Radość

(225 - styczeń - luty 2019)

Radość w liturgii

ankieta

Utrwaliło się w nas przekonanie, że bezruch jest bardziej duchowy od ruchu

Czy w liturgii jest miejsce na spontaniczną radość – takie pytanie zadaliśmy członkom naszego Ruchu zaangażowanym w posługę liturgiczną.

 

Liturgia ma wiele wymiarów, jest działaniem Bosko-ludzkim, światem świętych znaków, łączy niebo z ziemią, daje liczne łaski.

Co ma do tego radość? Radość jest jednym z owoców Ducha Świętego, który działa w liturgii. Niewątpliwie zatem podczas liturgii może się ona pojawić. Może zjawić się niespodziewanie. Słowo „spontaniczny” można rozumieć tu jako „nie zaplanowana”.

Pytanie jest tylko o to, jaki dać jej wyraz? Może być tylko w sercu, może objawić się w gestach, postawach, w słowach modlitwy. Może znaleźć także inny sposób wyrazu – „spontaniczny”. Można zatem tańczyć, śpiewać, klaskać, itd.

Wypaczy to jednak sens liturgii, dla wielu osób w naszym otoczeniu może być to nawet rozpraszające czy gorszące.

Podsumowując – na radość płynącą z udziału w liturgii należy się otwierać, dać się jej przeniknąć, ale sposób wyrazu powinien zależeć od tego, co w danej chwili należy czynić. Radosny śpiew liturgiczny, radosne gesty, postawa ciała – tak. Gesty subiektywne, rozbijające jedność zgromadzenia i ducha liturgii – nie.

 

Wojciech Kosmowski

 

Liturgia, a konkretnie Eucharystia, jest szczytem modlitewnego, a nawet fizycznego spotkania z Panem Bogiem, jednak nie tylko moim osobistym ale przede wszystkim wspólnotowym. Jest tak ułożona, by mój w niej udział nie utrudniał jak najlepszego jej przeżycia innym uczestnikom Zgromadzenia Eucharystycznego i by inni uczestnicy też mi nie przeszkadzali. Dlatego zalecana jest jedność postaw i gestów dla wszystkich wiernych (nie dotyczy w niektórych momentach celebransa, koncelebrujących i służby liturgicznej).

Liturgia jest jednym z charyzmatów naszego Ruchu. Ksiądz Franciszek Blachnicki przykładał dużą wagę do dbania o jak najbardziej uroczysty jej przebieg, wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Do Eucharystii powinno być się przygotowanym w sposób najlepszy, jak najbardziej starannie (dotyczy to zwłaszcza służby liturgicznej), dlatego nie ma w niej miejsca na improwizację i spontaniczność. Uważam, że każdy kto postara się zrozumieć i poznać przebieg Liturgii, poszczególne znaki, symbole i gesty (które nie są przypadkowe), będzie przeżywał ją w sposób bardziej pełny, nie mając potrzeby wyrażania swojej radości w jakiś inny sposób. Znam kapłana który sprawuje Najświętszą Ofiarę w sposób entuzjastyczny i tryskający radością, jednocześnie niczego nie ujmując ani nie dodając od siebie. (…)

Ja podczas Mszy Świętej nigdy nie odczuwałem potrzeby wyrażania swojej radości w sposób spektakularny. Irytowało mnie natomiast, że gdy wielbiłem Pana, ktoś wstawał przede mną, bujając się w prawo i lewo, klaszcząc w dłonie lub znajdował się jakiś „wodzirej” mówiący: „a teraz powstańmy”, „wznieśmy ręce”, „chwyćmy się za ręce” itp. Na tego rodzaju wyrażanie radości podczas uwielbienia są inne spotkania na przykład nabożeństwa z wylaniem Ducha Świętego, modlitwy wstawiennicze, czuwania modlitewne itp. Inaczej jesteśmy ubrani i zachowujemy się na koncercie muzyki poważnej, a inaczej na koncercie muzyki rockowej, chociaż jedno i drugie to muzyka (lubię posłuchać jednej i drugiej, choć rocka bardziej).

Krzysztof Ławniczak

 

 

Czy jest w liturgii miejsce na spontaniczną radość? Odpowiedziałbym jak najbardziej twierdząco, gdyż na liturgii stajemy w obecności Boga jako wolne Dzieci Boże i tak jak może mnie ogarnąć mnie głębokie wzruszenie w czasie celebracji, tak samo mogę doświadczyć radości. Jeśli na przykład przed chwilą pobłogosławiłem związek małżeński, to moja rozpromieniona uśmiechem twarz jest wyrazem spontanicznej radości, a przecież takiego gestu nie nakazują mi żadne rubryki rytu sakramentu małżeństwa. Podobnie kiedy Kościół ogłasza kogoś świętym czy błogosławionym, to tłum spontanicznie wyraża swoją radość brawami, których również na pewno nie ma przepisanych w rubrykach. Problem pojawia się w momencie kiedy doświadczenie spontanicznej radości przyjmuje takie formy, które subiektywnemu przeżyciu nadaje priorytet i zaczyna przesłaniać uczestniczącym główny cel liturgii. Miejsce więc widzę, ale nie w każdej formie wyrazu i nie w każdym momencie celebracji. 

o. Bartłomiej Parys SVD

 

Pierwsze pytanie, które mi się nasuwa, to: czy spontaniczna radość stoi w sprzeczności z powagą i godnością? Bo jeśli tak, to w celebracjach liturgicznych na spontaniczność miejsca nie ma.

