Krucjata Wyzwolenia Człowieka

(185 - kwiecień 2012)

Pytanie o miłość

Joanna Ślusarek

Nie jest problemem, gdy nie umiem, gdy nie dorastam, gdy zmagam się z czymś co dla mnie trudne i aktualnie za dużo kosztuje. Problem rodzi się wtedy, gdy zapominam, że moje ręce są puste i że jest Ktoś kto pragnie je napełnić

Pytań i wątpliwości wokół Krucjaty zazwyczaj rodzi się wiele. Na większość z nich jesteśmy w stanie dość łatwo znaleźć odpowiedzi – dopytać się, sięgnąć po konkretną książkę, czy też poszukać w internecie. Są jednak pytania takie „z grubej rury”, na które nie ma prostych odpowiedzi. Są wątpliwości, które nurtują na głębinach serca i nie tak łatwo – mimo posiadanej wiedzy – rozwiać je we własnym sercu.

Bo co zrobić, gdy Krucjata kojarzy nam się tylko z nakazem (przeszedłem formację, muszę, powinienem, bez tego nie będę animatorem)? Co wtedy, gdy staje się ona dla nas pewnego rodzaju wymogiem administracyjnym (pełnię funkcję i na czas jej pełnienia przyjmę na siebie to zobowiązanie)? Co, gdy Krucjata staje się jakimś extra dodatkiem, takim powiedzmy „szlakiem dla bardziej zaawansowanych”, czy dodatkowym bonusem z którego łatwo się zwolnić myśląc „To nie dla mnie”.

Na te wszystkie pytania nie ma łatwych i jednoznacznych odpowiedzi. Tak naprawdę każdy z nas, osobiście powinien szukać własnych na głębinach serca, często też na kolanach, by znaleźć taki wymiar, który się stanie ważny i przekonujący właśnie dla mnie.

Niemniej jakoś u źródła tych wszystkich wątpliwości dotyczących Krucjaty, gdy stawiamy sobie pytanie o sens jej podjęcia (lub podtrzymania) we własnym życiu,  jest zawsze pytanie o miłość. To ona jest fundamentem wszystkiego. 

Cała formacja, którą podejmujemy w Ruchu Światło-Życie na wszystkich jej poziomach, nie jest jedynie formacją intelektualną, nastawioną na zdobycie wiedzy, na poznanie. Przede wszystkim na każdym etapie niezwykle istotny jest element przeżyciowy, który ma doprowadzić do realnej więzi, do faktycznej bliskości z Tym, którego przyjmujemy jako naszego Pana i Zbawiciela. Żyjąc na co dzień relacją z Jezusem, stawiając Go na pierwszym miejscu w naszym życiu, wsłuchując się w Jego głos, przyjmując Go do swojego serca w każdej Eucharystii uczymy się jak w naszym życiu mamy pełnić Jego wolę. Uczymy się rozpoznawać i podejmować Jego pragnienia.

To jest tak naprawdę fundamentalne odniesienie w tych wszystkich postawionych wcześniej pytaniach i wątpliwościach. Im ich więcej zbiera się w moim sercu, tym mocniej i gorliwiej powinienem się pytać o moją relację z Jezusem. 

Istota polega na tym, że bardzo często to nie Krucjata sama w sobie jest problemem. Ona jest jakby wyrzutem w tym wszystkim co przeżywamy, z czym sobie nie radzimy, czego nie umiemy przyjąć czy wypełnić w swoim życiu. 

Pamiętam, jak dla uczestników Kursu dla Animatorów  niezwykłym przeżyciem było podjęcie na nowo treści wypływającej z Drogowskazów Nowego Człowieka. Każdego dnia oazy pochylaliśmy się nad kolejnym Drogowskazem. Staraliśmy się zatrzymać nad każdym z nich nie tylko intelektualnie, od strony konferencji i konkretnej wiedzy potrzebnej przyszłym animatorom, ale także, w dużej mierze, to pochylenie miało charakter modlitewny, refleksyjny, było próbą przykładania tych treści do własnego życia i przyjmowania ich za swoje na nowo, już z innej perspektywy. 

Pamiętam zaskoczenie w niejednych oczach, gdy dochodząc do 9. Drogowskazu skupialiśmy się na jego drugiej części: „Nowa Kultura (…) jest dziś bardzo potrzebną formą świadectwa i ewangelizacji; moim świadectwem w tej dziedzinie będzie więc ofiara całkowitej abstynencji od alkoholu, tytoniu i wszelkich narkotyków oraz szerzenie kultury czystości i skromności, jako wyrazu szacunku dla osoby”.

Zaskoczenie to nie tyle wypływało z samej treści Drogowskazu, co bardziej z faktu, że jego przyjęcie, dla nas w Ruchu Światło-Życie, oznacza również świadectwo w postaci całkowitej abstynencji. I nagle się okazało, że to nie w samej Krucjacie jest problem. Ona stanowi po prostu konsekwencję przyjęcia w swoim życiu wszystkich Drogowskazów. Jest taką swoistą „kropką nad i”. Bo skoro, jako członek Ruchu, jestem zobowiązany przez przyjęcie Kroków i uznanie ich za swoje, do dawania świadectwa w postaci całkowitej abstynencji i daru wolności w każdej przestrzeni mojego życia, to dlaczego do tego zobowiązania i płynącego z niego świadectwa nie dołączyć jeszcze modlitwy za tych, którzy nie mogą już wyzwolić się o własnych siłach? Aby moja ofiara, włączona została w tak ogromne dzieło, w którym nie tylko nabiera ona szczególnej mocy, ale również ja sam dostaje duchowe wsparcie i moc. 

