Cierpienie

(149 - luty - marzec 2007)

Pytania o cierpienie

Przemysław Strzyżyński

Cierpienie, tak jak każdy stan naszego ciała i umysłu, odczuwamy sami, a inni mogą co najwyżej wspierać nas, gdyż przeżyli coś podobnego
Tekst poniższy pisany jest raczej z perspektywy samego rozumu, a w twierdzenia religijne wchodzi tam gdzie temat cierpienia spotyka się z teologią.

Rodzaje cierpień

Od małego, wcześniej nawet niż obudziła się nasza świadomość, towarzyszą nam i cierpienia, i przyjemności. Niemalże na przemian. A to głód, tu znów przytulenie i tak do końca. Życie uczy nas też, że czasem cierpimy ciałem, a czasem jakoś tak wewnątrz, ale raczej nie ciałem. Zwykło się więc mówić, że cierpienia mogą być fizyczne i psychiczne, czy też inaczej duchowe (choć w tym zrównaniu zdaniem niektórych tkwi uproszczenie). Mogą też cierpienia być jednocześnie i duchowe, i fizyczne. Nieraz przecież czujemy wręcz fizyczny ból z przyczyn natury mentalnej. Widać, że jesteśmy jednością, która potrafi nie oddzielać co cielesne a co duchowe.

     Są też cierpienia małe i duże, ale o ścisłym rozgraniczeniu jednych i drugich trudno mówić. Ten sam bodziec fizyczny nie przez wszystkich tak samo bywa odczuwany. Nie zawsze też tak samo czujemy bodźce uderzające w naszą psyche (duszę).

     Co więcej, to samo, przez tę samą osobę, nie zawsze tak samo jest odczuwane.

     Są takie cierpienia, które odczuwamy sami, ale też i takie, które pojawiając się u innych, przynoszą ból także i nam.

Cierpienie a przyjemność

Tutaj doszliśmy do podstawowego pytania, które stawiali filozofowie już w starożytności. Czy cierpienie to brak przyjemności i na odwrót? Odpowiedź twierdząca sugeruje, że nie ma stanu przejściowego między cierpieniem a przyjemnością. Co więcej - skoro w danej chwili nie cierpimy znaczyłoby, że doznajemy przyjemności. Brzmi to może kategorycznie, ale czyż samopoczucie bez wyraźnego cierpienia nie jest samo w sobie przyjemne?

Z drugiej jednak strony, czy mam zwykłe samopoczucie od razu zaliczyć do tej samej kategorii doznań co doznania wyraźnie przyjemne?

Być może jest to tylko słowny spór. Słowa nie są przecież doskonałymi narzędziami opisu i komunikacji stanu rzeczy.  

Wczucie i cierpienie

Niewątpliwie jednak dzięki słowom potrafimy wyrażać współczucie. Czymże ono jest? Prawdziwym odczuwaniem tego samego, czy też wyrazem chęci ulżenia w cierpieniu?

Zazwyczaj mówimy, że współczujemy w cierpieniu innych. Jak to jest jednak możliwe? Nie jesteśmy przecież tym kimś innym, nie myślimy jego myślami, ani nie czujemy jego odczuć. Wystarczy wyobrazić sobie, że patrzymy na człowieka, który cierpi i o tym wie, ale my ani nie widzimy wyrazu tego cierpienia ani o tym nam nie mówiono. Dopóki więc nie dowiemy się lub nie zauważamy grymasu bólu, nie wiemy że ktoś cierpi. Gdzie więc można mówić o współodczuwaniu?

Jedynym rozwiązaniem wydaje się przyjęcie teorii, że „współodczuwamy” na zasadzie tego, że kiedyś coś podobnego sami przeżyliśmy. Jest tu więc myślenie przez podobieństwo i przypominanie sobie naszych przeżyć. Co jednak pozwala zacząć domyślać się, że inny przeżywa coś podobnego do naszych przeżyć? Jedynie chyba te zewnętrzne, zmysłowo postrzegalne oznaki cierpienia, np. grymas, jęk czy też słowa.

Wynika z tej argumentacji, że cierpienie, tak jak każdy stan naszego ciała i umysłu, odczuwamy sami, a inni mogą co najwyżej wspierać nas, gdyż przeżyli coś podobnego. Ich pamięć własnego cierpienia pomaga im jedynie stawić się w naszej sytuacji.

