Pytania o szatana

(191 - luty - marzec 2013)

z cyklu "W szkole animatora"

Przeżyć oazę

Anna Lipska

Ksiądz Blachnicki bardzo sobie cenił metodę przeżyciowo-wy-chowawczą. Mam wrażenie, że o drugim członie tego okre­ślenia często się nie pamięta, a pierwszy w wielu wspól­notach jest zupełnie niezrozumiały. Słowo „przeżyć” kojarzy się teraz raczej z emocjami, uniesieniami. Przez to cele wychowawcze usiłuje się osiągnąć przez stymulację emocjonalną. Sformułowanie, że uczest­nicy muszą coś „przeżyć” zwykle prowadzi do położenia akcentu na elementy uczuciowe, na to co porusza np. na spotkaniach, na Drodze Krzyżowej, na liturgii. I często jeśli nie budzi emocji, jest „nudne”, zwyczajne, to jest pomijane lub niedoceniane.

Ale przecież emocje są ulotne, nie można na nich budować. Te sa­me emocje raz kierują nas ku dobru, raz ku złu, raz otwierają na in­nych, raz nastawiają przeciw drugiemu. Warto słuchać emocji, ale nie znaczy to, że trzeba im być posłusznym, tylko że trzeba wysłuchać te­go jakie są i co nam mówią o nas samych i o naszym odbiorze świata. Poddać je rozumowi i czasem zrobić wbrew nim, gdy prowadzą na złą drogę. Przeakcentowanie emocji może zamknąć na głębsze treści. Zwłaszcza osoby niedojrzałe najczęściej chwycą to, co jest łatwe, po­ciągające i szybkie, zatopią się w emocjach i skupią na nich. I zamiast wykorzystać przeżycia jako siłę napędową, będą szukały ich jako celu samego w sobie. Poprzestaną na nich, zamiast sięgnąć głębiej. Inten­sywne emocje działają wtedy jak narkotyk -- potrzebuje się ich coraz więcej dla osiągnięcia tej samej satysfakcji, oraz nie zwraca się już uwagi na to, co te emocje dało i czy było to w ogóle dobre.

Łatwo zatracić perspektywę. Znam chłopaka, wieloletniego anima­tora, który tak się rozsmakował w atmosferze wielkich ewangelizacji, radości, wzruszeniach, efektownych nawróceniach, że stwierdził, iż za­angażuje się u zielonoświątkowców. Nie ekumenicznie, po prostu we­dług niego najważniejsze jest głoszenie Jezusa, nieważne jak i z kim, a zielonoświątkowcy (cyt.) „mają takie poruszające ewangeli­zacje, któ­re naprawdę się czuje, i nie tracą czasu na jakieś msze i ado­racje, któ­re nikogo nie pociągają”.

Tymczasem „przeżyć” w nazwie metody oznacza przede wszyst­kim mieć w czymś udział, doświadczyć od środka, być świadkiem, biorcą i zarazem dawcą, uczestniczyć w czymś od wewnątrz, intensyw­nie, jako osoba współodpowiedzialna a nie bierny obserwator, czy słu­chacz wykładu. To doświadczenie rodzi emocje, ale nie one są celem, a zmiana postrzegania, myślenia i działania, które za tym idzie.

Zada­niem diakonii posługującej się metodą przeżyciową nie jest nakręcenie emocji uczestnika, zapewnienie mu uniesień, ale przeko­nanie go o ce­lu i sensie życia, jakie chcemy przekazać, poprzez stwo­rzenie takich warunków życia, które są jak najbardziej zgodne z ide­ałem, o którym mówimy. Wprowadzenie uczestnika w środek rzeczy­wistości, którą mu przekazujemy, o której opowiadamy, w przestrzeń relacji międzyoso­bowych będących próbką tego, do czego chcemy za­chęcić.

 

Niech do­tknie tych treści, wartości, posmakuje je, nie tylko je usły­szy jak czyste nie skażone życiem teorie. Niech zobaczy jak to jest i że jest to możli­we w normalnym życiu. Że animatorzy nie tylko mówią o wspólnocie, ale ją tworzą i do niej zapraszają. Że nie tyle każą słu­żyć, ile służą, uczą tego i pomagają służyć innym. Że nie tylko głoszą tro­skę, przeba­czenie, radość czy inne wartości, ale to realizują, można sprawdzić ja­kimi drogami do tego doszli i tego doświadczyć, przeżyć na własnej skórze. I chcieć to uznać za swoje. Że w codziennych roz­mowach, modlitwach, spacerach, nieporozumieniach, relacjach dam­sko-męskich, dzieleniu i posiłkach, zajęciach, śpiewie i czyszczeniu to­alety jest możliwa realizacja Królestwa Niebieskiego.