Nie bez przyczyny również ten Krok jest dopiero 9. Przed nim jest osiem wcześniejszych, które są niezwykle ważne i stanowią fundament, niejako odpowiedź na pytanie: „Dlaczego tak?”. Bo czyż może być inaczej jeśli naprawdę Jezus jest moim Światłem i Życiem i Jemu oddałem swoje życie, aby nim kierował. Jeśli naprawdę wpatruję się w Niepokalaną i jest Ona dla mnie najdoskonalszym wzorem Nowego Człowieka. Jeśli faktycznie chcę na co dzień prowadzić życie w Duchu, poddając się Jego tchnieniu i mocy. Jeśli Kościół jest dla mnie środowiskiem życia, w którym chcę wzrastać coraz głębiej w braterską wspólnotę życia. Jeśli… 

Można by mnożyć te znaki zapytania weryfikując je z naszą codziennością i zwykłym życiem. Okazuje się, że gdy Drogowskazy – każdy po kolei – są faktycznie przez nas przyjęte, zasymilowane, to pytania o Krucjatę przestają już tak mocno wybrzmiewać. Bo niejednokrotnie zmienia się wtedy perspektywa naszego serca, które już nie patrzy przez pryzmat ofiary i tego ile to ja z siebie muszę dać, ale serca, które trwając przy Sercu, chce kochać tak jak On, chce być dla innych tak jak On i oddawać swoje życie tak jak On. 

I oczywiście, od razu niektórzy powiedzą, że przecież można mieć wspaniałą i głęboką relację z Panem Jezusem, można poddawać swoje życie Duchowi Świętemu i Jego natchnieniom i wcale nie trzeba być przy tym abstynentem. I owszem – nie trzeba. I może trochę dosadnie pociągnę to myślenie dalej, bo przecież też wcale nie trzeba być w Ruchu Światło-Życie. Dróg w Kościele jest wiele i naprawdę można wybrać taką bardziej dla siebie dogodną, mniej wymagającą, zwyczajnie prostszą. Tymczasem wybierając akurat Ruch Światło-Życie jako drogę na której chcę dążyć do zbawienia, przyjmując Jego założenia, decydując się żyć i służyć Bogu i Kościołowi właśnie w nim, nie mogę sobie wyrywać kawałka, który mi nie pasuje, który z jakiegoś powodu jest dla mnie nie wygodny, bo się nagle okaże, że tak naprawdę jestem poza Ruchem a to, czym staram się żyć na co dzień, to tylko jakaś karykatura lub moja subiektywna wizja, która odbiega od prawdy. Z tego też właśnie powodu animator sam powinien być w Krucjacie. Powinien żyć tym co głosi. Tak samo jak animator powinien nie tylko kiedyś przyjąć Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela, ale przede wszystkim każdego dnia na nowo ponawiać tę decyzję i wybór. I przez pryzmat tej najważniejszej relacji kształtować swoje życie, wszystkie wybory i decyzje, swoją codzienność.

W tej perspektywie – oczywiście nie jedynej i na pewno nie wyczerpującej tematu – dość niezrozumiała staje się również postawa łączenia Krucjaty jedynie z pełnioną funkcją. Ponieważ jestem animatorem, odpowiedzialnym, czy jesteśmy parą diecezjalną, to na czas pełnionej służby podejmiemy zobowiązanie jakim jest Krucjata. Równie dobrze razem z tym postanowieniem możemy postanowić modlitwę, życie sakramentami, postawę służby czy uczenie się miłości do innych we wspólnocie również tylko na czas pełnionych odpowiedzialności. To są wzajemnie wykluczające się postawy. Albo jestem cały w tym co przyjmuję za swoje i na dzień dzisiejszy tą drogę widzę jako możliwość mojego własnego uświęcania się, albo próbuje dawać innym coś czym sam nie żyję i przekonywać do czegoś do czego sam nie jestem przekonany. 

I oczywiście nie chodzi mi o to, że teraz wszyscy razem mamy doskakiwać do wysoko postawionej poprzeczki i że nie ma miejsca wśród nas dla tych mniej zdecydowanych, czy wręcz pogubionych. Ze swojej istoty bowiem formacja zakłada dojrzewanie, jakąś drogę do przebycia, jakiś proces, który wymaga czasu, troski i starania, nie tylko nas samych. Proces, który w perspektywie życia duchowego po prostu przepełniony jest łaską. 

Chodzi mi jedynie o taką subiektywną postawę, która niestety w świecie pełnym lęku i nie znoszącym ofiary, staje się często wytłumaczeniem naszych wątpliwości czy pytań, które mamy. Bo łatwiej przyjąć coś, wraz z pełnioną posługą, na kilka miesięcy czy lat a potem szybko z tego zrezygnować. Łatwiej oburzać się i tłumaczyć, że przecież można być dobrym animatorem nawet bez Krucjaty. Łatwiej tłumaczyć, że owszem to dobre dzieło, ale nie dla mnie. Niż stanąć z pustymi rękami, spuścić wzrok i powiedzieć ja nie umiem, nie potrafię, przerasta mnie to, ale dla Ciebie Panie nie ma rzeczy niemożliwych. To Ty mnie naucz, to Ty wlej pragnienie i odwagę. To Ty, nie ja… 

Bo nie jest problemem, gdy nie umiem, gdy nie dorastam, gdy zmagam się z czymś co dla mnie trudne i aktualnie za dużo kosztuje. Problem rodzi się wtedy, gdy zapominam, że moje ręce są puste i że jest Ktoś kto pragnie je napełnić.