Zdarza się też, że cierpimy właśnie z tego powodu, że nie potrafimy ulżyć komuś w cierpieniu albo współczuć z kimś. Zwłaszcza jeżeli sami je spowodowaliśmy. Wiele w tych sytuacjach zależy od naszej wrażliwości, czyli m.in. umiejętności wczucia się w sytuację innej osoby. Do tego nie tylko potrzebne jest doświadczenie, ale przede wszystkim umiejętność wyobrażenia sobie, co może odczuwać ta osoba.

Cierpienie jako coś mierzalnego

Czy wobec braku realnego współodczuwania, możemy w ogóle mówić o czymś takim jak miara cierpienia? Przecież do stworzenia miary potrzebny jest ogólnie przyjęty wzorzec. Tak jak wzorzec metra czy kilograma. Natrafiamy tutaj na problem przejścia od tego, co podmiotowe do tego, co powszechne. Miara bowiem powinna być powszechna, a cierpienie jest przeżywane samemu. Dodajmy do tego obrazu i to, że potrafimy zmieniać naszą podmiotową skalę odczuwania tego samego bodźca.

Potrafimy przecież nauczyć się lepiej radzić z emocjami kiedy nas ktoś rani, a i próg wytrzymałości na ból ciała potrafi w pewnych granicach się przesuwać. Pozostaje nam opierać się na uśrednionym wspólnym ludziom doświadczeniu. Uczymy się jego treści kiedy słyszymy np. „To da się wytrzymać; Patrz a tamta dziewczynka nie płacze; Tego bólu już nie wytrzymał i zemdlał; itd”. Dodajmy jednak, że i to uśrednione doświadczenie zależne jest od kultury, w której przyszło nam żyć. Gdybyśmy byli małymi Japończykami (z połowy ubiegłego wieku, a być może i nam współczesnymi) praktykowalibyśmy np. kąpiele w lodowatej wodzie, po to aby nauczyć się niezależności umysłu od ciała. Niewątpliwie próg reakcji na zimno mielibyśmy przesunięty w kierunku większej tolerancji na zniesienie cierpienia z powodu zimna. Pozostaje więc zdrowy rozsądek, a o tym czy jest zdrowy, mówi porównanie z opinią innych ludzi.

Cierpienie jako coś znaczące

Ważną kwestią jest związek cierpienia ze znaczeniem. Znaczenie pojmować tu możemy jako treść, jaką coś ma dla nas, nam przekazuje. Słowa na przykład po pierwsze coś zazwyczaj oznaczają, np. jakieś przedmioty czy relacje; a po drugie, poprzez swoje konotacje niosą też skojarzenia emocjonalne, etyczne, religijne itp.

Czy więc cierpienie coś znaczy? Ból ciała niewątpliwie jest oznaką jakiegoś defektu w funkcjonowaniu organizmu lub jego integralności. Możemy go więc potraktować jako informację, że coś jest nie tak jak zazwyczaj.

Co jednak z cierpieniem mentalnym czy też duchowym? Można potraktować je nie tylko jako oznakę, że coś jest nie tak jak do tej pory, ale także jako pytanie, co powoduje, że tak a nie inaczej odczuwam, pojmuję daną sytuację. Jest to cenne źródło informacji o nas samych, czyli o naszym egoizmie, narcyzmie, umiejętności rozumienia innych, wielkoduszności, cierpliwości i wielu, wielu jeszcze rzeczach. Wystarczy zadać sobie pytanie np. dlaczego bolą mnie czyjeś słowa; dlaczego boli niedocenienie w pracy itp. Przy okazji okazuje się, że poszukiwanie prawdy o sobie jest najlepszą szkołą znoszenia cierpienia. Przecież boli, że nie jesteśmy tacy wspaniali jak chcielibyśmy być. Tutaj cierpienie okazuje się na stałe związane z pracą nad sobą.

Cierpienie znaczy ale czy ma sens?

