Rok Wiary

(187 - lipiec - sierpień 2012)

Radość wschodzącego Słońca

ks. Robert Klemens COr

Ciągle na coś narzekamy, ciągle nam czegoś brakuje, ciągle ktoś ma lepiej niż ja

„Jak dobrze wstać skoro świt, jutrzenki blask duszkiem pić (…) obiecał mi poranek szczęście dziś i szczęście dziś musi przyjść. Nie zmąci mej radości żaden cień, wschodzące słońce śmieje się , co za dzień…”

Słowa tej piosenki, która nosi tytuł „Radość o poranku” napisane przez Janusza Koftę do muzyki Juliusza Loranca zostały wyśpiewane na festiwalu w Opolu w 1974 roku.

Optymistyczny tekst i „orzeźwiająca” muzyka powodują, że ilekroć słyszę ten utwór „chce mi się żyć” – nawet jeśli go słucham nie o poranku a późnym wieczorem. Jeżeli dobry nastrój może wywołać zwykła piosenka to o ileż bardziej taką reakcje powinna spowodować wiadomość o tym, że jestem najważniejszy na świecie i mam wszystko co jest mi do życia potrzebne. Oczywiście natychmiast podniesie się wrzask, że gdyby rzeczywiście tak było, to chodzilibyśmy zadowoleni i szczęśliwi. Ale tak nie jest. Ciągle na coś narzekamy, ciągle nam czegoś brakuje, ciągle ktoś ma lepiej niż ja. No i z czego tu się cieszyć?

Jakiś czas temu, prowadząc rekolekcje na Pomorzu trafiłem na probostwo, w którym pracowała (gotując obiady) pani gospodyni. Czterdziestokilkuletnia kobieta o sympatycznej zawsze uśmiechniętej twarzy, korpulentnych kształtach i miłym głosie. Któregoś dnia usiedliśmy razem przy kawie i usłyszałem opowieść o życiu żony, matki czterech dorastających synów i kobiety wierzącej. Opowieść nasycona optymizmem, mimo że dotyczyła nieraz bardzo trudnych i bolesnych sytuacji. Z wielkim zainteresowaniem słuchałem jak budowali z mężem dom i jak cieszą się tym co udało im się razem osiągnąć. Dowiedziałem się także o losach dzieci i planach na przyszłość. Usłyszałem też kilka słów na temat proboszcza – na szczęście tylko dobrych. Ale najbardziej podobało mi się, oprócz zapału i swady z jaką snuła swą opowieść moja rozmówczyni, całkiem spontaniczne i „normalne” mówienie o Panu Bogu, który w tym całym życiowym „zamieszaniu” odgrywał fundamentalną rolę. Pani z tęsknotą wspominała swój dom rodzinny, w którym rodzice nauczyli ją pacierza i rodzinnej modlitwy. Pamiętała lekcje religii (jeszcze w salkach katechetycznych). To była opowieść człowieka cieszącego się życiem i bardzo głęboko przeżywającego swoją wiarę. Opowieść bardzo radosna.

Więc wiara może cieszyć!

Spoglądając na ludzi w świątyniach czasem zastanawiam się, czy nie zostali przymuszeni do udziału w niedzielnej Eucharystii. Smutne miny, zwieszone głowy i posępne spojrzenia. Są, na szczęście też tacy, którym nie jest trudno się uśmiechnąć i zaśpiewać a jak mają sobie przekazać „znak pokoju” to odważnie wyciągają rękę do sąsiada.

Chrystus objawiający nam prawdę o Ojcu akcentuje Jego dobroć, miłość, łaskawość, cierpliwość. Czy taki obraz Boga może być powodem do smutku?

Jezus wędrujący ziemskimi drogami, narażony na kpiny i odrzucenie doszedł aż na Golgotę gdzie został zawieszony na krzyżu i gdyby na tym wydarzeniu skończyła się Jego historia bylibyśmy usprawiedliwieni w nieustannym smutku, ale przecież po śmierci jest Zmartwychwstanie i fakt pustego grobu. Jest więc radość ze zrealizowanej obietnicy i nadzieja na współudział w niej. Czy to może być powodem do smutku?

Kiedy piszę te słowa jestem na rekolekcjach z chorymi w nadmorskich Dębkach. W grupie uczestników jest także pani dr Wanda Błeńska – przez wiele lat Wielka Misjonarka Czarnego Lądu a dzisiaj licząca sobie 101 lat „mała, kruchutka” osoba. Wczoraj podczas pogodnego wieczoru każdy z uczestników miał powiedzieć kila słów o sobie. Kiedy głos zabrała  „Dokta” – tak nazywały ją murzyńskie dzieci – nastała absolutna cisza, a ona mówiła o wielkiej radości jaką było 47 lat spędzonych wśród Afrykańczyków, których uczyła czytać i pisać, którym robiła zastrzyki, dla których budowała szkoły i szpitale. A największą radością było dla niej to, że mogła mówić o Panu Jezusie i sobą pokazywać, że Jego naśladowcy to ludzie radośni. O chwilach trudnych powiedziała tylko, że już ich nie pamięta.

Pewnie uznałbym to za dawne wspomnienia i tylko słowa, ale kiedy zaczęliśmy tańczyć, „Dokta” nie usiedziała na miejscu, tylko domagała się, aby ją również porwać do walca. Ach, co to był za radosny walc.

Okazuje się bowiem, że niezależnie od wieku, niezależnie od stanu zdrowia, niezależnie od wszystkich zewnętrznych okoliczności, jeśli wstanie się ze Słońcem – Chrystusem w sercu, to każdy dzień jest okazją do rozdawania radości innym.

 

„Wiara rośnie gdy przeżywana jest jako doświadczenie otrzymanej miłości i przekazywana jest jako doświadczenie łaski i radości” (Benedykt XVI, „Porta fidei”).