Jednak osobiście, wewnętrznie czuję, że „coś tu nie gra”. Przecież, choć w ewangeliach nie ma wzmianki o tym, by nasz Zbawiciel w jakiś euforyczny sposób uzewnętrzniał swą radość, to już od pierwszych „wizyt” Ducha Świętego ci, których ogarnął swą mocą tańczą i wręcz promieniują radością (apostołów, na których Duch wylał swe dary podejrzewano, że „…upili się młodym winem” – Dz 2.13).

Sądzę, że jest to trochę nasz problem, który swe źródło ma w historii, w czasach, gdy nasza modlitwa, kontakt z Bogiem stał się czynnością celebralną, „mózgową” to znaczy taką, w której należy przymusić ciało do bezruchu i całą mocą umysłu (tylko!) skupić się na Obecności. Oświecenie zredukowało cielesne wyrazy komunikacji – rozum nie potrzebuje ciała, które wyraża raczej tylko emocje (a radość, zwłaszcza spontaniczna, to przecież emocja). Utrwaliło się w nas przekonanie, że bezruch jest bardziej duchowy od ruchu. Poza tym, że czasem tracimy sporo energii i skupienia na utrzymaniu ciała w bezruchu, to pojawia się też pytanie: a gdzie jedność ciała i duszy? Przecież już św. Tomasz nauczał, że dusza przemawia przez ciało, a stan umysłu rozpoznaje się po stanie ciała!

Podsumowując uważam, że w naszych celebracjach brakuje spontanicznej, pełnej ruchu radości, która zwracałaby na siebie uwagę i być może byłaby całkiem skutecznym środkiem ewangelizacyjnym. Czy np. procesja Bożego Ciała nie byłaby bardziej „atrakcyjna” i pociągająca, gdyby wyglądała jak taneczny, rozradowany korowód? Przecież Chrystus zwyciężył i idzie z nami ulicami miast – nie jest to powód do euforycznej radości? Czyż Dawid nie tańczył przed Panem? Może warto spróbować?

Wojtek Bartosiak

 

Wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy „spontaniczną radość”. Zgodnie ze „Słownikiem języka polskiego” spontaniczny to: 1. «będący odruchową, nieprzemyślaną wcześniej reakcją na coś» 2. «reagujący odruchowo i emocjonalnie». Jeśli mamy więc na myśli takie rozumienie, to oczywiście w liturgii nie ma miejsca na coś przypadkowego, nieprzemyślanego i odruchowego.

Liturgia nie jest moją własnością, nie mogę robić tam tego, co ja chcę. Liturgia to dzieło Kościoła, więc to Kościół uczy mnie, jak się na niej zachowywać, w jaki sposób okazywać radość. Do liturgii trzeba wychowywać. Wychowanie to wprowadzanie człowieka w przestrzeń szeroko rozumianej kultury. W Kościele to wychowanie nazywa się mystagogią. Nie chodzi jednak o to, aby z liturgii wyeliminować wszelkie uczucia. Uczucia bowiem towarzyszą człowiekowi, ale sposób ich wyrażania jest różny w zależności od miejsca, sytuacji, dojrzałości i wychowania… 

Jeśli przyjmiemy, że spontaniczny to otwarty na Ducha Chrystusa, że to przeciwieństwo skostnienia i rubryk, to możemy odpowiedzieć, że na taką spontaniczną radość jest miejsce w liturgii. Duch wieje, kędy chce. Ale trzeba pamiętać, że Duch Chrystusa to Duch posłuszeństwa (Chrystus był bowiem we wszystkim posłuszny Ojcu). Jeśli podczas liturgii doświadczamy uczucia spontanicznej, niezaplanowanej radości to najlepszą formą jej weryfikacji jest nasza przemiana życia, przylgnięcie do Chrystusa w codziennych sytuacjach oraz przeżywanie radości i spełnienia nawet wtedy, gdy nie ma już „spontanicznej radości”.

Anna Kośna

 

Liturgia to spotkanie z Bogiem. Czy w prawdziwym spotkaniu z drugą osobą można zabraniać radości, można zabraniać spontanicznego wyrażania swoich uczuć? Jeśliby ktoś chciał tego z góry zabronić, pozbawiłby liturgię wymiaru prawdziwego spotkania.

Trzeba jednak pamiętać, że inaczej będzie okazywać radość młodzież będąca w swoim gronie, inaczej wobec starszych, szacownych osób. W pierwszym przypadku będzie więcej luzu, w drugim bardziej będzie się dbać o pewne formy. Inaczej też wyrazi się spontaniczność i radość na koncercie muzyki rozrywkowej, inaczej na przedstawieniu teatralnym czy na koncercie w filharmonii.

Liturgia to nie tylko spotkanie z Osobą najbardziej szacowną z wszystkich, ale to spotkanie szczególne. Wiele rzeczy jest w liturgii określone, są ustalone pewne ramy zachowania. W liturgii nie można iść całkowicie „na żywioł”, trzeba ją celebrować zgodnie z przepisami. 

Przepisy nie mogą jednak skrępować ducha – a zwłaszcza Ducha Świętego. Może być więc tak, że Duch poprowadzi nas do takiego przeżywania radości, że niejako przekroczymy to, co jest przewidziane w przepisach. Myślę, że tak się zdarzy przede wszystkim podczas liturgii we wspólnotach, raczej nie podczas Mszy parafialnej. Jeśli jesteśmy we wspólnocie, która się zna, która się ze sobą dobrze czuje, to liturgia może wskoczyć na wyższy poziom, w którym już przestają być na pierwszym planie przepisy i ich przestrzeganie a najważniejszy staje się wymiar spotkania. I będzie tak nie dlatego, że przepisy lekceważymy, ale dlatego że doświadczenie przeżywania spotkania z Bogiem i braćmi stanie się dominujące.

Krzysztof Jankowiak