Cierpienie jest jednym z wydarzeń naszego życia. Tak wszechobecnym, że wydaje się że aż koniecznym. Jego sensowność lub bezsensowność okazuje się wówczas gdy umiemy zrozumieć znaczenie tego wydarzenia dla całości naszego życia. Stąd trzeba najpierw określić co rozumiemy przez sens naszego życia. Ogólnie wydaje się, że jest to ostateczny cel tego czasu i wydarzeń, które nazywamy naszym życiem. Co jest więc takim celem? Czy koniecznie musi być on na końcu życia? Dla chrześcijan takim celem jest spotkanie z Bogiem, i to końcowe i to w czasie życia. Pierwsze jest przedłużeniem drugiego. Dla niechrześcijan może nim być na przykład spotkanie z ich Bogiem czy też wyzwolenie z kręgu wcieleń czy też własnego ego. Wydaje się jednak, że w każdej religii przeciwność życiowa jaką jest cierpienie, niesie w sobie możliwość wykorzystania go ku osiągnięciu tego celu. Jest okazją do wyzwolenia, pokonania namiętności czy też ćwiczenia we współczuciu z innymi. Dla chrześcijan cierpienie ma też ten walor, że upodobnić nas może do Jezusa Chrystusa, Cierpiącego Sługi Jahwe. Upodobnienie to wydaje się nam wydarzać wówczas gdy mimo niezawinionego cierpienia znosimy je bez nienawiści do jego sprawcy i wtedy gdy cierpienie nie staje się powodem odrzucenia Boga a raczej zgody na nie.

Tutaj też pojawia się dodatkowy problem. Pytanie o sens cierpienia, jak i szerzej o sens życia, połączone z nauką o Opatrzności i Wszechwiedzy, każe zadać pytanie czy nasze cierpienia są nie tylko przewidziane, ale również zaplanowane.

Przewidzieć nie oznacza wpływać. Z naszego ludzkiego doświadczenia wynika, że wystarczy odpowiednia ilość informacji początkowej, aby z większym lub mniejszym prawdopodobieństwem określić dalszy ciąg wydarzeń. Trudniejszą jednak sprawą jest wpłynąć na wydarzenia tak, aby zrealizował się ułożony przez nas plan.

Skoro jednak wierzymy, że Bóg jest wszechmocny i troszczy się o nas, pozostaje zapytać, czy można przyjąć twierdzenie, że Bóg zaplanował nasze życie tak a nie inaczej i że cierpienie pojawiające się w nim jest częścią tego planu. Dosyć prostacko rzecz ujmując rozumienie Boga jako twórcy planu, który chcąc nie chcąc realizujemy sprawia, że życie postrzegamy jak ciąg zadań przewidzianych przez nauczyciela, a cierpienie jest jednym z egzaminów - jest to wizja z piosenki „Jak w uczniowskim zeszycie” - dobre dla dzieci ale czy koniecznie dla dzieci bożych? Kłóci się to po pierwsze z poczuciem wolnej woli, jakie posiadamy. Po drugie trudno to uzgodnić z twierdzeniem, że osoba ludzka jest obdarzona wolną wolą i realizuje wolność.

Czy jednak nasze wybory nie mogłyby być zawsze przewidziane i do każdego z nich istniałoby kolejne odgałęzienie planu bożego? Wtedy jednak trudno mówić o zaplanowaniu koniecznym, to znaczy nieuchronnym wydarzeniu się takiej a nie innej sytuacji, w tym cierpienia. Odpowiedź jest o tyle trudna, że niemożliwym jest nasze, ludzkie postrzeganie rzeczywistości, to jest czasowo-przestrzenne, odnieść do Boga, o którym mówi się w teologii, że jest poza czasem i przestrzenią.

Poza tym pojęcie cierpienia jako zaplanowanego spycha nas natychmiast w poszukiwanie konkretnego usprawiedliwienia jego wystąpienia. Zaczynamy pytać po co to było? Możliwe odpowiedzi: Bóg tak chciał/To próba wiary/ itd. są próbą przekonania cierpiących, że to wszystko ma jakiś cel i że ktoś nad tym czuwa. Są poniekąd próbą uspokojenia typu „Spokojnie, wszystko będzie dobrze” - być może zresztą, że jak większość rzeczy zdroworozsądkowych jest to postępowanie słuszne - bo nawet jeśli Boga i życia po śmierci nie ma, to i tak wierząc tym słowom łatwiej jest przetrwać.

