteśmy przepełnieni Bożym Słowem - to życie toczy się w świadomości Bożej stałej obecności... staje się prawdziwą ”pochodnią stopom naszym...”

Dzisiaj trudno o wspólne czytanie w domu - dwójka najstarszych studiuje poza domem, zaś najmłodszy, akurat przed maturą - wstaje wcześnie, by dojeżdżać do szkoły... Ale gdy jesteśmy razem, to lepiej wyłączyć telewizor, przeczytać Słowo i modlić się wspólnie... To buduje także płaszczyznę porozumienia i lepszego zrozumienia... po prostu jest czas na rozmowę...

A każdy swoją drogą - czyta regularnie Słowo sam dla siebie, w dogodnym czasie. Dla mnie jest to rano, moja żona - woli czytać wieczorem, przed spaniem... Nasze dzieci też to robią, bez specjalnego rozkazywania... To jest po prostu sposób na życie. Bo gdy się kogoś kocha - to chce się z nim przebywać - a z Bogiem - najlepiej poprzez „trwanie w Słowie i modlitwie”