Kościół szukający drogi

(204 - marzec - kwiecień 2015)

Rozwój, nie zmiana

ks. Krzysztof Mierzejewski

Czy skoro zmienia się współczesny człowiek i jego spojrzenie na sprawy wiary, zmianie ulegać może także nauczanie Kościoła?

Epoka, w której żyjemy wiąże się bardziej niż inne z rzeczywistością przemian. Dotyczą one wszystkich niemal aspektów życia człowieka. Najlepiej widać to na przykładzie technologii informatycznej. Producenci zarzucają nas coraz to nowszymi gadżetami, prezentując nowe funkcje i możliwości urządzeń, które sprawiają, że poprzednie modele, nie tak dawno reklamowane jako absolutna i przełomowa nowość – odchodzą do lamusa. Można by nieco żartobliwie skonkludować, że Heraklit – filozof od zmienności („Wszystko płynie”) dzisiaj pewnie złapałby się za głowę nie dowierzając, że wszystko płynie tak szybko.

Człowiek współczesny częściej niż jego przodkowie stawia sobie pytania o zasadę zmienności. Zastanawia się, czy pośród zmienności tego świata jest coś, co pozostaje niezmienne, co może być w związku z tym punktem odniesienia dla wszelkich zmian. I z drugiej strony – tej bardziej praktycznej: czy skoro zmienia się współczesny człowiek i jego spojrzenie na sprawy wiary, zmianie ulegać może także nauczanie Kościoła? Podobne pytania nurtują nie tylko w umysłach ludzi świeckich, ale – jak pokazały wydarzenia ostatniego synodu biskupów – również w sercach pasterzy. 

Odpowiedź, jak nietrudno się domyślić – jest złożona. Spróbujmy spojrzeć na sprawę całościowo.

Rozwój dogmatów

Niemal od początku formułowania doktryny chrześcijańskiej Kościół ma świadomość procesu nazywanego rozwojem dogmatów. Prawdy wiary wyrażone w symbolach czy innych orzeczeniach soborów bądź papieży rozwijają się. Co to oznacza? 

Na początku warto zaznaczyć, że Bóg w swojej istocie pozostaje niezmienny. Także prawdy, które Kościół prowadzony przez Ducha Świętego odkrywa wyrażając w dogmatach pozostają niezmienne. Zmienia się sposób ich rozumienia przez wierzących, sposób rozumienia słów, które weszły w skład formuły dogmatycznej. Z upływem czasu Kościół dostrzega w prawdach wiary dawno już ogłoszonych i podanych do wierzenia – nowe aspekty tej samej, odwiecznej rzeczywistości, obecne w niej od zawsze, choć nie od zawsze artykułowane. 

Św. Wincenty z Lerynu już w V wieku porównywał rozwój dogmatów do rozwoju człowieka, który choć zmienia się z upływem czasu: rośnie, dojrzewa, przekwita, starzeje się – ciągle jednak pozostaje tą samą osobą. Mówił wręcz, że nie ma u starca nic, co nie istniałoby przynajmniej w zalążku u niemowlęcia. 

W 1988 Międzynarodowa Komisja Teologiczna pod przewodnictwem ówczesnego biskupa Waltera Kaspera opracowała dokument zatytułowany „Interpretacja dogmatów”. Jest on rzetelną syntezą tego, co Kościół nauczał o rozwoju dogmatów przez stulecia. Wskazuje zasady i kierunki tego rozwoju. Nie czas i miejsce, by poddawać ten dokument szczegółowej analizie, warto jednak zwrócić uwagę na kilka istotnych miejsc.

Dokument mówi wprost o konieczności interpretacji aktualizującej prawd wiary, która sprawia, że nie są one martwą pamiątką przeszłości, ale i dziś mają wyraźny wpływ na życie wierzących. W takim rozumieniu zdefiniowanie dogmatu nie jest zamknięciem rzeczywistości nadprzyrodzonej w klatce słów, ale otwarciem nowej przestrzeni wiary, nowego horyzontu, który roztacza się przed ogółem wierzących. Prawda wiary nie da się zamknąć w podręcznikowych określeniach, wymaga bowiem recepcji, która dokonuje się w osobistej relacji do Boga każdego wierzącego, by w końcu realizować się w życiu Kościoła: w katechezie, liturgii, itd.

Komisja wskazuje także na współczesne dziedziny wiedzy takie jak hermeneutyka, lingwistyka, a także nauki o człowieku, które również są źródłem nowych interpretacji dogmatów.

Ponieważ w orzeczeniu dogmatycznym treść, sama w sobie doskonała i niezmienna, spotyka się z formą słów, samą z siebie ograniczoną i podlegającą zmianom, możemy mówić o nowym rozumieniu dawniej wyrażonych prawd. Słowa użyte w formule wiary nie są jednak tylko zewnętrzną szatą, ale jakby wcieleniem prawdy, którą definiują. Nie można zatem powiedzieć, że określenie prawdy ulega zmianie i może być dowolnie rozumiane, w zależności od realiów epoki i kontekstu kulturowego, w jakich żyje człowiek. 

Dokument podkreśla, że w momencie wypracowywania poszczególnych prawd wiary Kościół, choć używał pojęć konkretnie rozumianych w danej epoce, poddawał je jednak oczyszczeniu tworząc swój własny język. Choć niektóre pojęcia pochodzą z określonych systemów filozoficznych, to ów język Kościoła nie przejął w całości żadnego z nich i nie jest od żadnego z nich zależny. Często formuły dogmatyczne tworzono tak, aby pominąć kontrowersje i zabezpieczyć przed takim rozwojem nauki, który mógłby w przyszłości zakwestionować wyrażoną dogmatem prawdę. Najlepszym przykładem jest ostatni dogmat o wniebowzięciu Maryi. Pius XII w Konstytucji Apostolskiej „Munificentissimus Deus” pomija problem śmierci Maryi, co do której opinie teologów były wówczas podzielone. Dogmat określa, że „Maryja, po zakończeniu biegu życia ziemskiego, została z ciałem i duszą wzięta to niebieskiej chwały”.