Z drugiej jednak strony, możemy na te próby odpowiedzi spojrzeć jako na mało  konkretne i zależne od tego, czy w nie uwierzymy. To znaczy, czy uwierzymy że kiedyś, może dopiero po śmierci, zostanie ukazana rola cierpienia w naszym życiu. Teraz bowiem te próby widziane są jako bezsensowne. Znalezienie takiej odpowiedzi związane jest z nadaniem znaczenia cierpieniu. Tego nadania lub odmowy sensu dokonujemy my a dla wierzących dużą rolę odgrywa tutaj ich relacja z Bogiem.

Co więcej być może to my nadajemy sens naszemu życiu, w tym i cierpieniu, poprzez konkretne wybory - to jest wybrane przez nas działanie, uczucia, myśli, słowa, gesty itd. I jest możliwe, że kiedyś osądzimy te wybory z perspektywy pytania o budowlę piękną i zwartą, jaką może być nasze życie i my, jako osoba. Bo to też sensownie brzmi, że żyjąc tworzymy siebie takimi, jakimi będziemy w niebie. W ten sposób cokolwiek uczynimy, czynimy siebie takim na wieczność. Opatrzność zatem jest w tym ujęciu nie Wielkim Planistą ale kimś kto wspomaga nasze wybory w trakcie budowania nas dla wieczności. Cierpienie pojawiałoby się więc tutaj niezależnie od Boga, ale razem z Nim nadawalibyśmy mu sens czyli cel ostateczny.

Czy cierpienie to kara

za grzech własny i/lub cudzy?

Jeśli już to konsekwencja naszych lub cudzych działań. Konsekwencja z kolei może spełniać dla nas funkcję przestrogi na przyszłość. Ale nie każde cierpienie jest wynikiem naszych moralnie złych działań. Więc nie mogę powiedzieć, że jest ono zawsze konsekwencją działań moralnie złych. Tak samo jak przyjemność nie zawsze i nie przede wszystkim, jest konsekwencją złych działań. Czy możliwe, że można cierpieć za cudze przewinienia? Tak - tam na przykład, gdzie stosuje się odpowiedzialność grupową. Oto na przykład nauczyciel każe wpisać naganę całej klasie, mimo że nie każdy jej uczeń rozrabiał. Albo też mama krzyczy i przez pół dnia jest okropna wobec każdego, mimo że to tylko szef w pracy ją zdenerwował - bez intencji, ale skutek jak przy odpowiedzialności grupowej. Cierpią wszyscy w domu, mimo że bez żadnej winy. Dzieci zaś cierpią podwójnie, bo skoro mama jest okropna dla nich, to znaczy, że to one coś źle zrobiły - pewnie z przyzwyczajenia dzieci tak myślą.

     Nie można pominąć jednak jednego aspektu cierpienia, jakim jest cierpienie z powodu naszych złych czynów. Przecież to też cierpienie, kiedy jest nam źle z tej racji, że kogoś zraniliśmy, czy czegoś nie zrobiliśmy jak należy. Te cierpienia potrafią być naprawdę dojmujące, dotyczą one bowiem nie tylko relacji z ludźmi, ale dla wierzącego, także relacji z Bogiem. Jak się własne zło przeżyje w tej perspektywie, to wcale nie wykluczone, że cierpienie z tym związane jest głębokim żalem za grzechy, głębszym niż ten myślany.

Wielu filozofów wyraża pogląd, że przeciwności, w tym cierpienie, uszlachetniają nas. W „Dialogach” Seneki, w tekście o Opatrzności, znaleźć można opis walki szlachetnego młodzieńca z lwem. Jest to próba odwagi i szlachetności. Walkę z podziwem i trwogą ogląda rodzina i przyjaciele. Młodzieniec stawia na szali nie tylko życie, ale i cześć, i honor. Stawka jest wysoka. Lecz bogom, zdaniem Seneki, taka próba nie wystarcza. Człowiek potrzebuje godniejszego przeciwnika, takiego który ciągle nam zagrażając czyni z nas ludzi na miarę człowieka. Przeciwnikiem tym jest Los. Lecz jest też granica, do której dochodząc, Rzymianin mógł popełnić samobójstwo. Chrześcijanie wydają się pojmować to nieco inaczej. Czary losu nie możemy wytrącić sobie z rąk dobrowolnym odejściem, trzeba nam pozostać na scenie do końca. Miejmy nadzieję, że to ma sens. Zwłaszcza, że los czynimy sensownym dzięki własnym decyzjom.