Niezwykle ważne jest, aby prawdy wiary rozumieć tak, jak rozumiał je Urząd Nauczycielski w momencie ich wyrażenia. Inne – czasem zbyt dosłowne – rozumienie zasad wiary, wyjęte z kontekstu historycznego, w jakim zostały wyrażone może wprowadzić sporo zamieszania. 

Najdobitniejszym bodaj przykładem jest słynna zasada starożytna „extra Ecclesiam salus nulla” – „poza Kościołem nie ma zbawienia”. Autorem zasady jest św. Cyprian z Kartaginy, który chciał przez nią uciąć dyskusję na temat ponownego przyjmowania do Kościoła tzw. lapsi – chrześcijan, którzy w czasie prześladowań wyrzekli się wiary ze strachu, a po ich ustaniu chcieli wrócić do jedności ze wspólnotą wierzących. Cyprian na przekór rygorystom tłumaczy, że trzeba takich poddać pokucie, a następnie przyjąć do Kościoła. „Nie może mieć Boga za Ojca ten, kto nie ma Kościoła za Matkę”, gdyż „poza Kościołem nie ma zbawienia”. Trzy wieki później Fulgencjusz z Ruspe z zasady wyrażającej miłosierdzie względem upadłych sporządził bicz na heretyków, schizmatyków i innych odszczepieńców twierdząc, że wobec braku pełnej jedności z Kościołem instytucjonalnym zasługują na potępienie. Niestety, takie rozumienie przetrwało wieki. W międzyczasie chrześcijaństwo przeżyło dwa bolesne rozłamy i można się domyślać, jakie zastosowanie miała wówczas starożytna doktryna przeinaczona przez Fulgencjusza. 

Kwestie obyczajów

Dobrze wiemy, że nauczanie Kościoła nie dotyczy wyłącznie prawd wiary. Co więcej, każda z tych prawd powinna mieć wyraźne przełożenie na życie chrześcijan, o czym wyżej. W związku z tym każdy dogmat nie tylko zobowiązuje ogół wierzących do przyjęcia wyrażanej przezeń prawdy, ale rodzi konsekwencje natury moralnej. Dalej – część norm moralnych wynika z prawa naturalnego, które z definicji jest niezmienne. Ponadto, do depozytu wiary Kościoła należą obok dogmatów zasady życia moralnego, które na równi z prawdami wiary mogą być wyrażone przez nauczanie uroczyste związane z przywilejem nieomylności. 

Warto już w tym miejscu zaznaczyć, że w nauczaniu o obyczajach szczególnie widać zróżnicowanie form wypowiedzi Magisterium. Są w nim takie, które zobowiązują ogół wierzących do ostatecznego przyjęcia prawdy – zwłaszcza w przypadkach prawd moralnych potwierdzonych przez objawienie, jak i takie, które stanowią pewną sugestię, bądź rozwiązanie natury dyscyplinarnej, które może ulec zmianie. Ważny jest zawsze sposób wyrażenia nauczania użyty przez Urząd Nauczycielski w konkretnym przypadku. Nie zawsze i nie każde stwierdzenie Magisterium jest wyrażone definitywnie. Oczywiście nie oznacza to, że wierzący nie muszą uznawać nauczania zwyczajnego. Natomiast nauczanie zwyczajne może ulec zmianie, lub znaleźć nowe, nieznane dotąd zastosowania w konkretnych okolicznościach życia. Dotyczy to tym bardziej praktyki duszpasterskiej, która jest dopiero aplikacją nauczania Magisterium. 

Tutaj za przykład może nam posłużyć kwestia pogrzebu samobójców. Kościół zawsze stał na stanowisku, że samobójstwo to ciężki grzech. I to nauczanie nigdy nie uległo zmianie, bo zakorzenione jest w prawie naturalnym. Sytuacja samobójcy jest wobec tego tragicznie prosta – jedyną możliwością jest wieczne potępienie. W związku z tym praktyka pastoralna nakazywała grzebać nieszczęśników na miejscu niepoświęconym, często za ogrodzeniem cmentarza, bez obrzędu liturgicznego. Nowe światło na sprawę rzuciła współczesna nauka, która wyraźnie mówi o stanach ograniczonej odpowiedzialności moralnej, w jakich może znaleźć się człowiek, szczególnie w tzw. sytuacjach granicznych. Przy uwzględnieniu tej wiedzy poddajemy w wątpliwość ocenę moralną nie obiektywnego zła, jakim jest samobójstwo, ale subiektywnego wyboru, jakiego dokonał konkretny człowiek. Nie można zatem mieć pewności, że taka osoba jest potępiona, stąd wnioski duszpasterskie: normalny pogrzeb, wezwanie do modlitwy za zmarłego, nadzieja na zbawienie. 

Nowe horyzonty

Choć sprawa nie jest ani prosta, ani jednoznaczna, warto na koniec zwrócić uwagę na cel rozwoju dogmatów. Wbrew temu, co można sądzić nie jest nim dostosowanie prawd wiary do realiów epoki, ale ponowne ich odkrycie w konkretnym kontekście życia Kościoła. Nowe horyzonty, które pomagają lepiej dostrzec rzeczywistość nie sprawiają, że cokolwiek się w niej zmienia, ale mogą sprawić, że zmieni się nasze myślenie i przeżywanie konkretnej prawdy.